Legię dopadł syndrom drugiego maratonu. Problem jest jednak większy

Zobaczyć Neapol i…zostać przy Łazienkowskiej. To credo Michniewicza

Legia jaka jest, każdy widzi. Kiedy wydawało się już, że mistrz Polski wreszcie oszukał system i w dobrym stylu przebrnął kwalifikacje Ligi Europy, okazało się, iż nie ma zespołu, który byłby w stanie skutecznie rywalizować zarówno w pucharach, jak w i słabej PKO BP Ekstraklasie. Pocałunek śmierci ustanowiony przez Michała Probierza dotknął stołeczny zespół w ostatnich tygodniach z mocą wprost proporcjonalną do fali entuzjazmu wywołanej zwycięstwami nad Spartakiem i Leicester już w fazie grupowej. Zespół prowadzony przez Czesława Michniewicza zaczął bowiem – z tygodnia na tydzień – coraz mocniej pogrążać się w kryzysie. O ile z Rakowem Częstochowa przegrał przed własną publicznością jeszcze w mocno niefartownych okolicznościach, o tyle z Lechią Gdańsk w ogóle nie podjął walki. A od Lecha Poznań był przy Łazienkowskiej wyraźnie słabszy. Takie są fakty, zarówno przed reprezentacyjną przerwą w lidze, jak i tuż po – oglądaliśmy w akcji cień zespołu, który zapracował na szacunek w Lidze Europy.

Legia Warszawa felieton

Trenera Michniewicza spotkałem na Narodowym przy okazji meczu z San Marino i zapytałem wprost, czy to głowy piłkarzy nie dojechały, czy nogi nie pozwalają grać w takim stylu, jak ze Slavią Praga czy Dinamem Zagrzeb? Odparł w swoim stylu, że legioniści są dobrze przygotowani, świetnie suplementowani, i w ogóle niczego nie brakuje pod względem motorycznym, tylko nie nauczyli się jeszcze biegać dwóch maratonów w tygodniu. Bo nie mieli kiedy, nie są przyzwyczajeni do takiego rytmu, po prostu brakuje wprawy w takiej intensywności. Jeden są w stanie przebiec w dobrym tempie, w drugim – po kilku dniach nie są już w stanie wykrzesać maksa. Wydawało się zatem, że przerwa reprezentacyjna powinna bardzo ożywczo podziałać na mistrzów Polski. Nic takiego jednak się nie stało, w meczu z Lechem na dobrym poziomie legioniści byli w stanie rywalizować przez niespełna godzinę. Zdobyli nieuznanego gola, obili poprzeczkę, Mahir Emreli zmarnował setkę tuż po przerwie…

A po bramce Mikaela Ishaka okazało się, że problem jest znacznie większy, i nie sprowadza się jedynie do syndromu „drugiego maratonu”. Na boisku zabrakło bowiem w stołecznym zespole lidera, który podyktowałby tempo i dał hasło do ataku. Generalnie, w poczynania mistrzów Polski wdała się apatia. Byli niemal w komplecie – nie licząc Kacpra Tobiasza w bramce – niczym bokser, który nie może otrząsnąć się po nokdaunie. Ci sami, co zachwycali w poprzednim sezonie i w pucharowych kwalifikacjach, ale nie tacy sami. Emreli pudłuje w lidze z zadziwiającą regularnością, w prostych do wykończenia sytuacjach; z niewielkiej odległości. Tomas Pekhart to dziś jedynie wspomnienia o królu strzelców, dość ponure niestety. Filip Mladenović zapodział gdzieś radość z gry do przodu i nie imponuje precyzyjnymi wrzutkami w pole karne; a w defensywie zrobił się bodaj jeszcze bardziej nieporadny niż był. Rafa Lopes wybiera zaskakująco złe rozwiązania, nie nadąża już na etapie podejmowania decyzji. A Luquinhas?!

Cóż, Luquinhas po kontuzji wygląda niczym podmieniony. Stracił werwę, nie jest tak skuteczny w dryblingach jak wcześniej. Dlatego nie ma sensu 6 ligowych porażek mistrzów Polski sprowadzać tylko do zmęczenia w tygodniach pucharowych. Kryzys wydaje się systemowy, i – obym był złym prorokiem – trudno będzie teraz trenerowi Michniewiczowi podnieść zespół na czwartkowy mecz w Neapolu w Lidze Europy. Nie wiem, jak wyglądają badania motoryczne zawodników Legii – choć odnoszę wrażenie, że dynamika Lirima Kastratiego została (nieco przynajmniej) wyhamowana – dostrzegam natomiast, że mental zespołu siadł. I to bardzo mocno. Drużyna, pełna przecież indywidualnej jakości, nie była w stanie podnieść się po ciosie, który wyprowadził Ishak. Jednym jedynym… Zamiast pobudzenia i chęci odrobienia straty, lechita wywołał swym trafieniem drżenie nóg u legionistów. Cała magia, którą kibice widzieli w Moskwie i w konfrontacji z Leicester uleciała. Ba, ustąpiła miejsca zwątpieniu i trudnej do wytłumaczenia siermiędze…

Dziś trzy najważniejsze pytania są następujące: czy Michniewicz zna przyczyny zapaści, czy dysponuje bodźcami niezbędnymi do wydobycia zespołu z potężnego dołu, w który mistrzowie Polski wpadli i czy dostanie szansę na wyprowadzenie drużyny z kryzysu. Nie ma sensu czarować – to rzadkie przypadki, gdy właściciele klubów nie tracą cierpliwości/nie ulegają presji kibiców lub wyniku w takich sytuacjach. Zatem szanse, że to ten szkoleniowiec nadal będzie pracował przy Łazienkowskiej po powrocie z Neapolu i Gliwic nie są wielkie. Oceniając w procentach, są pewnie jednocyfrowe, ale… OK., Michniewicz przekombinował ze strategią na Lecha, dał się taktycznie ograć Maciejowi Skorży, i także dołożył rękę do kolejnej ligowej porażki. Co jednak wcale nie musi jeszcze oznaczać, że zupełnie stracił kontrolę nad zespołem. Właśnie teraz piłkarze mogą udowodnić, czy są w stanie umierać za szkoleniowca.

Nie sposób przy tym nie zauważyć, że od niedzielnego spotkania z Piastem skala trudności w ekstraklasie zostanie nieco obniżona w przypadku legionistów. Kalendarz tak się ułożył, że trzy najtrudniejsze jesienne przeszkody są już za mistrzami Polski, więc i o wyjście z zakrętu powinno być nieco łatwiej. Pod wodzą Michniewicza albo… Michniewicza następcy. Cóż, właśnie taki jest futbol. Do cholery…

ADAM GODLEWSKI

Adam Godlewski – dziennikarz sportowy, felietonista, specjalista od piłki nożnej. Związany jest ze sportem od ponad ćwierć wieku. Obecnie redaktor naczelny Sportowy24, Polska Press. Na naszych łamach pisze felietony sportowe z serii “Krótka piłka”.

Przeglądając tę stronę akceptujesz politykę cookies oraz regulamin strony więcej informacji

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close