Wybory w PZPN. O co naprawdę gra Leśnodorski?

Kandydat niewybieralny?

Nie ma – w najnowszej historii Polski – instytucji bardziej sprawiedliwej od PZPN w kwestii nagradzania władzą za wcześniejsze wybitne dokonania. A przynajmniej ja takiej nie znam. W ubiegłym tygodniu publiczną deklarację, że rozważa start w najbliższych wyborach złożył Bogusław Leśnodorski. Czy były prezes i współwłaściciel Legii Warszawa mógłby okazać się czarnym koniem w wyścigu po najważniejszą funkcję w naszym futbolu?

Boguslaw Leśnodorski

Najpierw krótka historia prezesury w PZPN w ostatnich trzech dekadach. Najwybitniejszym polskim trenerem, trzykrotnym medalistą wielkich turniejów z reprezentacją Polski i wielokrotnym mistrzem Grecji – z Panathinaikosem i Olympiakosem – jest Kazimierz Górski. Szefem federacji był w latach 1991-95. Potem – prezesem honorowym. Jedynym polskim królem strzelców mistrzostw świata, który z wielkich turniejów przywiózł 4 medale jest Grzegorz Lato. Prezesem związku był w latach 2008-12. Jedynym polskim sędzią, który prowadził – na linii – finał mistrzostw świata (w Italia ’90, a uczestniczył także w Euro’88, IO’88 i MŚ’94) jest Michał Listkiewicz. Prezesem PZPN był w latach 1999-2008. Za najlepszego polskiego piłkarza w dziejach, który po medalu biało-czerwonych w MŚ Espana’82 znalazł się na trzecim miejscu w plebiscycie „France Football”, a potem sięgnął z Juventusem po Puchar Europy uważany jest Zbigniew Boniek. Jego kadencja na fotelu szefa PZPN trwa od października 2012 roku.

Poczet szefów futbolowej federacji z minionych trzydziestu lat to zarazem galeria największych sław tej dyscypliny. Na tyle reprezentatywna dla największych polskich dokonań w różnych piłkarskich dziedzinach, że w zasadzie należy zadać pytanie nie czy -tylko kiedy – do wyścigu po prezesurę staną Robert Lewandowski i Szymon Marciniak. Zanim to jednak nastąpi – środowisko jest skazane na wybór kogoś o mniej znaczących dokonaniach. Jasne, trudno nie docenić kariery piłkarskiej Marka Koźmińskiego (wiceprezes PZPN ds. szkoleniowych), który już w lutym zadeklarował, że będzie walczył o schedę po Bońku. To srebrny medalista olimpijski i uczestnik finałów MŚ, blisko 50-krotny reprezentant Polski. Nie sposób także nie oddać tego, co należne – choć jeszcze co prawda nie zgłosił oficjalnie kandydatury – Cezaremu Kuleszy (wiceprezes PZPN ds. piłkarstwa profesjonalnego). O nim bez wielkiej przesady można napisać, iż zastał Jagiellonię drewnianą, a uczynił murowaną. Konkretnie zaś – doprowadził klub z futbolowych peryferii do Pucharu Polski i (trzykrotnie) na podium rozgrywek ligowych. Był blisko tytułu, ale – póki co – na mistrzostwo Białystok musi poczekać. No i też zna zapach szatni, zagrał nawet w barwach Jagi w finale Pucharu Polski. Co może przeciwstawić obydwu aktualnym wiceprezesom PZPN Leśnodorski?

Jest z całkiem innej bajki. Co nie oznacza jednak, że jest (byłby) kandydatem znacznie gorszym. Przeciwnie, stanowi interesującą, a nawet atrakcyjną alternatywę. Już od jakiegoś czasu nie krył się z ambicjami sięgającymi prezesury w PZPN, ale fakt, iż zamierza wystartować (czy choćby tylko rozważa taki ruch) już w najbliższych wyborach – na pewno zaskakuje. Na dziś bowiem wydaje się kandydatem niewybieralnym. Nawet jeśli w Legii zapisał piękną kartę. To za jego prezesury stołeczny klub awansował przecież do fazy grupowej Champions League. I regularnie kwalifikował się do zasadniczej części Ligi Europy. Co prawda Leśny ryzykował wtedy ogromnie planując wydatki, ale nawet jeśli stąpał na granicy zdrowego rozsądku, to historia przyznawała mu rację. Premie z UEFA równoważyły bowiem budżet. A te z Ligi Mistrzów pozwoliłyby nawet wyjść na finansową prostą.

Właśnie – pozwoliłyby, lecz tak się nie stało, ponieważ po konflikcie właścicielskim Leśnodorski ewakuował się z Łazienkowskiej. Odsprzedając posiadany mniejszościowy pakiet akcji klubu za około 19 milionów złotych. Zatem po burzliwym – i kosztownym dla sportowej spółki – rozstaniu z Dariuszem Mioduskim o poparciu przez Legię nie może teraz nawet marzyć. Zresztą styl wspomnianego pożegnania niekoniecznie musi mu zjednać przedstawicieli innych klubów. A zupełnie niezależnie od rozwodu udziałowców przy Łazienkowskiej należy chyba zakładać, że przez znaczą część delegatów – tę związaną z regionalnymi baronami – będzie postrzegany jako człowiek, który wprasza się nie na swój bal. Leśny to przecież „warszawka” w najczystszym wydaniu, błyskotliwy gość chętnie lansujący się w mediach, kuty na cztery nogi prawnik. I generalnie – mocny człowiek, zdecydowany lider projektów, w których uczestniczy. Jako żywo przypomina kandydata–Zbigniewa Bońka z roku 2008, kiedy to światowiec z Rzymu i kolega Michela Platiniego, mimo niewątpliwych atutów, zupełnie nie pasował do oczekiwań elektorów. Dlatego przegrał z kretesem z Grzegorzem Latą, zgarniając zaledwie jedną trzecią głosów starszego kolegi z boiska. A stąd jest już tylko krok do postawienia tezy, że identycznie jak wówczas tzw. teren nie był gotowy na poparcie Bońka, tak teraz nie jest przygotowany na otwarcie się na Leśnego. Również z tego powodu, że jest już zmęczony obecnym sposobem zarządzania PZPN. I oczekuje nieco – a może nawet o wiele – lżejszej, i mniej despotycznej, ręki.

Być może czas Leśnodorskiego za sterem PZPN jeszcze nadejdzie, ale – nawet przy bogatej wyobraźni trudno imaginować, aby miało to nastąpić w najbliższej kadencji. Także w sytuacji, gdyby zdołał osadzić w roli mazowieckiego barona swojego człowieka, Michała Żewłakowa; niekorzystne proporcje w sympatiach terenu zostałyby przecież tylko leciutko zmienione. A twarde jądro – potencjalnego – elektoratu Leśnodorskiego na dziś osadza się wokół Wisły Kraków, Rakowa Częstochowa, czy Stomilu Olsztyn. Ewentualnie – jeszcze wokół Zagłębia Sosnowiec. A to zdecydowanie za mało, żeby mógł liczyć na wybór na szefa PZPN. Nawet jeśli ma pojęcie, jak funkcjonują duże kluby, dobrze odnajdywał się w kuluarach na Santiago Bernabeu i jest majętnym człowiekiem. Bo clou programu polega nie na tym, żeby być faworytem opinii publicznej, tylko przekonać przynajmniej połowę (+1) ze 118 delegatów. A to na dziś wydaje się zupełnie nierealne. Niezależnie od tego, że nadal otwarte pozostaje pytanie, kiedy – z uwagi na pandemię koronawirusa – wybory w ogóle się odbędą. I nie wiadomo, które konkretnie kluby będą uprawnione do wysłania delegatów na walne zgromadzenie sprawozdawczo-wyborcze.

Dlatego nikt nie powinien być zaskoczony, jeśli Leśnodorski – deklarując udział w wyścigu po prezesurę – tak naprawdę grałby w najbliższych wyborach o niższą stawkę. Czyli stanowisko wiceprezesa. Zważywszy na bazę i atuty jest przecież w stanie odebrać kilka(naście) głosów każdemu z obecnych kandydatów-wiceprezesów PZPN. I dołożyć jednemu z nich do wspólnej, koalicyjnej puli. Zresztą pamiętać trzeba, że hermetyczne środowisko piłkarskie nie lubi pretendentów spoza związku. Górski – zanim został prezesem był wice, Listkiewicz także pełnił tę funkcję, Boniek również. A i Lato zasiadał w prezydium związku…

Adam Godlewski - felieton

ADAM GODLEWSKI

Adam Godlewski – dziennikarz sportowy, felietonista, specjalista od piłki nożnej. Związany jest ze sportem od ponad ćwierć wieku. Na naszych łamach pisze felietony sportowe z serii “Krótka piłka”.