Właściciele klubów dbają o atrakcje w ekstraklasie

Śmiać się, czy płakać – to pytanie do Mioduskiego

Polska piłka klubowa nie jest najlepsza na świecie. Ba, z trudem mieści się w czołowej 30-tce w Europie. Na pewno jednak jest niepowtarzalna. Tu nigdy nie jest nudno. O atrakcje dbają właściciele klubów, którzy publicznie toczą wojenkę dotyczącą zasad podziału pieniędzy z kontraktu telewizyjnego. Zaczęli akcjonariusze Wisły Kraków, teraz swoje dorzucił prezes Legii Warszawa, Dariusz Mioduski. Czy będzie to ostatni prelegent w emocjonalnej debacie? Szefowie ŁKS jeszcze nie zabrali głosu na ten temat. Rozgłos w miniony weekend zapewnili sobie w zupełnie inny sposób. Otóż po niemal dwóch miesiącach bez meczów zdymisjonowali trenera Kazimierza Moskala. W sytuacji, gdy nie bardzo wiadomo, jaka jest medyczna procedura wdrożenia do pracy jego następcy. A okres w szykującej się do restartu lidze – bardzo gorący… Wychodzi więc na to, że pod naszą szerokością geograficzną boiska wcale nie muszą być dostępne, żeby w futbolu było ciekawie.

Mioduski - felieton

Rozstanie ŁKS z Moskalem jest dziwne o tyle, że wcześniej prezesi zapowiadali, że pozostanie w klubie nawet po zakładanym/możliwym spadku do 1. ligi. Kiedy zatem zmienili zdanie? Ostatni mecz łodzianie rozegrali 9 marca. Dopiero jednak po 8 tygodniach od porażki z Koroną w Kielcach uznano, że filozofie właścicieli i sztabu szkoleniowego są zupełnie rozbieżne. Trudno zatem oprzeć się refleksji, że planowanie w ŁKS – mimo że beniaminek był chwalony za nowoczesne zarządzanie i solidne podstawy organizacyjne – także odbywa się na kolanie. Tym bardziej, że pora wydaje się fatalnie skrojona na zmianę trenera. Zespoły ekstraklasy (w zasadzie to wydelegowane 50-osobowe ekipy w każdym klubie) mają już bowiem za sobą okres izolacji i ankietowania o stanie zdrowia. Robią właśnie testy na obecność koronawirusa, żeby rozpocząć – już oficjalnie – treningi w dużych grupach. Czyli zasadniczą sportową część przygotowań do wznowienia rozgrywek. Czy zatem w przypadku Wojciecha Stawowego (wytypowanego na kolejnego szkoleniowca) – którego nazwiska nie było wśród zgłoszonych w ŁKS do medycznej procedury – może być zastosowana krótsza ścieżka? Czy też klub zapłaci za fatalny dobór terminu zdymisjonowania Moskala dwutygodniową koniecznością świadczenia pracy zdalnej przez jego następcę?

To na dziś najbardziej palące pytania, przy których zainteresowanie powodami zwolnienia trenera schodzi w sumie na drugi plan. Nawet jeśli w kuluarach można usłyszeć, że od jakiegoś już czasu nie było chemii między szkoleniowcem a dyrektorem sportowym klubu, Krzysztofem Przytułą. Co może potwierdzać również fakt, że na następcę Moskala wytypowany został stary znajomy Przytuły, wspomniany Stawowy. Czy to ruch we właściwym kierunku, dopiero oczywiście się przekonamy. Ustępującemu trenerowi trzeba oddać, że jego ŁKS miał swój… krakowski styl. I nawet jeśli przegrywał (zdecydowanie za) często, to (prawie) zawsze dobrze się ten futbol oglądało. Czy Stawowy będzie umiał zachować ów niepodrabialny charakter i uczynić go jednocześnie bardziej efektywnym? Z pewnością ma podobne spojrzenie na piłkę, ale trudno cokolwiek przesądzać. Od dawna nie pracował przecież na najwyższym poziomie, a w pamięci kibiców zapisał się jako człowiek, który podpisał najkrótszy… 10-letni kontrakt w historii profesjonalnego sportu. Zamiast bowiem trenować Cracovię przez dekadę – jak zakładała nowa umowa – nie wytrwał na posadzie nawet 10… tygodni po przedłużeniu współpracy z profesorem Januszem Filipiakiem. A potem – mimo że naprawdę przyzwoicie rokował – było już tylko gorzej. Może jednak w ŁKS będzie znów lepiej?

Nie zanosi się natomiast na poprawę relacji na linii właściciele Wisły Kraków – prezes Legii Warszawa. Najwyraźniej Dariusz Mioduski poczuł się osobiście dotknięty medialną kampanią mającą na celu doprowadzenie do zmiany zasad dzielenia tortu telewizyjnego. I dał odpór udzielając wywiadu portalowi „Business Insider”. W którym zagrzmiał, nie wskazując jednak konkretnego adresata, że: – Niektórzy właściciele klubów, szczególnie ci, którzy niedawno pojawili się w piłce, zamiast inwestować i ryzykować własne pieniądze postulują, by zabierać je największym, inaczej dzielić przychody z tytułu sprzedaży praw do transmisji rozgrywek. Jak to słyszę, to nie wiem, czy mam się śmiać, czy płakać. W Polsce już kiedyś dzielono wszystkim po równo i do niczego dobrego to nie doprowadziło.”

Mioduski po raz kolejny opowiedział się za kreowaniem w polskiej ekstraklasie zdecydowanych liderów i promowaniem silnych marek. Dodając, że każdy klub ma szansę dołączyć do tego grona. Pod warunkiem jednak, że najpierw jego właściciele zainwestują własne pieniądze – i to duże, bo nie miał na myśli kilku milionów złotych – w rozwój, szkolenie i infrastrukturę. Cóż, można właściciela Legii lubić, można nie lubić, ale nie sposób nie liczyć się z jego zdaniem. A naprawdę trudno wymagać, żeby kierował się inną logiką. Przecież odkąd przejął Legię, zdążył wydać na klub ponad 100 milionów złotych. Miał też duży udział w wynegocjowaniu nowego kontraktu telewizyjnego przez Ekstraklasę; zdaje się, że większy niż ktokolwiek inny spośród właścicieli. Poza tym aktywnie działa w Europejskim Stowarzyszeniu Klubów, które miało istotny wpływ na utworzenie rozgrywek o trzeci europejski puchar. Z myślą o wyrównaniu finansowych szans dla zespołów ze słabszych federacji; czyli takich jak nasza. I teraz – po latach naprawdę dużego zaangażowania w piłkarski biznes, poświęcenia czasu i środków – miałby rezygnować z wiodącej roli w środowisku? W imię dobrego samopoczucia właścicieli mniejszych klubów, w tym Wisły? A nie jest przecież winą Mioduskiego, ani innych ligowców, że po mariażu z półświatkiem Biała Gwiazda znalazła się na bardzo ostrym zakręcie. Z którego dopiero zaczyna wychodzić, za co oczywiście wielka chwała tercetowi głównych akcjonariuszy. Nawet jednak biorąc pod uwagę niezwykle bogatą historię klubu z Reymonta, trudno aby teraz mogła liczyć na specjalne traktowanie.

Zresztą, nikt w tym momencie nie może zagwarantować, że po kolejnym sezonie w spółce zrzeszającej kluby – zamiast o zasadach podziału kasy, czy rozszerzaniu ligi do 18 drużyn – wszyscy będą dyskutowali na przykład o okrojeniu jej do 12. Bo na tyle na wymaganym poziomie będzie stać wówczas naszą gospodarkę. Wydaje się więc, że nie ma sensu tracić energii na wewnętrzne waśnie; właściciele klubów już teraz powinni pracować nad wspólnymi rozwiązaniami, które pozwolą wyjść naszemu futbolowi z globalnego kryzysu w stanie jak najmniej naruszonym. Pyskówka, która ma miejsce, z pewnością nie ociepla – a to delikatne określenie – wizerunku całego środowiska. Jej uczestnicy to w komplecie goście z dużym biznesowym wyczuciem, więc zapewne szybciej niż później wypracują rozwiązanie akceptowalne dla wszystkich. Za to powstały teraz niesmak – może pozostać znacznie dłużej…

Adam Godlewski - felieton

ADAM GODLEWSKI

Adam Godlewski – dziennikarz sportowy, felietonista, specjalista od piłki nożnej. Związany jest ze sportem od ponad ćwierć wieku. Na naszych łamach pisze felietony sportowe z serii “Krótka piłka”.

Przeglądając tę stronę akceptujesz politykę cookies oraz regulamin strony więcej informacji

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close