Vuković – prawdopodobnie najcenniejszy punkt w kadrze Legii

Ewolucja od deficytu… seksu po brak niezdrowych emocji na ławce

Wróciła! Kopana wcześniej niemal ze wszystkich stron, niewiele (a ostatnio wręcz nic!) znacząca w międzynarodowej rywalizacji, ale i tak najbliższa sercom polskich kibiców – PKO BP Ekstraklasa. Ba, mimo kiepskich notowań w Europie po wznowieniu transmisje z naszych rozgrywek pokazane zostały w wielu zakątkach Starego Kontynentu. Brytyjczyków i Portugalczyków nasi ligowcy na kolana nie powalili – a już na pewno kulturą gry – ale kilku zawodników być może skorzysta z tej nieoczekiwanej promocji w czasach zarazy. Największym wygranym pierwszej po restarcie kolejki wydaje się jednak nie żaden piłkarz, tylko trener. Konkretnie Aleksandar Vuković z Legii Warszawa.

Aleksander Vukovic - felieton

W tak zwanych normalnych czasach podstawę dyskusji o (słabości) krajowej piłki stanowiły argumenty o szkoleniu zawodników, młodzieżowcach, proporcjach w zespołach między krajowcami i przyjezdnymi. Tymczasem postawa Legii pokazuje, że zdrowy fundament powinno stanowić kształcenie i wychowywanie trenerów. Dziś nikt nie ma przecież wątpliwości, iż Vuković znacznie bardziej nadaje się na ławkę przy Łazienkowskiej niż Romeo Jozak, Dean Klafurić i Ricardo Sa Pinto razem wzięci. Bo wreszcie potencjał kadrowy stołecznego zespołu jest właściwie wykorzystywany, a duże pieniądze wpompowywane przez właściciela nie są wyrzucane w błoto. Legia a’la Vuko nie gra może pięknie, ale jest stabilna i powtarzalna. No i gołym okiem – nawet z dużej odległości – widać, iż szkoleniowiec ma pomysł na tę drużynę. I to nie tylko jeśli chodzi o funkcjonowanie na boisku. Bez wielkiego ryzyka można stawiać tezę, że dziś to jest najbardziej wartościowy człowiek w klubowej kadrze.

Vukovicia poznałem blisko 20 lat temu, kiedy był bardzo solidnym środkowym pomocnikiem, ale cechowała go także przesadna skłonność do okazywania emocji. Długo nie mógł się pogodzić, że krytykuję – a „opiekowałem” się wówczas zespołem z Łazienkowskiej w „Przeglądzie Sportowym” – styl Legii prowadzonej przez Dragomira Okukę. Aż wreszcie po remisie w Krakowie z Wisłą, który w zasadzie przesądził o wywalczeniu przez warszawski zespół tytułu mistrzowskiego, nie wytrzymał i podbiegł po meczu wykrzykując pytanie: „Godlewski, i co powiesz?! Wreszcie ci się spodobało, jak gramy, czy nadal będziesz narzekał?!” Aco – który czytając „PS” w błyskawicznym tempie nauczył się polskiego – dość szybko jednak przekonał się do szorstkiego, bezkompromisowego dziennikarstwa. I jeśli już decydował się na udzielenie wywiadu, to nigdy nie był miałki. Nie gryzł się w język, nawet jeśli chodziło o kwestie obyczajowe. Do dziś pamiętam, jak otwartym tekstem podczas późniejszego obozu na Cyprze opowiadał mi jak to po dwóch, czy trzech tygodniach rozłąki chodzi już po ścianach, bo tak we znaki daje mu się – i wszystkim innym zawodnikom – brak… seksu. Podpadł wówczas legijnej starszyźnie, ale z wygłoszonej opinii się nie wycofał.

Dlaczego o tym wspominam? Bo, pomijając kwestię panowania nad emocjami, którą w ostatnim czasie – nawet w porównaniu z okresem, kiedy pełnił funkcję asystenta trenera w Legii – bardzo poprawił (a mówiąc bez zbędnych ozdobników – dojrzał wreszcie do roli, którą sprawuje) – Vuković pozostał autentyczny. Mimo że na karku ma już lat ponad 40, to nadal jest prawdziwy, i właśnie tę cechę kupiła szatnia. Jest wymagający, ale i sprawiedliwy wobec zawodników. A jeśli coś mu się nie podoba, to stany chorobowe nazywa po imieniu. Co miało miejsce choćby w przypadku Michała Kucharczyka, którego z pełną premedytacją skreślił po poprzednim sezonie. Poza protokołem dawał do zrozumienia, że Kuchy King jest już za długo w klubie. Nie staż jednak stanowił problemem, tylko kłopot zawodnika ze zdefiniowaniem roli, jaką po zadomowieniu się przy Łazienkowskiej ma wypełniać. Bo – jak argumentował Vuković – na przykład Artur Jędrzejczyk (mimo że także weteran) pozostał po prostu piłkarzem. Tymczasem Kucharczyk zaczął być przede wszystkim opinionistą, recenzował nie tylko styl gry kolegów, ale i transfery dokonywane przez klub oraz posunięcia szkoleniowców. A w zasadzie miał coś do powiedzenia praktycznie na każdy temat. Co nie wpływało korzystnie – w ocenie Vukovicia – na atmosferę w szatni. I konsolidację w zespole.

Oczywiście, decyzja dotycząca Kucharczyka nie została przyjęta ze szczególnym zrozumieniem przez kibiców, pod adresem Vukovicia popłynęła wówczas krytyka. A nawet hejt. Szkoleniowiec nie przejmował się jednak tym, tylko robił swoje. Pamiętam, jak po odpadnięciu z eliminacji Ligi Europy w sierpniu minionego roku, mówił mi z dużym spokojem i pewnością siebie, że co prawda nie wie jak zareaguje Dariusz Mioduski, czy wytrzyma ciśnienie, i nie będzie szukał teraz nowego trenera, ale po prawdzie w ogóle nad tym się… nie zastanawia. Bo szkoda czasu, skoro i tak nie ma na to żadnego wpływu. Upierał się natomiast, że jeśli zostanie przy Łazienkowskiej, to Legia będzie grała tylko lepiej. Gdyż wie czego jej brakuje, i co trzeba poprawić. Tylko potrzeba na to jeszcze trochę czasu…

Wkurzał się wtedy, że transfer Ivana Obradovicia okazał się niewypałem, gdyż brakowało klasowego lewego obrońcy (swoją drogą, mówił mi wtedy, że ma czyste sumienie, bo kiedy Mioduski zapytał przed transferem, kogo by wolał: Obradovicia czy Mikkela Kirkeskova, to opowiedział się – i to zdecydowanie! – za Duńczykiem z Piasta Gliwice). Aco nawet wówczas nie szukał jednak tanich usprawiedliwień, tylko mówił wprost, że Obradović wszystkich w Legii – na czele z trenerem – po prostu oszukał. Okazał się amatorem kwaśnych jabłek (patrz: dobrego kontraktu bez dużego wysiłku), nie zaś gościem, który wciąż jest głodny wyzwań. Zamiast załamywać ręce, młody trener zbudował Michała Karbownika. I bodaj w styczniu – czyli jeszcze przed wybuchem pandemii – przekonywał (a był nawet gotów się zakładać), że tego prawonożnego obrońcę reprezentacja Polski będzie potrzebowała na lewej stronie już podczas finałów Euro 2020. Ponieważ Karbo jesienią dopiero zaczął się rozpędzać, a tegorocznego sufitu – w ogóle nie było widać.

Nie brak głosów, że kadencja Vukovicia w Legii trwa z powodu biedy. Gdyby bowiem nie kiepski latem stan klubowych finansów, to prezes Mioduski nie kierowałby się sentymentem – a mają ze szkoleniowcem relacje więcej niż poprawne – tylko poszedł za głosem ludu nawołującym do dymisji. Trudno jednak przy tym nie dostrzec, że Aco był długo i starannie przygotowywany do obecnej funkcji. Zresztą dziś nie wypiera się, że główne zasady stosowane w pracy, zarządzanie drużyną i sposób budowania relacji z zespołem – zaczerpnął od (jak mawia) Staśka Czerczesowa. Organizację i prowadzenie treningów podpatrywał u Sa Pinto i Jacka Magiery. A być może największy wpływ na to, jakim obecnie jest szkoleniowcem – i co robi a czego nie, również na ławce – miały relacje z Besnikiem Hasim. Gdy ten posiadacz polskiego paszportu, ale i wielki serbski patriota (do dziś nie może darować stacji CNN, że nieobiektywnie relacjonowała wojnę na Bałkanach, a Amerykanom – bombardowań swego kraju) dowiedział się, że Legię poprowadzi Albańczyk, poprosił ówczesnego prezesa, Bogusława Leśnodorskiego o… oddelegowanie do drugiego zespołu. W celu uniknięcia napięć na tle narodowościowym. Tymczasem, kiedy Hasi żegnał się (przedwcześnie) z klubem z Łazienkowskiej, okazało się, że zaprzyjaźnił się wyłącznie z… Vukoviciem. I to przy Besniku, kiedy zobaczył, że ten jest jeszcze większym nerwusem od niego, Vuko się wyciszył (a przy Sa Pinto tylko utwierdził się w przekonaniu, że trener relacje z zawodnikami musi budować w oderwaniu od jakichkolwiek emocji).

W sobotę w Poznaniu w ligowym klasyku trener Legii nie zastosował jakiejś wyrafinowanej strategii. Nakazał zagęścić środek pola, a kiedy trzeba – zastosować wysoki pressing. Przede wszystkim jednak szczelnie zamknął prawą flankę i nie dał rozwinąć skrzydeł Kamilowi Jóźwiakowi. Momentami można było odnieść wrażenie, że – zważywszy na kadrowe kłopoty – goście ze stolicy zadowoliliby się również remisem. Nawet jednak przy takim nastawieniu wygrali i znaleźli się na prostej, która prowadzi do odzyskania tytułu. Choć to kibice Lecha najgłośniej śmiali się z nominacji Vukovicia i wróżyli, że okaże się chwilowa, teraz z zazdrością spoglądają na tę – jak zakładali – prowizorkę. Bo Legia ma dziś na ławce jakość, która – wraz z nabieraniem doświadczenia przez wciąż początkującego i nadal uczącego się trenera – powinna tylko wzrastać. Czego o sytuacji w Kolejorzu powiedzieć nie sposób…

Adam Godlewski - felieton

ADAM GODLEWSKI

Adam Godlewski – dziennikarz sportowy, felietonista, specjalista od piłki nożnej. Związany jest ze sportem od ponad ćwierć wieku. Na naszych łamach pisze felietony sportowe z serii “Krótka piłka”.

Przeglądając tę stronę akceptujesz politykę cookies oraz regulamin strony więcej informacji

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close