Vuković – mistrz nie dla Polski. Czego nie darował Niemcom?

Brzęczek – dowód, że najlepsza demokracja jest… sterowana!

Legia w sobotę ograła Cracovię i sięgnęła po mistrzostwo Polski, ale w drodze po zwycięstwo w rozgrywkach była to jedynie wisienka na torcie. Najważniejsze kroki stołeczny zespół wykonał znacznie wcześniej. A stało się tak, ponieważ za sterem stołecznego bolidu siedział Aleksandar Vuković. W przeciwieństwie do porażki, która jest sierotą, sukces ma zwykle wielu ojców. W przypadku zespołu z Łazienkowskiej architekta 14. ligowego tytułu wskazać jednak nietrudno. Bo okazał się nim właśnie trener. Trener, który – choć z tak zwanym legijnym DNA – od sierpnia do co najmniej października ubiegłego roku był najbardziej kontestowaną przez kibiców osobą w warszawskim klubie.

Arka - Korona - felieton

Łaska kibica, wiadomo – jest uzależniona od wyników. Vuković zaczął przygodę z Legią od nieudanego zeszłorocznego finiszu, gdy na dystansie rundy finałowej ESA 37 Legia ścigała się z zupełnie inną prędkością niż Piast starego wygi Waldemara Fornalika. I przegrała z kretesem. Wówczas na zakończenie sezonu padły słynne słowa Aco, że prawdziwym legionistą może być tylko piłkarz, który… zapierdala. Wtedy odebrano te słowa ze sporym zdziwieniem. Jako rzucone pod publiczkę, ale też i na własną obronę przez Serba z polskim paszportem. Bo kto jak kto, ale Legia zawsze sprowadzała (a przynajmniej takie miała zamiary) zawodników z piłkarską jakością. Czyli z zupełnie innymi walorami niż oczekiwano od na przykład kieleckiej bandy świrów (czytaj: walczaków). Szybko jednak okazało się, że mówiący również o obalaniu mitów i oczyszczaniu atmosfery trener wcale nie jest tanim populistą. Tylko doskonale wie, co mówi przygotowując grunt pod pożegnanie z Michałem Kucharczykiem, który przy Łazienkowskiej cieszył się statusem jednej z klubowym legend. I od tego wszystko, co później dobrego zdarzyło się przy Ł3, w zasadzie się zaczęło…

Vuković ma charakter, choć w gwarze piłkarskiej lepiej brzmi sformułowanie, że ma… cojones. Wytrzymał wraże przyśpiewki i nieprzychylne transparenty własnych kibiców, potrafił też przekonać właściciela Legii, Dariusza Mioduskiego, że wie, jak można bezkolizyjnie wyprowadzić bolid z ostrego zakrętu. A potem udowodnił, iż nie rzuca słów na wiatr. Wśród fanów innych drużyn, na czele z tymi z Poznania, miał (i ma nadal) opinię buca i furiata. Zakładam jednak, iż z pełną premedytacją zadbał właśnie o taki odbiór. Pod płaszczykiem bałkańskiego wigoru i nieokiełznanych emocji, kryje się bowiem mega inteligentny i wnikliwy obserwator naszej – nie tylko zresztą ligowej, czy w ogóle piłkarskiej – rzeczywistości. A przy tym gość, który mówiąc – że jeśli rzucający z bezsilności koszulką po odniesieniu kolejnego urazu Jose Kante jedynie na chwilę stracił głowę, bo gdyby urodził się na Grochowie lub Ursynowie, to miałby wszelkie prawo powiedzieć przed meczem, że nie będzie ryzykował zdrowiem – brzmi niezwykle autentycznie. Taki jest bowiem stopień jego asymilacji z Legią i Warszawą. A w zasadzie – z Polską.

Oczywiście, Aco nie zamierza ukrywać, że pozostał wielkim serbskim patriotą i nawet na łożu śmierci pozostanie fanem Partizana Belgrad, ale – przynajmniej ostatnio –odnosiłem wrażenie, że mówi tak… z przyzwyczajenia. Nawet jeśli nie przyjął kiedyś propozycji występów w reprezentacji Polski. Przed rokiem wróciłem zresztą do tego wątku, i Vuković wyjaśnił mi wówczas swoją decyzję sprzed 15 lat mniej więcej tak:

– To prawda, że jestem wielkim patriotą serbskim, ale nie tylko dlatego nie przyjąłem propozycji gry dla Polski, choć bardzo konkretna była podczas selekcjonerskiej kadencji Pawła Janasa. Moje nastawienie wynikało także z pragmatycznej oceny piłkarskich możliwości. Gdybym był takim kozakiem jak Robert Lewandowski, a mimo to nikt nie chciałby mnie w Serbii, to pewnie w końcu zgodziłbym się zagrać dla Polski. Wiedziałem jednak, bo poznałem już na tyle waszą mentalność, że jeśli była ostra jazda z polskimi zawodnikami, to jeśli Vuko zagrałby jeden, drugi mecz gorszy, to ze mną jazda byłaby dwukrotnie większa. A zdawałem sobie sprawę, że nie jestem w stanie pewnych rzeczy w grze reprezentacji Polski odwrócić na nie wiadomo jaką skalę.

Decyzja, która mogła odmienić na zawsze postrzeganie Aco w Polsce była więc poprzedzona chłodną kalkulacją, wręcz wyrachowana. Choć kibicom – zwłaszcza ultrasom nieskrywającym prawicowych i narodowych sympatii – zapewne znacznie bardziej spodoba się druga część tamtej wypowiedzi Vukovicia, dlatego także (w klimacie już powyborczym) pozwolę sobie ją przytoczyć:

– Zawsze uważałem także i nadal przy tym pozostaję, że reprezentacja powinna być dla ludzi z danego kraju, poczuwających się do danej narodowości. I boli mnie, że na ogólnoświatowym rynku umiera potrzeba takiego identyfikowania się z własnym państwem i radość z bycia dumnym z własnego kraju. Na przekór obowiązującej tendencji nie chciałem i nie chcę tego zmieniać. Tym bardziej, że Serbowie jako naród mają wiele powodów, żeby być dumni ze swego pochodzenia. To, że ktoś stara się przedstawiać historię w nie wiadomo jaki sposób, dla mnie nie oznacza, że za sto lat nikt już nie będzie pamiętał, co w drugiej wojnie światowej zrobili Serbowie czy Polacy, a co Niemcy. Dla mnie nie ma miejsca na relatywizm, a tym bardziej sprowadzania tych postaw do poziomu: byliście tacy sami. Dlatego nie pozwolę, żeby moje dzieci zapomniały o prawdzie z tamtego okresu. I nie tylko z tamtego.

W sobotę Vuković został pierwszym obcokrajowcem, który po tytuł mistrza Polski sięgnął jako piłkarz oraz trener. W elitarnym – kilkunastoosobowym – gronie tych, którzy również dokonali tej sztuki nie brakuje byłych selekcjonerów – począwszy od Antoniego Piechniczka, przez Henryka Apostela i Adama Nawałkę, po Waldemara Fornalika. Dlaczego o tym w ogóle wspominam? Cóż, to w sumie oczywiste. Dziś, po tym co osiągnął z Legią, i z jak wielką rozwagą postępował prowadząc zespół do tytułu po drodze udowadniając, że skuteczne zarządzanie kryzysem nie jest mu obce – Vuković został jednym z głównych kandydatów na szkoleniowca naszej drużyny narodowej po Jerzym Brzęczku. Serio, właśnie tak uważam. I to nie tylko dlatego, że Aco to od A do Z produkt polskiej myśli szkoleniowej, choć oczywiście z domieszką wielu zagranicznych trendów.

Piłkarzem lepszym od naszego aktualnego selekcjonera nie był, ale jako ligowy trener już osiągnął więcej. Ba, wypromował większą liczbę zdolnych polskich piłkarzy do zagranicznych klubów. No i pokazał, że potrafi grać nie tylko na wynik, kiedy zespół jedzie na oparach, ale także efektownie, radośnie, z apetytem na dużą dawkę goli. Zatem?! Żeby nie było – nie jestem zwolennikiem zwalniania Brzęczka, któremu w niedzielę stuknęły dwa lata pracy z kadrą. Przeciwnie, choć wielokrotnie krytykowałem siermiężny styl drużyny narodowej pod wodzą tego trenera, uważam, że zapracował na start w finałach mistrzostw Europy. Niepotrzebnie tylko wprowadził do kadry w eliminacjach Euro 2020 syndrom oblężonej twierdzy. Znaczy – obleganej przez dziennikarzy, wylansowanych wewnętrznie na największych wrogów. Bo to odbiera luz i komfort prowadzenia drużyny narodowej.

A dziwi mnie to tym bardziej, że jako piłkarz – i to bardzo młody – miał w tym względzie ogromne wyczucie. Poznałem Jurka, gdy akurat rządził – zdaje się, że po zaledwie kilku tygodniach pobytu w klubie – zespołem GKS Katowice. Konkretnie – do spotkania doszło w… dyskotece. Jako szalejący reporter „Przeglądu Sportowego” po nadaniu ostatnich wieczornych materiałów wybrałem się do nocnego klubu; akurat tego, w którym bawili się zawodnicy z Bukowej. I to właśnie Brzęczek wykazał się wtedy największym refleksem i momentalnie zajął reporterami (pojawiliśmy się wraz z redakcyjnym kolegą). To znaczy zaprosił na piwo i zabawił krótką rozmową. A po kwadransie po prostu gwizdnął na partnerów z zespołu dając sygnał, że pora ewakuować się miejsca, które przestało być enklawą przyjazną dla szukających resetu sportowców. Mimo że niższy i bardziej filigranowy od Jurka w ówczesnej kadrze Katowic był jedynie Adam Kucz – i nie brakowało zawodników zasiedziałych w GieKSie, z rosłym Kazimierzem Węgrzynem na czele – wszyscy błyskawicznie zareagowali na nieznoszący sprzeciwu znak nowo kreowanego lidera. I karnie opuścili lokal…

Pewnie zresztą niewielu kibiców wie/pamięta, w jakich okolicznościach Brzęczek został kapitanem Olimpii Poznań – występującej w ekstraklasie – mając zaledwie 19 lat. Otóż mimo mikrych warunków i niewielkiego doświadczenia Hubert Kostka – a zatem wybitny polski bramkarz, złoty medalista olimpijski z Monachium, ale także mistrz kraju zarówno jako zawodnik i trener – sobie tylko znanym sposobem odkrył, że ten małolat ma papiery na wodza z prawdziwego zdarzenia. Nie wręczył jednak opaski nastolatkowi, tylko nakazał asystentom przeprowadzić kampanię wyborczą na rzecz Jurka. A potem odpowiednio… policzyć głosy. I nie pierwszy raz wyszło wtedy, że demokracja najlepiej udaje się wtedy, kiedy jest sterowana. Tak w każdym razie po latach, tuż po nominacji Brzęczka na selekcjonera, opowiadał mi Jarosław Szuba, trener, który współpracował z Kostką, a samodzielnie także prowadził Jurka w Olimpii:

– Nagadaliśmy się wtedy pokątnie z piłkarzami za wszystkie czasy, ale prawda jest taka, że Jurek – który ostatecznie wygrał jednym głodem – sprawdził się w roli kapitana nie tylko w Olimpii, ale też w kadrze olimpijskiej prowadzonej przez Janusza Wójcika. Dlaczego? Bo umiał rozmawiać z ludźmi, używał argumentacji, którą trafiał do Andrzeja Borówki (poprzedniego kapitana), czy Piotra Soczyńskiego, który był wtedy regularnie powoływany do w reprezentacji Polski. Miał jasno sprecyzowaną wizję świata oraz gry, i potrafił przekonywać do swoich koncepcji. I może dlatego, że nigdy nie obiecywał dróg na skróty, ludzie mu ufali? Pamiętam zresztą, że w reprezentacji olimpijskiej – a często jeździłem z Brzęczkiem do siedziby fundacji założonej na jej rzecz – wszyscy zawodnicy słuchali Jurka jak szefa. Na czele z Wojtkiem Kowalczykiem, Ryśkiem Stańkiem, czy Piotrem Świerczewskim, mimo że byli to świetni piłkarze, i do aniołków wcale nie należeli.

Dlatego nie mam wątpliwości, że gość z tak wielką wrodzoną dozą charyzmą (a to towar wysoce reglamentowany; nie do kupienia za żadne pieniądze, a tym bardziej do wyuczenia) – którą dostrzec musiał nie tylko Kostka, ale też i Zbigniew Boniek nominując na selekcjonera – nie powiedział jeszcze w kadrze kluczowego słowa. Zwłaszcza, jeśli dostałby wsparcie odpowiedniej liczby właściwie wykwalifikowanych i doświadczonych asystentów. Zanim zatem ustąpi kiedyś miejsce (być może właśnie Vukoviciowi), na pewno jest w stanie jeszcze zapisać się pozytywnie w historii naszej drużyny narodowej. Warto w tym miejscu wspomnieć jeszcze, że biedną i nieliczącą się Olimpię Brzęczek jako kapitan doprowadził do piątego miejsca w lidze i półfinału Pucharu Polski, który poznaniacy przegrali (walkowerem) z Legią tylko dlatego, że w rewanżu wystąpił zawodnik (nieistotny), który powinien pauzować za kartki. A dziś biało-czerwona drużyna – napędzana przez Roberta Lewandowskiego – wcale przecież nie jest (skromna i dyskretna) jak Olimpia w tamtych realiach. Dlatego powinna osiągnąć więcej. Znacznie więcej!

Adam Godlewski - felieton

ADAM GODLEWSKI

Adam Godlewski – dziennikarz sportowy, felietonista, specjalista od piłki nożnej. Związany jest ze sportem od ponad ćwierć wieku. Na naszych łamach pisze felietony sportowe z serii “Krótka piłka”.

Przeglądając tę stronę akceptujesz politykę cookies oraz regulamin strony więcej informacji

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close