Pomysł powiększenia ekstraklasy o Koronę i Arkę to idiotyzm

Kluby z Kielc i Gdyni od lat były jak Franz Smuda – walczyły o spadek

Trochę lat mam już na karku, nasza piłkarska liga zaskakiwała mnie niejednokrotnie, choć rzadko pozytywnie. Nie sądziłem jednak, że doczekam takiego idiotyzmu, jaki pojawił się w przestrzeni publicznej w ubiegłym tygodniu. Nie mam pojęcia co jadł ktoś, kto wpadł na pomysł niedegradowania Korony oraz Arki, i powiększenia rok wcześniej niż zakładał harmonogram PKO Ekstraklasy do 18 drużyn. Nie mam jednak wątpliwości, że spożyte substancje musiały autorowi tego koszmarka zaszkodzić. Nawet bardzo! We w miarę normalnej rzeczywistości, i przy średnim nawet rozgarnięciu taki paw organizacyjny był przecież nie do wymyślenia. Co bowiem mógłby zyskać polski futbol, gdyby po rozegranym sezonie nagrodził pozostawieniem w elicie odstające wyraźnie od reszty stawki zespoły z Kielc i Gdyni? Otóż mógłby jedynie narazić się na śmieszność.

Arka - Korona - felieton

Nawet jeśli obecny sezon jest rozgrywany w warunkach dalekich od standardowych, i można by – ewentualnie – zaakceptować zmianę regulaminu w trakcie, to na pewno nie trzy, czy cztery kolejki przed końcem. Czas na to był – ewentualnie – przed majowym restartem, kiedy nie wiadomo było, jak bardzo pandemia zdezorganizuje najbliższe miesiące we wszystkich obszarach życia. Wówczas w zgodzie z elementarną logiką i bez szwanku dla wizerunku rozgrywek można było – ewentualnie – zapowiedzieć taką reformę. Natomiast zgłaszanie takiego pomysłu na finiszu tylko po to, żeby uratować ekstraklasę – czyli tak naprawdę kasę z tortu telewizyjnego – dla Korony i Arki jest zapewne największym dziwactwem od momentu powstania ligi, co miało miejsce ponad 90 lat temu.

I to nie tylko dlatego, że nie ma nic wspólnego z duchem sportu. Byłoby bowiem jawnym działaniem na szkodę polskiego futbolu. Przecież kluby z Kielc i Gdyni od dłuższego czasu postępowały w myśl lapsusu Franciszka Smudy, czyli walczyły o spadek. Ba, robiły wszystko, aby tę degradację osiągnąć! Dlatego nic nie zrobi im tak dobrze i oczyszczająco jak kwarantanna na zapleczu ekstraklasy. Tylko tam mogą wypracować nową strategię i znaleźć pomysł na funkcjonowanie w komercyjnych realiach. Podawanie respiratora w tym momencie byłoby nie tylko nieuczciwe wobec innych uczestników rozgrywek, ale stanowiłoby też zupełnie nieuzasadnioną reakcję medyczną. Oba wspomniane organizmy są już tak mocno niewydolne, że na ratunek jest zwyczajnie za późno.

Umówmy się zresztą komisyjnie, jak zwykł mawiać były selekcjoner Andrzej Strejlau, że pozostali udziałowcy Ekstraklasy SA nie mają żadnego interesu, żeby ratować miejsca dla Arki i Korony. Po pierwsze dlatego, że po sezonie, w którym nie mogły normalnie zarabiać na biletach – i tak naprawdę nie wiadomo kiedy znów będą mogły – dzielenie telewizyjnego tortu na dwa dodatkowe kawałki byłoby niczym strzelenie gola samobójczego. Wszyscy będą potrzebowali każdej złotówki z kontraktu na prawa medialne, dzielonego na obecnych zasadach. Mało tego – zapewne nikt nie pogniewałby się, gdyby PZPN znalazł środki na drugą tarczę ratunkową. Bo i tę kasę szybko i bez problemu rozdysponowano by między szesnastu graczy. Bez oglądania się na dwójkę outsiderów, których siermięga była już od dłuższego czasu sporym ciężarem dla zawodowej ligi. Siermięga organizacyjna, finansowa, sportowa, wizerunkowa. Przykra prawda jest taka, że kluby z Gdyni i Kielc przestały pasować do elity już jakiś czas temu. Do tego stopnia, że pytanie nie brzmiało: czy zarządzane w ten sposób spadną?, tylko: kiedy spadną? Bo na dłuższą metę takiej fuszerki nie tolerują nawet nie do końca poważne rozgrywki; czyli takie jak nasze. A majowa zmiana właściciela klubu w Arce już nic nie mogła odmienić. Była bowiem spóźniona co najmniej o 10 miesięcy.

Kiedy stery w Kielcach przejmował Krzysztof Zając, uznał, że 5. miejsce to nie dość dobry wynik dla Korony i pożegnał się z Maciejem Bartoszkiem, choć ten został uznany Trenerem Sezonu. A potem było już tylko gorzej. Autokary z piłkarzami wymienianymi przed każdym sezonem na hurtową skalę były stałym punktem krajobrazu pod Suzuki Areną. Brakowało stabilizacji, szwankowała organizacja, finanse regularnie kulały, kluczowe decyzje były notorycznie opóźnione. Ewentualnie – zaniechane. Korona sprowadzała głównie – to znów poetyka Franza Smudy – zagraniczny szrot. A nawet jeśli trafiło się trochę jakości, to szybko odpływała, ponieważ nikt w Kielcach na czas nie dbał o przedłużanie umów. Do błędu popełnionego na dzień dobry i olbrzymiej desperacji prezes klubu przyznał się w marcu tego roku, kiedy trwoga zaprowadziła go do niechcianego wcześniej Bartoszka. Tyle że na przeprowadzenie skutecznej kuracji przez tego szkoleniowca było już za późno. Pacjent znajdował się już bowiem w stanie agonalnym.

A co zrobili panowie Midakowie z Leszkiem Ojrzyńskim, kiedy skończył się kontrakt szkoleniowca, który doprowadził Arkę do Pucharu Polski i występu w finale tych rozgrywek rok później? Otóż – także nie przedłużyli kontraktu. Nie wzięli pod uwagę, że mimo topornej gry, zespół zanotował progres. Od więcej niż szczęśliwego utrzymania po golu ręką Rafała Siemaszki w meczu z Ruchem Chorzów w maju 2017 roku, do 9 miejsca po rundzie zasadniczej w kolejnym sezonie. Właściciele chcieli grać ładną piłkę, ba – polską odmianę tiki-taki – i pod ten wyimaginowany styl sprowadzili trenera. Zapomnieli tylko, dysponując składem desek i papy, dokupić odpowiednich piłkarzy. Efekt przerostu formy nad treścią nie był zatem trudny do przewidzenia. Choć po drodze pojawiły się kosztowne angaże Marko Vejinovicia, Fabiana Serrarensa, czy Nemanji Mihajlovicia. Niczego już jednak nie zmieniły. Poza dodatkowym obciążeniem pustej już wcześniej klubowej kasy, bo ci piłkarze niezłe mieli tylko CV; okazali się niewarci tak wysokich kontraktów. Współczuję nowym właścicielom Arki, Michałowi i Jarosławowi Kołakowskim, ale gdy w maju przejmowali klub musieli zdawać sobie sprawę, że utrzymanie to kwestia wyłącznie cudu, a nie racjonalnych przesłanek. Zakładam zatem, że weszli do gry mając także plan B, wedle którego naprawcza procedura zostanie wdrożona na zapleczu ekstraklasy.

Owszem, pamiętam zespoły walczaków z Kielc i Gdyni, zostawiające na boisku serducho. I dokładające, jak określa Tomasz Hajto, coś z wątroby. Bo to wcale nie tak odległa historia. Dziś jednak nie ma pół powodu, żeby cała liga dla tych akurat klubów ryzykowała własną reputacją godząc się na zmianę regulaminu na finiszu. Bo to nie byłby nawet absurd. To byłaby głupota. I to horrendalna…

Adam Godlewski - felieton

ADAM GODLEWSKI

Adam Godlewski – dziennikarz sportowy, felietonista, specjalista od piłki nożnej. Związany jest ze sportem od ponad ćwierć wieku. Na naszych łamach pisze felietony sportowe z serii “Krótka piłka”.

Przeglądając tę stronę akceptujesz politykę cookies oraz regulamin strony więcej informacji

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close