Po występie Lecha w Lidze Europy pozostały absmak i frustracja

Panie Selekcjonerze, chodzi o to, żeby reprezentacja miała jaja!

Start Lecha w Lidze Europy był wielkim wydarzeniem. Ale też pozostawił wielki absmak. Okazało się bowiem, że klub, który ma wręcz obowiązek meldować się na ligowym podium w Polsce, zupełnie nie pasuje na średnią międzynarodową półkę. Kolejorz nie był przygotowany do pucharowej rywalizacji pod żadnym względem. Po pierwsze – kadrowo i jakościowo, ale zabrakło również odpowiedniej motoryki i przygotowania mentalnego. A także właściwej oceny potencjału i zaskakujących dla rywali pomysłów trenera Dariusza Żurawia. W efekcie, zamiast święta futbolu, zespół z Bułgarskiej zafundował kibicom w trzech ostatnich kolejkach fazy grupowej festiwal nieporadności. Rozgrywki Europa League nie okazały się upragnionym oknem wystawowym dla drużyny z Wielkopolski. Tylko miejscem, gdzie brutalnie wskazano wszelkie niedostatki wicemistrza Polski. Wyszło na to, że piłkarze Benfiki, Standardu i Rangersi ułatwili zadanie analitykom krajowych rywali Lecha, którzy nie muszą już głowić się tak bardzo jak wcześniej nad wychwyceniem słabych punktów w grze Kolejorza; zostały przecież podane na tacy.

Adam Godlewski felieton Lech Poznań

Okazało się także, że walcząc na dystansie 37 kolejek poprzedniego sezonu o udział w Lidze Europy, a później w 4 seriach eliminacji, o możliwość rywalizacji z takimi zespołami jak Benfica czy Rangersi, Lech potraktował rewanże z nimi jako mniej istotne od ligowych potyczek z Podbeskidziem i Stalą Mielec. Co już samo w sobie jest absurdem i kompromitacją Kolejorza, ale i stawia pod znakiem zapytania sens bicia się o puchary. Marzenia kibiców o rywalizacji z drużynami pokroju tych z Lizbony i Glasgow trener Żuraw skwitował przecież wystawieniem rezerwowego składu. Oddając tym samym punkty słynnym przeciwnikom w zasadzie bez walki. I nie pozostawił tym samym złudzeń, że Kolejorz zwyczajnie nie dorósł do tego etapu rywalizacji. Po pucharowej przygodzie – zresztą nie tylko w okolicach ulicy Bułgarskiej – miały pozostać niezapomniane wrażenia. Tymczasem dominująca jest frustracja. Zwłaszcza że odpuszczenie finiszu w Lidze Europy nie przełożyło się na pełną pulę w starciach z beniaminkami ekstraklasy.

Zatem, czy warto w ogóle było porywać się z motyką na słońce? Patrząc na finansowy aspekt udziału w Lidze Europy – z całą pewnością! Premia z UEFA już przecież przekroczyła 20 milionów złotych, a dojdą jeszcze pieniądze z tytułu Market Pool. Na europejskich boiskach Lech wygrał więc – choć w grupie głównie przegrywał – ponad połowę zeszłorocznego budżetu. Pewnie, koszty związane z udziałem w Lidze Europy powiększą też wydatki, ale w kasie zostanie (a przynajmniej powinno), dość środków, żeby załatać dziury w składzie. A te – są ewidentne. Filip Bednarek bronił jak umie, w kwalifikacjach wielokrotnie ratował kolegów przed stratą goli, ale i ile naprawdę (nie)umie – obnażyli Rangersi. Stopera na wymaganym na tym poziomie rywalizacji Kolejorz nie miał praktycznie żadnego. A w Poznaniu zapomniano także o wartościowej konkurencji dla trójki środkowych pomocników i Mikaela Ishaka w pierwszej linii.

Zabrakło zatem nie tylko leczącego uraz golkipera Miki van der Harta, ale co najmniej czterech jakościowych zawodników z pola, żeby o Lechu powiedzieć, że wykazał autentyczne chęci przygotowania się – kadrowo – do startu w Lidze Europy. Pod względem przygotowania mentalnego zrobiono jeszcze mniej. Czego dowodem są trzy kolejne mecze (z Legią, Rakowem i Standardem), w których Kolejorz tracił gole – i punkty! – w ostatniej akcji meczu. To zresztą jakieś kuriozum, żeby zespół rywalizujący na tym poziomie gubił koncentrację między 90. minutą a końcowym gwizdkiem. A jeszcze bardziej niedopuszczalne jest to, że po pierwszej wpadce pojawiły się dwie kolejne. Piłkarze nie wyciągnęli wniosków, sztab nie wyciągnął wniosków, a wszyscy razem najedli się wstydu. I stracili 3 punkty w PKO Ekstraklasie oraz 190 tysięcy euro za remis w Lidze Europy. Czyli mniej więcej tyle, ile kosztowałby roczny kontrakt stopera bardziej ogarniętego od Djordje Crnomarkovica. Czemuś biedny – boś głupi. Czemuś głupi – boś biedny…

3 punkty na 18 możliwych, bramki 6-14 i ostatnie miejsce w grupie – taka będzie (wątpliwa) wizytówka Lecha Żurawia, któremu po trzecim meczu fazy grupowej zupełnie odcięło prąd. Wiele do myślenia dają zresztą statystyki biegowe po – priorytetowych – meczach z Podbeskidziem i Stalą. O ile w starciu z Góralami poznaniacy przebiegli kilometr mniej, w tym 150 metrów szybkim biegiem i sprintem, o tyle w Mielcu przemierzyli już dystans o ponad 7 kilometrów krótszy od gospodarzy. A z prędkością powyżej 19,8 km/h – zaliczyli niemal o półtora kilometra mniej. Zjazd fizyczny jest więc ogromny. Nie dziwne, że zmęczenie materiału przełożyło się także na zjazd w tabeli ekstraklasy. W rundzie finałowej ESA 37 poprzedniego sezonu, konkretnie w czerwcu i lipcu 2020 roku – Lech punktował najlepiej w Polsce (5 wygranych i 2 remisy, 17 pkt, bramki: 15-6). Odkąd zaczęła się faza grupowa Ligi Europy jest 8. w kraju (2 wygrane, 3 remisy, 1 porażka; bramki 11-7).

Z reguły po występie w europejskich pucharach oceniano, że to świetna lekcja. I doświadczenia zdobyte w rywalizacji ze znacznie silniejszymi przeciwnikami wkrótce zaprocentują. W przypadku obecnego Lecha stawianie takiej tezy jest jednak mocno ryzykowne. Biorąc nawet poprawkę na fakt, że Kolejorz do rozegrania ma zaległe spotkanie z Pogonią (w którym zważywszy chociażby na poziom zmęczenia nie będzie faworytem), strata do czołówki jest na tyle duża, że może być trudno ponownie uplasować się na pucharowej pozycji. Prawda jest zresztą taka, że poznaniacy grali naprawdę fajną piłkę od czerwca do połowy listopada. OK., to była niedokończona drużyna, ale grająca ofensywnie i nowocześnie. I taka, o której można było powiedzieć, że znajduje się na fali wznoszącej. A potem zgasła. I dziś – z pewnym przekąsem można ocenić – że znalazła się na poziomie Stali Mielec. Wychodzi więc na to, że Liga Europy nie rozwinęła wicemistrza Polski. Tylko cofnęła. Niestety…

***

Jerzego Brzęczka z Kolejorzem łączą nie tylko powołania dla odchodzącego z Poznania po rundzie jesiennej Jakuba Modera i obserwacje innych czołowych młodzieżowców Dumy Wielkopolski. Także – roczne występy w Lechu. Niezłe, choć nie wybitne, po których jednak zapamiętano nawet kółeczka a’la Kazimierz Deyna w wykonaniu obecnego selekcjonera. A w każdym razie zapamiętał Roman Jakóbczak, medalista mistrzostw świata w 1974 roku z kadrą Jerzego Górskiego, który w sezonie z Brzęczkiem był przy Bułgarskiej menedżerem, a w końcówce sezonu prowadził zespół w roli trenera. Wspólny dla kadry i Lecha jest też niedosyt po jesiennych występach. Z poważnymi rywalami biało-czerwoni w Lidze Narodów ugrali przecież zaledwie punkt (na 12 możliwych). Dorobek mocno zawstydzający, a jednak selekcjoner, który po miesiącach, w których udzielał się wyłącznie na konferencjach, odbył wreszcie dłuższe spotkanie z dziennikarzami, jakby nie zauważył tego faktu. I nie wyciągnął wniosków, gdyż nadal w przekazie trenera Jerzego dominuje syndrom oblężonej twierdzy.

Teraz był uprzejmy stwierdzić, że sprawowanie funkcji selekcjonera wiąże się z dużą presją. „Bo skoro są oczekiwania, są również wymagania, zatem obecna jest również krytyka.” W sumie – całkiem logiczny wywód. Tyle że na dodatek – to oczywiście zdanie Jurka – wszyscy powinni zdawać sobie jeszcze sprawę, że wokół Brzęczka „krytyczna atmosfera jest jeszcze większa, i jeszcze bardziej namacalna niż w przypadku byłych selekcjonerów.” Podobno obecny trener kadry nie ma z tym problemów, więc zastanawiam się po co w ogóle drąży wątek. Przecież, na logikę, skoro ma tak małą wiedzę na temat medialnej jazdy z poprzednikami w kadrze – uwierzcie, była porównywalna – nie powinien tracić energii na rozmowy na ten temat. Ktoś jeszcze gotów bowiem pomyśleć, że po stracie 11 z 12 możliwych do wywalczenia punktów w dwumeczach z Włochami i Holandią w LN, selekcjoner oczekiwał – jeśli nie pochwał – przynajmniej docenienia, że nie było łomotu. I skończyło się na porażkach najwyżej dwiema bramkami.

A może wypadałoby jeszcze docenić, że w czterech spotkaniach z tymi przeciwnikami udało się oddać kilka strzałów, a nawet zdobyć jednego gola?! Jurek, na Boga, ogarnij się. Ponad dwa lata pracy z reprezentacją, a podejście nadal masz jak do rywalizacji Wisły Płock z Legią Warszawa, w której Nafciarze wygrać co prawda mogą (raz na dziesięć meczów), za to przegrać – muszą (większość). To jest drużyna narodowa dużego kraju, której kapitanem jest Robert Lewandowski, najlepszy napastnik świata. I ludzie, wbrew zatytułowanej „Niekochani” produkcji PZPN – swoją drogą ktoś, kto to wymyślił, musiał chwilę wcześniej zupełnie rozminąć się ze zdrowym rozsądkiem – chcą się identyfikować z reprezentacją. Która nawet przegra, tak jak z Niemcami we Frankfurcie w 2015 roku 1:3, ale nie wyjdzie na boisko prosić o najniższy wymiar kary. Tylko będzie miała coś do zaproponowania; czyli nie będzie tak nijaka, jak ostatnio w Amsterdamie i Reggio Emilia. Słowem: że będzie miała jaja!
Czego i Panu Selekcjonerowi życzę.

Adam Godlewski - felieton

ADAM GODLEWSKI

Adam Godlewski – dziennikarz sportowy, felietonista, specjalista od piłki nożnej. Związany jest ze sportem od ponad ćwierć wieku. Na naszych łamach pisze felietony sportowe z serii “Krótka piłka”.

Przeglądając tę stronę akceptujesz politykę cookies oraz regulamin strony więcej informacji

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close