Po powrocie bandytów nasz futbol znów zrobił się śmieszny

PROBIERZ POWINIEN RZUCAĆ MIĘSEM WYŁĄCZNIE TAM, GDZIE LUBI PIERD… SOBIE WHISKY

Polska piłka znów jest śmieszna. Po minionym weekendzie ponownie będzie kojarzyć się prawie wyłącznie z kibolstwem, które niczym szarańcza zaatakowało na stadionie Widzewa, ale też dało pokaz wynaturzenia na autostradzie w okolicach Brzeska. A wcześniej właściciela jednego z – w założeniu – zawodowych klubów trzeba było… poszukiwać, gdyż zapadł się pod ziemię. I to nie w Kielcach, gdzie Korona ma siedzibę, ale w Niemczech, gdzie jest zameldowany. Gdyby nie było to tak fatalne wizerunkowo i bolesne dla kibiców złocisto-krwistych, byłoby nawet śmieszne…

A jeszcze niedawno wydawało się, że z pandemii koronawirusa nasz futbol wyjdzie silniejszy; z całkiem niezłą logistyką, bardziej niż wcześniej zjednoczony. I na przykład z płacami dostosowanymi do sportowego poziomu PKO BP Ekstraklasy. Czyli lekko przynajmniej uzdrowiony i uporządkowany. Dziś już wiadomo jednak, że szansa na refleksję i reformę, którą nieoczekiwanie stworzył lockdown została zmarnowana. I to chyba bezpowrotnie. Zwłaszcza że to wcale nie koniec kłopotów całego środowiska.

Michal Probierz - felieton

OK., jestem w stanie zrozumieć frustrację kibiców Widzewa. A zatem klubu, w którym od kilku lat przepłaca się zawodników, ale owi „wirtuozi” nie są w stanie grać na miarę apanaży. Pytanie, czy tylko z uwagi na kiepską odporność na stres, czy może z innego – złej woli nie wykluczając – powodu? Odpowiedzi powinni poszukać (i podzielić się publicznie) ci, którzy zatrudniali piłkarzy na bajecznych – w realiach drugoligowych – warunkach. Poza sporem pozostaje bowiem, że 5 punktów wywalczonych przez łodzian w końcowych 7 kolejkach to skandal. RTS to przecież nie jest jakiś tam klub, czy nawet klub jakich wiele, tylko – zwłaszcza dla ludzi z mojego pokolenia – symbol. Charakteru, waleczności, zadziorności. Taki, co to po odejściu najlepszego piłkarza do Juventusu Turyn grał jeszcze lepiej niż ze Zbigniewem Bońkiem w składzie. I bez niedawnego lidera awansował po półfinału Pucharu Europy Mistrzów Krajowych. Tymczasem dziś charakter jest w Widzewie towarem najbardziej deficytowym. Po latach drugoligowej banicji łodzianie wczołgali się do wyższej klasy wyłącznie dzięki słabości przeciwników. Na dziś nie mają nie tylko stylu i w ogóle zespołu (bo ten dotychczasowy oparty był na zgranych kartach), ale i szkoleniowca z prawdziwego zdarzenia. Zarząd także okazał się wyjątkowo nieudolny, więc w sumie nie ma się sensu dziwić, że – jak słychać w Alei Piłsudskiego – kasa świeci pustkami.

Fakt jednak, że rozumiem – i nawet podzielam – zniesmaczenie widzewskich kibiców nie oznacza, że usprawiedliwiam samosądy uprawiane przez bandytów mieniących się fanami RTS. Prawda jest taka, że barbarzyńcy wypełzli z jaskiń w najgorszym dla klubu momencie. Pobicie młodego piłkarza w „nagrodę za awans” to przecież pocałunek śmierci dla sportowej spółki. Kto teraz – z solidnych i szanujących się piłkarzy – zechce grać w zespole z Alei Piłsudskiego? Po to, żeby zaryzykować „premię” pięścią w twarz? I ilu sponsorów będzie chciało być kojarzonych z chamstwem i chuligaństwem? Piłka nożna dla kibiców – to oczywiście hasło wciąż aktualne. A w normalnym świecie wręcz przewodnie. Tyle tylko, że najwyższa już pora, aby – na koniec drugiej dekady XXI wieku – łobuz i bandyta był nazywany po imieniu; fakt bowiem, że skrywa się pod klubowym szalikiem wcale nie czyni go kibicem.

Przecież atak na własnych piłkarzy to jeszcze większe łajdactwo od ustawki, podczas której naparzali się szalikowcy Resovii i Stali Rzeszów. Choć bandyci ze stolicy Podkarpacia ze zdrowym rozsądkiem i normalnie pojmowaną inteligencją rozminęli się o kilka szerokości, to przynajmniej nie czynili krzywdy osobom trzecim. Czemu jednak na arenę „zmagań” wybrali autostradę, a nie polanę w lesie, czy jakąś łąkę – pewnie nawet sami nie wiedzą. Bo chęć zaistnienia w mediach dzięki zbiorowemu mordobiciu jest żadnym wytłumaczeniem. Nawet dla imbecyli.

O co chodziło Krzysztofowi Zającowi i niemieckim właścicielom Korony też zresztą nie bardzo wiadomo. Dla tak nieudolnie zarządzanego klubu jak kielecki w ostatnich latach zwyczajnie nie było miejsca w krajowej elicie. I – choć zabrzmi to być może nieco paradoksalnie – nie tylko dla całej naszej piki, ale nawet dla złocisto-krwistych dobrze się stało, że degradacja zakończy te męki. Bo Zając i spółka działali wbrew logice, a także w niezgodzie ze sportowymi i rynkowymi zasadami. Piłkarzy wymieniali regularnie i hurtowo po każdym sezonie, nie zostawiając nawet tych, którzy się sprawdzili. Jakby to był cel sam w sobie (być może zresztą był; któż to wie). Szkoleniowców, po zwolnieniu na dzień dobry Macieja Bartoszka uznanego wówczas Trenerem Sezonu, zastępowali wyłącznie gorszymi od poprzedników. Zaś finanse – zgadzały się chyba tylko menedżerom współpracującym z Koroną. Jakby jednak tej nieudolności i totalnej amatorszczyzny było mało, to na koniec większościowy udziałowiec Dirk Hundsdorfer postanowił wygłupić się już na całego – ukrywając się nawet przed Zającem.

Prawda jest taka, że polska piłka ma wielkiego pecha do niemieckich tak zwanych inwestorów. Przywykliśmy już w zasadzie, że z Bundesrepubliki eksportują do nas wyłącznie – jak mawiał Franz Smuda – piłkarski szrot; co w sumie jest logiczne o tyle, że nawet 2. Bundesliga to rozgrywki przebijające jakością naszą PKO BP Ekstraklasę. Natomiast, z całym szacunkiem dla milionów zachodnich sąsiadów, trudno przyzwyczaić się, do obecności w naszym futbolu geszefciarzy stamtąd podających się za biznesmenów, którzy przejmują akcje polskich piłkarskich klubów. Gdzie bowiem tylko się pojawią – natychmiast przyciągają kłopoty organizacyjne, zaległości w wypłatach, i ogólny bałagan. Na dzień dobry stwarzają iluzję nowej jakości, a potem nowe są już wyłącznie problemy; niestety…

Przekaz medialny z naszego piłkarskiego podwórka po minionym weekendzie mógł mieć zupełnie inny – o wiele lepszy – wydźwięk. Przecież w piątek w Lublinie finał Pucharu Polski pod względem sportowym był najlepszy od lat. Wielu lat! Było widowisko, była jakość, dramaturgia i wielkie emocje. Piotr Stokowiec – zmagający się nie tylko z przeciwnikami, ale i własnym zarządem – był współautorem naprawdę niezapomnianego pucharowego spektaklu. W którym zresztą odegrał swą rolę z większą klasą od Michała Probierza, miotającego się niezbornie wzdłuż linii bocznej. I miotającego przekleństwami.
Jak szkoleniowca Pasów cenię i szanuję – nie kupuję tego typu zachowania. Jeśli to ma być polski Guardiola – a warsztat Michała, oczywiście przykładając niezbędne proporcje – na pewno upoważnia do takiego sformułowania, to powinien świecić przykładem także na ławce. I również w tych momentach, gdy emocje sięgają zenitu. Skoro whisky może sobie pierd… w kuluarach, to nikt nie będzie miał mu za złe jeśli rzuci grubym słowem właśnie tam. Natomiast na boisku powinien trzymać fason. Zwłaszcza że tak naprawdę sam wpędził się w kłopoty i zwiększył presję przed finałem PP eliminując z zespołu Janusza Gola, który jesienią niezwykle sprawnie poukładał grę Cracovii. I był w poprzedniej rundzie najbardziej wartościowym ligowcem w Polsce. Teraz Probierz – oprócz niezbędnych wprawek z savoir-vivre’u – powinien dać sobie odpowiedź na pytanie, czy jako wiceprezes klubu i trener zespołu zachował się właściwie wobec Gola?

Ligę ekipa z ulicy Kałuży przegrała przecież – jak na klub tak dobrze poukładany, doinwestowany i nieskrywający ambicji – z kretesem. Wywalczenie pucharu było zatem jedynym sposobem na uratowanie sezonu. Udało się, pewnie także dlatego, że motywacja finansowa dla zespołu była więcej niż wysoka – premia dla piłkarzy ma bowiem stanowić aż 65 procent z 6,15 miliona złotych, które PZPN i Ekstraklasa SA wypłacą zdobywcy Pucharu Polski. Trener Probierz i drużyna udźwignęli presję, zapisali się w historii pierwszym dla Pasów trofeum od ponad 70 lat i zasłużyli na wielkie brawa. Można jednak stawiać dolary przeciw orzechom, że z Golem znacznie łatwiej byłoby Cracovii o miejsce w ESA gwarantujące start w eliminacjach Ligi Europy. Zresztą i finał pucharu z doświadczonym liderem w składzie byłby zapewne mniej nerwowy…

A skoro już o finale PP mowa, to warto zwrócić uwagę, że w Lublinie nie pojawił się prezydent RP – pod którego patronatem toczą się pucharowe rozgrywki – ani nikt z jego kancelarii. I raczej nie jest to przypadek. Tylko efekt „popisów” Zbigniewa Bońka na Twitterze podczas kampanii prezydenckiej. Prezes największego związku sportowego powinien zachowywać polityczną neutralność, o czym Zibi zupełnie zapomniał. Efekt jest taki, że prestiż finału Pucharu Polski został obniżony, a i sam szef PZPN – który obecnie jest nękany publicznymi pytaniami przez reportera „Gazety Polskiej” o coraz to nowe wątki i sprawy nie do końca wyjaśnione (ostatnio o konto numeryczne w Szwajcarii, na które pieniądze za akcje Widzewa przelał mu Sylwester Cacek; i o podatek należny od tej transakcji) – musi odczuwać dyskomfort.

A nie zapowiada się, żeby był to koniec kłopotliwego dla prezesa związku indagowania. W drugim (whatsAppowym) obiegu od kilku tygodni krąży dokument pod roboczym tytułem „Litania grzechów Bońka”, z której jak się wydaje – garściami czerpią nawet dziennikarze śledczy. Widziałem to opracowanie, niewątpliwie solidnie przygotowane, więc pisząc w tym miejscu przed tygodniem o trudnych pytaniach do prezesa PZPN, zastanawiałem się, kiedy ponownie wypłynie temat przelewu za akcje Widzewa na kwotę 1,1 mln euro na wspomniane konto numeryczne. Biorąc pod uwagę, że w przestrzeni publicznej nie wyartykułowana została jeszcze nawet połowa podpunktów „Litanii”, należy zakładać, że ciąg dalszy nastąpi. Tym bardziej, że – jak upierają się środowiska nie(zbyt)przychylne Zibiemu – przedstawiciele naszego fiskusa pofatygowali się już podobno do Szwajcarii, żeby zbadać ten wątek. Natomiast fachowcy zupełnie innych specjalności mają wyjątkowo wnikliwie przeglądać krajowe archiwa na okoliczność występowania w nich nazwisk osób znanych z funkcjonowania na szczytach polskiego futbolu.

Cóż, sport i polityka to nie są branże pokrewne. A polski futbol miał się – jeśli nawet nie najlepiej, to przynajmniej najspokojniej – gdy jego sternicy nie wchodzili w konflikty, sprzeczki, czy choćby tylko w polemikę z władzą…

Adam Godlewski - felieton

ADAM GODLEWSKI

Adam Godlewski – dziennikarz sportowy, felietonista, specjalista od piłki nożnej. Związany jest ze sportem od ponad ćwierć wieku. Na naszych łamach pisze felietony sportowe z serii “Krótka piłka”.

Przeglądając tę stronę akceptujesz politykę cookies oraz regulamin strony więcej informacji

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close