Pięknych dożyliśmy czasów, Lewandowski ze Świątek na czele!

Słodko-gorzki plebiscyt na najpopularniejszych sportowców Polski

Nawet jeśli zabrzmi to nieco absurdalnie, pandemia (a w każdym razie pandemiczne utrudnienia) służy polskim sportowcom. Trudno było pokusić się o inny wniosek oglądając w sobotni wieczór Galę Mistrzów Sportu, podczas której „Przegląd Sportowy” ogłosił zwycięzców swego 86. plebiscytu. Kiedy bowiem ostatnio – przy takiej okazji – wspólnie bawili w Polsce najlepszy piłkarz świata, zwyciężczyni tenisowego wielkiego szlema i żużlowiec, który obronił globalny prymat? Otóż – nigdy! Bo nigdy wcześniej nasi sportowcy nie odnieśli tak spektakularnych sukcesów. Jeśli do tego dodamy klasę, z jaką wypowiadali się po odbiorze statuetek Kamil Stoch, Iga Świątek i Robert Lewandowski wyjdzie na to, że przy artystach, którzy są najszybsi jedynie w wyścigu po reglamentowane szczepionki na covid-19, ukształtowała się w Polsce całkiem nowa elita – elita sportowa. Składająca się z obywateli świata, którzy osiągnięty sukces zawdzięczają głównie własnym wyrzeczeniom i poświęceniom, a przede wszystkim ciężkiej pracy. Za to z pominięciem układów, znajomości rodziców i innych takich…

Gala Mistrzów Sportu - felieton

Zupełnie nieprzypadkowo składająca się z ludzi potrafiących pięknie nazywać emocje towarzyszące zarówno codziennej harówce, ale i spełnianiu marzeń. A nawet – jak Stoch – mówić o miłości. Obeznanych z kamerami, przyzwyczajonych do publicznych wystąpień i niezmiennie gwarantujących zmianę… scenariusza. Najpiękniej nawet zagrana sztuka teatralna czy fantastyczny film mają przecież tę niedoskonałość w porównaniu ze spektaklami, w których główne role ogrywają Lewandowski, Świątek czy Bartosz Zmarzlik, że – znając zakończenie – wstrzymujemy się z pójściem na powtórny seans. Tymczasem konkursy skoków w sobotę i w niedzielę, nawet jeśli obydwa wygrałby Stoch, będą miały zupełnie inny scenariusz, tło i obsadę w rolach drugoplanowych. Zresztą, nie ma sensu ograniczać się jedynie do skoków – które od czasu Adama Małysza (obok futbolu i żużla) – są w Polsce sportem narodowym; nawet jeśli, jak barwnie określiła to żona Kamila: wszyscy je oglądają, a prawie nikt nie uprawia. Przecież na dwóch najwyższych stopniach plebiscytowego podium stanęli sportowcy uprawiający najpopularniejsze dyscypliny na świecie!

Tak, proszę państwa, dożyliśmy czasów, w których o pierwsze miejsce w plebiscycie na najpopularniejszego sportowca Polski rywalizowali zwyciężczyni wielkoszlemowego Rolanda Garrosa i król strzelców/zwycięzca Ligi Mistrzów UEFA (a przy tym Piłkarz Roku FIFA)! Dla kogoś – jak ja, będącego wychowankiem „Przeglądu Sportowego” z lat 90-tych poprzedniego stulecia – to wyniki wówczas nie tylko nie do wymyślenia, ale nawet takie, o jakich wtedy się nie śniło. Pamiętam jak cała redakcja ekscytowała się awansami Magdy Grzybowskiej do III rundy Australian Open. A Widzew Łódź był gloryfikowany za to, że potrafił u siebie zremisować z Borussią Dortmund w Lidze Mistrzów. Zaś Marek Citko wprost wielbiony przez wszystkich kibiców – i telewidzów – za to, że zapakował piłkę za kołnierz Jose Molinie z niemal połowy boiska. I nie odstawał technicznie od rywali z Atletico Madryt. Do zachwytów nie potrzebny był nawet awans łodzian z grupy Champions League; cieszyliśmy się ze znacznie drobniejszych osiągnięć. Bo tych większych – nie było.

OK., żeby nie było zbyt słodko – z niedowierzaniem, a nawet pewnym niesmakiem przyjąłem (dalszą) kolejność w dziesiątce plebiscytu „PS”. Nie zamierzam oczywiście polemizować z wyborami ludu, miałem okazję od środka przyglądać się, jak wyglądało zwieranie szeregów w rozmaitych sportowych dyscyplinach przy okazji głosowania (choć wówczas jeszcze na wycinanych z gazety papierowych kuponach), ale… Nawet chyląc czoła przed marketingowcami Kajetana Kajetanowicza, którzy wykonali gigantyczną i fantastyczną robotę, nasz czołowy rajdowiec pasował do grona wielkich mistrzów na wysokiej czwartej pozycji niczym kwiatek do kożucha. Przy całym szacunku dla tego sportowca – wygrał przecież wyścig (nawet nie serię wyścigów) na którymś-tam poziomie; wcale nie najwyższym. A czy zwyciężczynię challengera w Taszkencie porównywalibyśmy ze Świątek? Albo Tomasa Pekharta z Lewandowskim? No sorry, ale nawet przy założeniu, że mierzymy jedynie popularność, a nie skalę dokonań (bo tego w różnych dyscyplinach zrobić nie sposób), Kajetanowicz nie grał w tej samej (światowej) lidze co Iga i Robert.

Przeszacowany jest także lokata Stocha, którego szanuję, doceniam i niezmiennie podziwiam za dekadę w światowej czołówce. To gigant, prawdopodobnie największy – nie tylko wśród skoczków – ostatnich 10 lat, ale… nie roku 2020. OK., Kamil skakał na bardzo wysokim poziomie, wygrał Row Air i więcej niż jeden konkurs w Pucharze Świata (zatem słusznie znalazł się przed Kajetanowiczem), ale nie był nawet najlepszym Polakiem w swej dyscyplinie. To oczywiście nie jego wina, że głosujący (d)ocenili tegoroczne wyniki w Turnieju Czterech Skoczni, ale wyszło na to, że plebiscytowe zaszczyty oraz sławę zgarnął sprzed nosa koledze z reprezentacji, Dawidowi Kubackiemu. Przecież to ten drugi z naszych świetnych skoczków wygrał w minionym roku prestiżowy Turniej Czterech Skoczni, najwięcej konkursów spośród biało-czerwonych i uplasował się najwyżej (ale „tylko” na czwartym miejscu w Pucharze Świata). Zresztą popularność Kamila najbardziej zaskoczyła chyba jego samego, gdyż odbierając nagrodę niemal przepraszał twierdząc, że bardziej na tak wysoką pozycję zasłużył Dawid…

Taka po prostu jest prawda i chwała Stochowi, że w ferworze walki – nie tylko o mołojecką sławę, ale i kontrakty reklamowe – potrafi zachowywać się z tak wielkim taktem i poszanowaniem dla faktów. To bowiem także znamionuje klasę sportowca. A jeśli chodzi o największego przegranego, a w każdym razie najbardziej niedocenionego w plebiscytowym wyścigu, to jest nim – oczywiście dla mnie – Zmarzlik. Równie skromny jak Kamil, i równie wielki w swojej dziedzinie. Mieliśmy przecież na przestrzeni dziejów wielkich żużlowców, którzy nigdy nie sięgnęli po mistrzostwo świata. Największy przed Bartkiem Tomasz Gollob dojechał do złotego medalu, ale tylko raz. Tymczasem Zmarzlik zdołał obronić tytuł, zrobił to w wielkim stylu i dziś wskazując największych w historii rodzimego speedwaya wyliczankę trzeba zaczynać właśnie od niego. Z 8 rozegranych w pandemii rund Grand Prix wygrał aż 4 (i nie w klasie… SGP3)! Był światowym dominatorem, a mimo to w sobotni wieczór musiał oglądać plecy Kajetanowicza.

Nawet jeśli nie zamierzam obrażać się na wyniki głosowania, to nikt mi nie wmówi, że większym rozgłosem w kraju cieszył się sukces pana Kajetana. I wywołał większy rezonans wśród polskich kibiców. Bo tak absolutnie nie było. Podobnie jak nie dam się przekonać, że trzecia zawodniczka mistrzostw Europy w short-tracku ma więcej fanów niż światowy mistrz nawalanki w oktagonie, bijący się dla największej federacji. Przecież w obu omawianych przypadkach rangi osiągnięć nie ma nawet sensu porównywać. Aby jednak nie było – panu Kajetanowiczowi życzę dobrze. Wyłącznie sukcesów, (jeszcze) większych niż w roku 2020. Pani Natalii Maliszewskiej – również, oboje mają zresztą szeroki margines na poprawę wyników. Oby zatem wrócili na przyszłoroczny – miejmy nadzieję, że się odbędzie – Bal Mistrzów Sportu w glorii mistrzów (najlepiej świata) w swych dyscyplinach. Bo takiej legitymacji na przebywanie wśród asów klasy Lewandowskiego, Świątek, Zmarzlika czy Jana Błachowicza nikt (raczej) nie będzie kwestionował.

Być może tegoroczne wyniki stanowią wskazówkę dla organizatorów plebiscytu, aby rzucić okiem na zasady wyboru najpopularniejszych sportowców Polski. Po to, żeby nadal była to konkurencja dla sportowców właśnie, a nie dla speców od marketingu, których zatrudniają. Zresztą, czy wyobrażacie sobie reakcję publiczności, gdyby wcale nie pierwszoplanowy rajdowiec wyprzedził w konkursie popularności organizowanym przez „PS” nie tylko dwukrotnego mistrza świata na żużlu i mistrza świata UFC, ale także zwyciężczynię Rolanda Garrosa i Piłkarza Roku FIFA?! Przecież to już byłby nie „le cabaret”, tylko „le tragi-comedie”… Nawet jeśli to tylko zabawa, i w plebiscytach nie ma sensu doszukiwać się sprawiedliwości.

Adam Godlewski - felieton

ADAM GODLEWSKI

Adam Godlewski – dziennikarz sportowy, felietonista, specjalista od piłki nożnej. Związany jest ze sportem od ponad ćwierć wieku. Na naszych łamach pisze felietony sportowe z serii “Krótka piłka”.

Przeglądając tę stronę akceptujesz politykę cookies oraz regulamin strony więcej informacji

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close