Pan Lider Robert Lewandowski, i bardzo tłuste czwartki Lecha

A także o fatalnej i nieco śmiesznej stronie polskiego futbolu

Gdyby ktoś spojrzał na nasz futbol w październiku 2020 roku, doszedłby do jedynie słusznego przekonania, że polska piłka ma dwóch ambasadorów. Globalnego w osobie Roberta Lewandowskiego, którego – jako Piłkarza Roku UEFA przedstawiać nikomu nie trzeba. A także silną krajową markę w postaci Lecha Poznań, dzięki której już na początku jesieni kibice mogli mieć… tłuste czwartki. I nic pod tym względem nie zmieni się w nadchodzących tygodniach, gdyż Kolejorz w dobrym stylu awansował do rozgrywek grupowych Ligi Europy. Reszta jest, niestety, milczeniem. Legia uległa kolejnej katastrofie, zmieciona z boiska przez potęgę z Azerbejdżanu. Potęgę oczywiście tylko w odbiorze warszawskiego klubu, bo 64. w klubowym rankingu UEFA Karabach Agdam z perspektywy poważnych europejskich zespołów jest egzotycznym średniakiem. A za chwilę reprezentację Polski poprowadzi – awaryjnie – szkoleniowiec nielegitymujący się nawet licencją UEFA Pro, której posiadania (żeby było śmieszniej) PZPN bezwzględnie wymaga nawet w II lidze. Czyli na trzecim poziomie rozgrywkowym w kraju.

Lewandowski Lech - felieton

Zatem bywa w naszej piłce i radośnie, i strasznie zarazem. To jednak oczywiście nie wina Lewandowskiego, zresztą piłkarza, na którym w Legii – swego czasu – zupełnie się nie poznano. Szczęśliwie dla jego rozwoju, bo będąc tylko przez chwilę w stołecznym klubie nie zdążył nabrać złych nawyków i załapać się do grona wielokrotnie poturbowanych przez rywali z peryferii wielkiego futbolu. Ostatnio co prawda, w meczach o Superpuchary Europy i Niemiec, Robert wyglądał na niezwykle zmęczonego, ale po odbiorze statuetki dla najlepszego gracza w rozgrywkach UEFA w ostatnim roku ponownie złapał tlen. I to w znacznej dawce! Bowiem w pojedynkę – strzelając czteropak – pokonał Herthę Berlin. W spotkaniu, które nie układało się (nadal wyraźnie wyczerpanemu) Bayernowi. O ile monachijski zespół zrobił wiele w minionym sezonie, żeby wywindować markę RL9 na absolutny szczyt, o tyle w minioną niedzielę polski gladiator pokazał, że na najwyższym poziomie potrafi zagrać nawet wówczas, gdy partnerzy są mocno apatyczni.

Słowem – jest liderem światowego formatu, posiadającym wszystkie niezbędne ku temu walory. Z odpornością na stres i umiejętnością odcięcia się na boisku od problemów życia pozasportowego włącznie. Nie jest przecież tajemnicą, że w minionych dniach Lewandowski przyjął kilka ciosów wizerunkowych, wycofał się – bo inaczej nie wypadało – z dużego biznesu na Mazurach i musi żyć ze świadomością, że Niemcy mocno zainteresowali się jego podatkami. Na przekór tym wszystkim problemom zadał kłam tezie, że jest co prawda wspaniałym kapitanem okrętu, ale tylko wówczas, gdy żegluga odbywa się na spokojnych wodach. Czyli wtedy, kiedy to Bayern dyktuje warunki, a Robert może spijać śmietankę z dobrej gry kolegów. W starciu z Herthą nasz napastnik był do bólu – dla błyskotliwych momentami berlińczyków -skuteczny wbrew partnerom. A to ważna informacja także w kontekście występów RL9 w reprezentacji Polski. Z oczywistego powodu, że w drużynie Jerzego Brzęczka takie sytuacje zdarzają się, niestety, znacznie częściej…

Lech to klub, który – swego czasu – wypromował Lewandowskiego. A dziś wychowuje, promuje, i intratnie transferuje nie tylko jego następców. Po latach błędów, wypaczeń i brania ostrych zakrętów w Poznaniu wychowano bowiem także trenera. Wreszcie, bo taką ideę miał już przed wielu laty właściciel klubu, Jacek Rutkowski. Długo jednak brakowało cierpliwości, albo typowano niewłaściwych kandydatów. W każdym razie dopiero Dariusz Żuraw okazał się brakującym ogniwem. Bo sukces Kolejorza – który dzięki awansowi do zasadniczej fazy Ligi Europy powinien złapać głęboki finansowy oddech – to w pierwszej kolejności zasługa szkoleniowca. Który wbrew obowiązującym w naszej tak zwanej ekstraklasie trendom chciał grać z młodym zespołem w piłkę. I do przodu. Przez to kołdra dość często okazywała się za krótka – i nadal okazuje – żeby przykryć wszelkie niedostatki w tyłach, ponieważ rywale za często wypracowują klarowne okazje, ale najważniejsze, że koncepcja okazała się słuszna. Premia jest bowiem wysoka, a za kasę z UEFA łatwiej będzie wyeliminować niedostatki.

Kolejorz wyprzedził krajową konkurencję w produkcji wartościowych wychowanków, którzy falą zaatakowali pierwszy zespół. Dzięki temu do kasy napływają znaczące środki ze sprzedaży, a w przypadku Jakuba Modera (który przez co najmniej rundę zostanie jeszcze w Poznaniu) będzie to kasa – 11 milionów euro – absolutnie rekordowa w historii ligowego futbolu! Warto jednak zauważyć, że lechici nauczyli się także robić transfery do klubu. Nie na ilość, tylko jakościowe. Po przyjściu Daniego Ramireza Pedro Tiba nabrał zupełnie nowej prędkości i klasy, a Mikael Ishak z miejsca dał świetne zastępstwo Christianowi Gytkjaerowi. Choć wydawało się, że Duńczyka będzie zastąpić niezwykle trudno. Mało tego! Filip Bednarek potwierdził w bramce Kolejorza – szczególnie w trzech zapowiadających się arcytrudnie wyjazdowych bataliach pucharowych: z Hammarby, Apollonem i Charleroi – że jest świetnym nabytkiem. Golkiper ma bowiem wielki udział w awansie do LE. I także może skorzystać na oknie wystawowym, które otworzyło się przed poznaniakami w tłuste – miejmy nadzieję, że nadal – czwartki.

Legia – najbogatszy, najsilniejszy marketingowo, i najsilniejszy sportowo w poprzednim sezonie polski klub – w miniony czwartek okazała się kilka klas słabsza od Karabachu. Michniewicz, niewątpliwie bardzo dobry taktyk i trener, który do każdego meczu przystępuje mając konkretny plan, tym razem pomylił się – i to bardzo – nakreślając strategię. Nie sprawdziła się ani koncepcja przygotowana na rywala z Agdamu, ani – tym bardziej – jego wybory personalne. Nowy szkoleniowiec Legii znalazł miejsce w wyjściowym składzie dla wszystkich letnich nabytków mistrzów Polski, ale właśnie to okazało się gwoździem do trumny. Dlatego, że Rafael Lopes, Joel Valencia i Bartosz Kapustka są w znacznie słabszej formie niż pamiętamy z ich najlepszych okresów. A nazwiska, jak powszechnie wiadomo, nie grają. Z tej perspektywy bardzo źle się stało – dla Legii i Michniewicza – że odwołano ligowy mecz ze Śląskiem Wrocław poprzedzający blamaż z Karabachem. Trener stracił bowiem możliwość przetestowania planu i dostrzeżenia, iż z tymi wykonawcami nie ma prawa zadziałać…

Tyle że Michniewicza trudno wskazywać jako winowajcę; i to nie tylko dlatego, że miał za mało czasu przed starciem z Azerami. Moment na zmianę trenera w Legii był absolutnie nieodpowiedni; wynikał z paniki właściciela, a nie z rozsądnego, długofalowego planu. Analiza raportu fitness z meczu z Górnikiem – w którym zabrzanie przebiegli ponad 10 kilometrów (w tym sprintami niemal półtora) więcej od wyraźnie zamulonych gospodarzy – nie pozostawia złudzeń, gdzie tkwi główny problem… Na oparach mistrzowie Polski jechali praktycznie nieustannie po wznowieniu rozgrywek po pandemicznej przerwie. Letnie transfery okazały się dobre wyłącznie na papierze, a mimo to Dariusz Mioduski nie pozwolił Aleksandarowi Vukoviciowi na naukę wychodzenia z kryzysu. W efekcie dziś nie ma LE przy Łazienkowskiej, jest natomiast dwóch trenerów na utrzymaniu. I na pniu trzeba sprzedać Michała Karbownika, podobno największą perełkę, tyle że głęboko ukrytą w meczu z Karabachem. Za równowartość połowy Modera. Co stanowi bodaj najbardziej namacalną miarę regresu Legii…

Na koniec słowo przed zbliżającymi się meczami reprezentacji, w których nie będzie mógł uczestniczyć zmagający się z covid-19 Brzęczek. Z konieczności na ławce – przynajmniej na początku październikowego tryptyku – selekcjonera zastąpi asystent, Tomasz Mazurkiewicz. Czyli szkoleniowiec z kwalifikacjami na poziomie licencji UEFA A. Od dłuższego czasu podnoszę, że w porównaniu z kadencją Adama Nawałki właśnie sztab jest odcinkiem reprezentacyjnej układanki, na którym nastąpił największy regres. W ubiegłym tygodniu odbyłem nawet na ten temat poważne – jak mi się początkowo wydawało – dyskusje z Łukaszem Wachowskim (dyrektor Departamentu Rozgrywek Krajowych PZPN) i Zbigniewem Bońkiem (z prezesem na prywatnym kanale TT). Okazało się jednak, że nie sposób traktować tej wymiany zdań bez przymrużenia oka, skoro ludzie ze związku nie pamiętają, jaki był harmonogram tworzenia sztabu Nawałki. Albo nie chcą pamiętać, bo ewidentnie wyjdzie, że pozostawienie niedoświadczonego selekcjonera ze zbyt skromnym liczebnie i niedostatecznie wyedukowanym sztabem to największe reprezentacyjne zaniedbanie ekipy Zibiego.

Zatem tytułem przypomnienia, nie tylko dla panów Bońka i Wachowskiego. Co prawda Nawałka zaczynał pracę z kadrą z Bogdanem Zającem i Jarosławem Tkoczem u boku, ale miał też pod ręką Tomasza Iwana (w roli dyrektora kadry), który tajniki zawodowego futbolu zna równie dobrze – co najmniej – jak Radosław Gilewicz (czyli członek obecnego sztabu). A przecież w miarę upływu czasu poprzednik Brzęczka poszerzał skład współpracowników – o ludzi z dyplomami AWF i licencjami UEFA Pro (Robert Góralczyk – dołączył w połowie eliminacji do Euro w lutym 2015, Gerard Juszczak – do sztabu został dokooptowany w listopadzie 2015). Zająca też bardzo szybko wysłał na kurs na najwyższą trenerską licencję (w 2014 roku, został absolwentem Szkoły Trenerów z roku 2016). A i Marcin Prasoł (w sztabie od marca 2016) może pochwalić się najbardziej cenionym – wysoce reglamentowanym – dokumentem szkoleniowym wydawanym przez PZPN.

Dysponując taką siłą, liczebnie i merytorycznie, Nawałka mógł obserwować zarówno kandydatów do reprezentacji Polski, jak i rywali. A sam – gros czasu poświęcać na pracę nad schematami taktycznymi. Brzęczek nie ma tego komfortu, bo otoczył się – na co Boniek pozwolił – wyłącznie amatorami. Gilewicz w momencie tworzenia sztabu nie miał żadnych szkoleniowych kompetencji, do kursu dla byłych profesjonalnych piłkarzy na licencje UEFA B+A przystąpił w końcu września 2018 roku. Z kolei Mazurkiewicz (dopiero rozpoczął kurs na UEFA Pro) samodzielnie prowadził Rolnika Racot, Lechitę Kłecko, Unię Swarzędz, KS 1920 Mosina, Unię Janikowo, SKP Słupca, Jarotę Jarocin i Sokół Kleczew. Nawet z sukcesami, ale nie liznął w tych zespołach choćby przyzwoitego ligowego poziomu. A później był już wyłącznie asystentem Brzęczka (w Gdańsku, Katowicach, Płocku i obecnie w kadrze). Co zatem najważniejsi współpracownicy mogą wnieść do warsztatu selekcjonera? Każdy oczywiście we własnym zakresie może udzielić odpowiedzi.

A czy asystenci skorzystają z losowej absencji Piotra Zielińskiego (covid-19), i wreszcie właściwie ustawią zbierającego świetne recenzje w Premier League Mateusza Klicha i/lub cenionego we Włoszech Karola Linettego, których Brzęczek dotąd nie potrafił odpowiednio zagospodarować – oczywiście dopiero się przekonamy. Selekcjoner uparcie wierzył, że pewnego dnia po przebudzeniu coś przestawi się w głowie rozgrywającego SSC Napoli, ale – zważywszy na wymuszoną nieobecność Piotra – trzeba (wreszcie!) poszukać wariantu alternatywnego. Cóż, z pewnością lepiej późno niż wcale…

Adam Godlewski - felieton

ADAM GODLEWSKI

Adam Godlewski – dziennikarz sportowy, felietonista, specjalista od piłki nożnej. Związany jest ze sportem od ponad ćwierć wieku. Na naszych łamach pisze felietony sportowe z serii “Krótka piłka”.

Przeglądając tę stronę akceptujesz politykę cookies oraz regulamin strony więcej informacji

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close