Ogłoszenia (po)świąteczne

OGŁOSZENIA (PO)ŚWIĄTECZNE:
BRZĘCZEK ZAPRACOWAŁ NA EURO 2021
BONIEK NIE BĘDZIE RZĄDZIŁ W PZPN ROK DŁUŻEJ
ŚMIECHOWISKO W SPRAWIE LIGOWYCH NAZW

Modną przedświąteczną zabawą stały się rozważania, czy Jerzy Brzęczek powinien bezwarunkowo dotrwać na posadzie do przełożonych o rok finałów Euro 2021. Czy też lepiej, aby poddał się weryfikacji w Lidze Narodów. I jeśli reprezentacja Polski nie osiągnęłaby jesienią satysfakcjonujących wyników, wówczas prezes Zbigniew Boniek miałby nie tylko prawo, ale wręcz obowiązek, zmienić selekcjonera. Całą tę dyskusję, zainspirowaną przez szefa PZPN wywiadem udzielonym „Super Expressowi”, uważam za mocno nietaktowną. I nietrafioną w czasie. Z dwóch powodów.

Brzeczek - felieton

Po pierwszeBrzęczek zapracował, żeby poprowadzić kadrę w finałach Euro po zwycięskich kwalifikacjach. A przecież to nie jego wina, że docelowa impreza została z powodu koronawirusa przesunięta o rok. Owszem, drużyna nie miała stylu, męczyła się w większości spotkań z niżej notowanymi przeciwnikami. A Robert Lewandowski stracił status czołowego strzelca fazy eliminacyjnej, którym niezmiennie cieszył się podczas kadencji Nawałki. Nic zatem dziwnego, że na reprezentację spadła wzburzona fala krytyki, do której osobiście również – i to w solidnej dawce – dokładałem się. Skoro jednak Boniek wytrzymał ten niezwykle długi i bolesny okres wchodzenia Brzęczka w buty selekcjonera, to jaki sens ma teraz wywieranie niezdrowej presji na szkoleniowca?

Zwłaszcza że prezes jest w tym mocno niekonsekwentny. Jeszcze we wrześniu 2019 roku – gdy spotkaliśmy się w Białymstoku przy okazji meczu młodzieżówki – miał uwagi do gry i struktury wiekowej drużyny narodowej. Miesiąc później, przed rozpoczęciem Walnego Zgromadzenia Sprawozdawczego na ocenę, że końcówka kwalifikacji wyglądała już przyzwoicie, rzucił przez zęby, że wszystkie mecze eliminacyjne kadry były dobre. A na pewno zdecydowanie lepsze niż polskich zespołów klubowych w przedbiegach pucharów… A prawda jest po prostu taka, że – nawet jeśli Boniek do tego stopnia lubuje się w polemikach, iż nie unika ich nawet ze sobą – sporą część odpowiedzialności za brak stylu kadry powinien wziąć na siebie. I to nie tylko dlatego, że Brzęczek-selekcjoner był autorskim pomysłem Zibiego. To w końcu prezes PZPN pozwolił, aby sztab kadry był znacznie mniej liczebny – i słabiej wykwalifikowany – niż u Nawałki. W efekcie zabrakło niezbędnego przygotowania, doświadczenia, a nawet mocy przerobowych. Wydaje się zatem, że zamiast udzielania dwuznacznych wywiadów, trzeba po prostu pilnie poszerzyć sztab. O ludzi z właściwymi licencjami i kompetencjami. Jednak i bez wspomnianego ruchu – o który w pewnym momencie aż się prosiło – należy założyć, że obecnie selekcjoner i jego ludzie są lepsi w wykonywanym fachu niż – na przykład – jeszcze przed rokiem. Gdyż poznali tę robotę od podszewki. A przynajmniej powinni.

Drugim, ale nie mniej ważnym powodem, dla którego Boniek nie powinien przerywać kadencji selekcjonera przed rozegraniem przesuniętych finałów Euro 2021 jest elementarny szacunek dla… następcy na posadzie prezesa PZPN. Co prawda Zibi ma w tym względzie osobliwe podejście – przedłużył już wiele umów (choćby ze Stadionem Narodowym czy Polsatem na prawa do transmisji rozgrywek I ligi i Pucharu Polski) – na tak długie okresy, że kolejny prezes w trakcie swej kadencji nie będzie miał nic w tych kwestiach do powiedzenia. Nawet jeśli miałby inną wizję. A to przecież jasne i zrozumiałe, że gdyby Brzęczek miał pożegnać się z posadą po Lidze Narodów – czyli jeszcze w roku 2020 – to z nowym (poważnym) trenerem reprezentacji federacja musiałaby związać się co najmniej na dwa lata. A chyba nie chodzi o to, aby i w tym zakresie ograniczyć pole działania osobie, która po Bońku przejmie ster w PZPN. Słynne: – Masz rower, to pedałuj – skierowane do Grzegorza Laty po przegranej w wyborach w 2008 roku nie pozostawiło wprawdzie żadnych złudzeń, że Zibi zwykł grać wyłącznie dla siebie. Z automatu nie oznacza jednak, że teraz miałby zostawić w spadku jeszcze jedną – kosztowną i długotrwałą – umowę w związku.

Zresztą kadencja obecnego szefa PZPN też powinna wygasnąć w październiku 2020 roku. Z uwagi na koronawirusa – została jednak przedłużona (swoją drogą, nie o rok, jak informują media tradycyjnie sprzyjające Bońkowi, tylko co najwyżej do 30 września 2021; a zatem maksymalnie o 11 miesięcy). Tyle że ogłoszony tuż przed Wielkanocą kształt zapisów w rządowej Tarczy Antykryzysowej nie jest finalny. Brakuje w nim choćby rozwiązań dotyczących prezesów związków wojewódzkich. Ale – nie tylko. Dlatego w przepisach szczegółowych (jak usłyszałem) miał/ma ostatecznie znaleźć się punkt nakazujący przeprowadzenie wyborów w związkach sportowych najpóźniej 12 miesięcy po odwołaniu stanu zagrożenia epidemicznego w Polsce. Gdyby zatem udało się zwalczyć pandemię na przykład (i oby!) wraz z końcem czerwca, to zgodnie z powyższą wykładnią – jeśli oczywiście znajdzie odzwierciedlenie w Tarczy – elekcje musiałyby się odbyć w pierwszej połowie 2021 roku. Przy tak optymistycznym scenariuszu walki z zarazą nic nie stałoby zresztą na przeszkodzie, aby głosowanie przeprowadzić nawet jeszcze w roku bieżącym…

Mimo gigantycznego rozwoju technologicznego, dotąd nikt na świecie nie wymyślił grabi, które grabią od siebie. Dlatego nie ma większego sensu oczekiwać, że prezes PZPN i szefowie regionalnych struktur sami będą dążyć do skrócenia wydłużonych w nadzwyczajnych okolicznościach kadencji. Trudno jednak nie zauważyć także zmęczenia obecnym stylem zarządzania związkiem w środowisku piłkarskim. Zwłaszcza że ustępujący boss zafundował ostatnio śmiechowisko w postaci propozycji zmiany nazewnictwa lig. Przez 7,5 roku Boniek akceptował stan, który odziedziczył, w ogóle nie zgłaszając zastrzeżeń. Aż nagle i niespodziewanie pół roku przed statutowym terminem upływu kadencji zaczęło go uwierać, że drugi poziom rozgrywkowy w polskiej piłce nazywany jest 1.ligą. Nic to, że taki system nomenklatury zastosowano w ponad 20 europejskich federacjach. Zaś identyczne rozwiązanie w Polsce obowiązuje w ulubionej dyscyplinie Zibiego, czyli w żużlu. Ba, nawet fakt, że biegną umowy sponsorskie i telewizyjne podpisane przez obecne władze PZPN, nie powstrzymał prezesa przed kontestacją terminologii używanej od 2008 roku….

Dziwne to o tyle, że przywrócenie nazwy pierwsza liga Ekstraklasie (jako alternatywnej) nic tej ostatniej by nie dało. Obecnej 1.lidze mogłoby natomiast mocno zaszkodzić marketingowo. Natomiast rebranding – konieczny w kilku klasach – byłby kosztowny. Zatem jedynym wygranym tej w sumie nikomu niepotrzebnej zmiany byłyby firmy, które obsługiwałyby PZPN przy zmianie nazewnictwa. Bo to związek – jak zadeklarował prezes – wziąłby na siebie wszystkie koszty tej operacji. Czy Boniek naprawdę tego nie widzi? Człowiek, który zasłynął z gospodarności gromadząc na koncie związku 300 milionów złotych oszczędności?
Tymczasem akademie szkolące dzieci i młodzież wciąż oczekują na rozszerzenie piłkarskiej tarczy antykryzysowej…

Adam Godlewski - felieton

ADAM GODLEWSKI

Adam Godlewski – dziennikarz sportowy, felietonista, specjalista od piłki nożnej. Związany jest ze sportem od ponad ćwierć wieku. Na naszych łamach pisze felietony sportowe z serii “Krótka piłka”.

Przeglądając tę stronę akceptujesz politykę cookies oraz regulamin strony więcej informacji

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close