Odwołanie Superpucharu to dowód, że nawet Boniek lekko się zdrzemnął

POEZJA LEWANDOWSKIEGO, PROZA (ŻYCIA) ZIELIŃSKIEGO. I APEL DO BRZĘCZKA

Tematem weekendu w polskim futbolu było odwołanie meczu o Superpuchar, w którym Legia miała podjąć Cracovię. Pretekst stanowił pozytywny wynik badania masażysty warszawskiej drużyny na covid-19. Wynik przegapiony na skrzynce mailowej przez innego członka sztabu z Łazienkowskiej, i potraktowany (niewytłumaczalnie) swobodnie przez sanepid. W efekcie – ujawniony dopiero po 10 dniach, na co błyskawicznie zareagował prezes PZPN. Firmując falstart sezonu 2020-21 na krajowych nazwiskach własnym nazwiskiem. I słusznie (że własnym nazwiskiem), gdyż brawa i gratulacje za udany majowy restart poprzednich rozgrywek także posypały się na konto Zbigniewa Bońka. A skoro ktoś podjął się koordynacji i nadzoru reżimu sanitarnego, powinien z tego obowiązku wywiązać się od A do Z. Tymczasem w przypadku letniego – i zupełnie niezrozumiałego – poluzowania procedur główny ich strażnik wyraźnie się zdrzemnął. A być może nawet zaspał.

Zbigniew Boniek - felieton

Znamienny jest fakt, że oficjalny komunikat o odwołaniu Superpucharu został poprzedzony niepozostawiającą wątpliwości zapowiedzią Bońka na Twitterze. Co nie tylko oddaje, kto podjął decyzję, ale i… urąga dobrym obyczajom. Można bowiem odnieść wrażenie, że oto jesteśmy świadkami dalszej części eksperymentu, polegającego na sprawdzaniu, czy dużym związkiem sportowym w dużym i znaczącym kraju Europy można zarządzać zdalnie. I za pomocą portalu społecznościowego. Otóż, jak się okazało, nie można. Podobno ryba zawsze psuje się od głowy, a wiele wskazuje, że niestety przed wylotem na wakacje – o czym prezes Zibi zakomunikował (oczywiście) na TT – nie przypomniał o konieczności respektowania procedur. Ba, można nawet odnieść wrażenie, że na okres urlopowy i pourlopowy nie zostały przygotowane rozwiązania dotyczące raportowania, harmonogramu badań po powrocie, na kogo spadną opłaty. I obostrzeń w zachowaniu piłkarzy podczas odpoczynku, które powinny być bezwzględnie respektowane. W efekcie – polskim futbolem na najwyższym klubowym poziomie zaczął zarządzać chaos. Co skutkowało odwołaniem Superpucharu.

Nie jest to trofeum szczególnie prestiżowe, i zarówno Legia jak i Cracovia – która musiała zdejmować pajęczyny z gablot na statuetki po wygranej w lubelskim finale Pucharu Polski – na pewno nie będą płakać z tego powodu po odwołaniu meczu. Znacznie bardziej nawet Pasy żałują zapewne, że nie miały możliwości rozegrania wartościowego sprawdzianu przed przystąpieniem do eliminacji europejskich pucharów. A jeszcze bardziej – że odium odpowiedzialności spada w publicznym odbiorze na krakusów. W kuluarach popularna jest przecież opinia, że z jakiegoś powodu to im nie na rękę było rozgrywanie Superpucharu przy Ł3 9 sierpnia. Zatem (skutecznie) zabiegali u prezesa PZPN o przełożenie meczu pod covidowym pretekstem. Co w zestawieniu z niedawną i nie bardzo dotkliwą karą dla Pasów za przestępstwa korupcyjne sprzed lat błyskawicznie stało się zaczynem teorii spiskowej, że właściciel Janusz Filipiak i/lub trener Michał Probierz mają bliżej do Bońka niż ktokolwiek z Legii, która chciała grać w niedzielę o trofeum. I czuje się dotknięta trybem i terminem odwołania starcia o Superpuchar.

Żeby nie było – nie kupuję tej teorii. Tyle że to także jest dowód, że komunikacja w sprawie sobotniej decyzji związku/prezesa była fatalna. I zakładam, że gdyby doszło do burzy mózgów w siedzibie przy ul. Bitwy Warszawskiej 1920 ze specjalistami od marketingu, to wszystko zostałoby znacznie lepiej dopracowane. A w każdym razie nikt nie odniósłby wrażenia, że zostało przygotowane na chybcika, na kolanie, i byle jak…

Wydarzeniem weekendu w Europie był powrót Ligi Mistrzów. Powrót – nie oszukujmy się zdominowany przez Roberta Lewandowskiego i Bayern Monachium. Co Lewy zagrał w dwumeczu z (nawet osłabioną) Chelsea – a przecież pierwsze spotkanie od rewanżu dzieliły kilkumiesięczny dystans – to poezja. Nasz rodak fantastycznie zbudował statystyki dotyczące nie tylko goli, ale także asyst, co dla Bawarczyków stanowiło wystarczającą podstawę do stwierdzenia, że kapitan reprezentacji Polski jest dziś najlepszą „9” na świecie. Zdania na ten temat będą zapewne podzielone, ale jeśli pod uwagę weźmiemy jedynie trwający sezon Champions League – nikt co do tego nie może mieć wątpliwości. Najmniejszych! RL9 przewodzi przecież zdecydowanie w klasyfikacji strzelców z 13 trafieniami, podczas gdy super tercet ze Złotej Piłki – Leo Messi, Cristiano Ronaldo, Neymar – może się pochwalić (w sumie!) raptem 10 golami.

Powyższe wyliczenie pokazuje rozpęd Polaka, ale w pełni nie oddaje jakości, jak również swobody, z jaką Robert porusza się w obecnie po boiskach w LM. Osiągnął bowiem taki poziom, że nie ma powodu, aby martwić się o to, jak wypadnie na tle Messiego. Ba, dziś martwić się powinien słynny Argentyńczyk, głodny w tym roku trofeów i na pewno daleki od spełnienia. Faworytem – i to zdecydowanym – piątkowego starcia gigantów jest przecież Bayern. Zakładając w ciemno, że rozpędzony Lewy udźwignie presję, fani monachijskiego zespołu powinni martwić się jedynie o to, czy kroku liderowi dotrzymają pozostali piłkarze mistrza Niemiec. Jeśli jednak główny tryb w dobrze naoliwionej machinie działa bez zarzutu, pozostałe powinny pracować w jego tempie. Powinny…

Na razie, w sierpniowej turze po restarcie Ligi Mistrzów, w konfrontacji z reprezentantami Polski Messi prowadzi zdecydowanie. Mecz z Barceloną był doskonałą okazją dla Piotra Zielińskiego, żeby z pozycji solidnego pomocnika wskoczyć na wyższą półkę. Niestety, nasz rodak sytuacji nie wykorzystał, zagrał ponownie jak… Zieliński. Z taką pewną nieśmiałością, nieco wycofany. Jakby ponownie to głowa nie udźwignęła stawki spotkania. Co prowadzi do – skądinąd jedynie słusznego w zaistniałych okolicznościach – ostatecznego wniosku, że nadszedł wreszcie moment, żeby zrewidować oczekiwania wobec Piotra. Jest na pewno rozgrywającym formatu wymaganego w Serie A, w przeciwnym wypadku nie dostałby przecież ponad 100-procentowej podwyżki od Napoli. Nie jest natomiast graczem wybitnym. I zdaje się – zważywszy na jego atuty, ale i ograniczenia, a także 26 lat na karku – nigdy już nie zostanie. Proza życia…

Nie ma przywódczych predyspozycji, nie jest piłkarzem, który da sygnał do ataku i podyktuje odpowiednie tempo w starciu z takim rywalem jak Barcelona Messiego. Prędzej – dostosuje się do partnerów. Jeśli zatem oni wyjdą na boisko przygaszeni, on także nie będzie imponował optymizmem i brawurową wizją gry. Zresztą nie oszukujmy się, skoro w Neapolu umiejętności Piotra zostały wycenione na 3 czy 3,5 miliona euro rocznej pensji, to nasze oczekiwania powinny być – nawet jeśli pieniądze nie grają – dostosowane do tego progu płacowego. W końcu artyści pokroju Lewandowskiego kasują za sezon ponad 20 baniek.

Dlatego na koniec mały apel do selekcjonera Brzęczka: – Jurek, przestań się już łudzić, że pewnego dnia, gdy Piotr wstanie, i coś mu przeskoczy w głowie, to będziemy mieli zawodnika, którego pozazdroszczą nam wszyscy na świecie. Oceniaj, i doceniaj Zielińskiego za to, co rzeczywiście daje i może dać na boisku. Nie zaś za mityczny potencjał. To naprawdę solidny, świetnie wyszkolony pomocnik, na reprezentacyjnym poziomie. Tyle że kierownika drugiej linii z prawdziwego zdarzenia w reprezentacji Polski trzeba poszukać (wykreować), najlepiej jeszcze przed przesuniętymi finałami Euro 2020. A Zielu dorzuci do tego tyle, ile będzie w stanie. Po prostu…

Adam Godlewski - felieton

ADAM GODLEWSKI

Adam Godlewski – dziennikarz sportowy, felietonista, specjalista od piłki nożnej. Związany jest ze sportem od ponad ćwierć wieku. Na naszych łamach pisze felietony sportowe z serii “Krótka piłka”.

Przeglądając tę stronę akceptujesz politykę cookies oraz regulamin strony więcej informacji

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close