Nie tylko o kasie w ekstraklasie

Powrót do normalności miał już swoją premierę. A Boniek – niech odpocznie

Fajnie, że PKO Ekstraklasa gra na całego i w najbliższym czasie nabierze jeszcze tempa. Bo to miła odmiana w trakcie pandemii i powiew normalności. Po prawdzie jednak, powodów do zachwytów nad sportowym aspektem wznowienia piłkarskich rozgrywek brakuje. Niedzielny klasyk w Krakowie był co najwyżej przeciętny. Legia nie dojechała na pierwsze dwa kwadranse meczu, natomiast Wisła – zgasła pół godziny przed końcowym gwizdkiem. A i tak wyszło na to, że stołeczny zespół gra obecnie w lidze innej prędkości – podobnie zresztą jak Piast Gliwice – niż Biała Gwiazda. Nie dziwne zatem, że większa temperatura towarzyszy zdarzeniom wokół boisk niż na murawach, na których próżno szukać jakości.

Zbigniew Boniek - felieton

Spore emocje wzbudziła na przykład kwestia decyzji Komisji Licencyjnej, która – mimo szumnych (ale jak się okazało zupełnie bez pokrycia) zapowiedzi – nie odebrała Rakowowi prawa do gry w ekstraklasie w następnym sezonie. Mimo że częstochowianie nadal będą występować w roli gospodarza w Bełchatowie. Tyle że z góry było wiadomo, iż to jedyne sensowne rozwiązanie. Skoro bowiem stadiony w Polsce budują samorządy, to ukaranie klubu – finansowanego z prywatnych środków, funkcjonującego na zdrowych komercyjnych zasadach, na dodatek harmonijnie rozwijającego się – za opieszałość lokalnych władz otarłoby się o absurd. I to niebezpiecznie. Dobrze więc, że prezes Zbigniew Boniek w porę się zreflektował wycofując z publicznie rzuconego, ale nieprzemyślanego anonsu o nieuchronnej degradacji beniaminka jeśli nie będzie w stanie grać w mieście, które jest jego siedzibą. Zresztą, okazało się, że również Warta Poznań może występować w Grodzisku Wielkopolskim. A i Lechia Gdańsk po spłaceniu zaległości wynikających z kontraktów także nadal będzie tolerowana na najwyższym szczeblu.

To wszystko – choć niepozbawione kontrowersji z uwagi na medialny kontekst – pozytywne informacje. Federacja powinna przecież – zwłaszcza w skomplikowanej obecnie rzeczywistości – a nawet ma obowiązek, ułatwiać działalność klubom, nie zaś rzucać dodatkowe kłody pod nogi. Zresztą wycofanie się z rozmijających się ze zdrowym rozsądkiem zapowiedzi to rozwiązanie lepsze – nawet dla pomysłodawcy – niż ich wdrażanie. Niesie jednak ze sobą niebezpieczeństwo. Mianowicie: utratę wiarygodności przez piastującego wysokie stanowisko człowieka, który obrał taką strategię komunikacyjną. A Boniek, który ostatnio wręcz kipiał od nadmiaru energii, co przekładało się na nadaktywność w mediach, zaczął w pewnym momencie publicznie polemizować… ze sobą. I to w wielu wątkach. Dobrze zatem, że po okresie rozłąki z rodziną mógł wreszcie wrócić do Włoch. Dzięki temu będzie mógł złapać drugi oddech i nabrać do pewnych spraw niezbędnego dystansu. Również do zasadnej krytyki, która co prawda nigdy nie była w smak obecnemu prezesowi PZPN, ale tylko w najgorętszych momentach sprawiała, że tracił nad sobą kontrolę. I pozwalał sobie na obcesowe, wręcz prymitywne odnoszenie do patrzących na ręce dziennikarzy. A w minionych dniach Zibi miał naprawdę duże problemy z akceptacją innego niż swoje zdania na polski futbol.

Inna sprawa, że na koniec dnia szef PZPN – już w zgodzie ze zdrowym rozsądkiem – opowiedział się za obniżeniem (podstawowych) pensji piłkarzom. Właściciele sportowych spółek z najwyższej ligi już kilka tygodni temu zaczęli otwartym tekstem mówić o konieczności zrewidowania polityki płacowej. Także do nich – wreszcie – dotarło (choć pewnie szkoda, że dopiero w czasie zarazy), iż piłkarskie gwiazdki są wynagradzane niewspółmiernie do prezentowanej klasy. I w zupełnym oderwaniu od wyników, a w zasadzie ich kompletnego braku, na arenie międzynarodowej. W pierwszej lidze dyskutowano nad wprowadzeniem – wzorem amerykańskiego salary cap – limitów płacowych (choć bez wiary, że w Polsce to się uda; natomiast nowo podpisywane kontrakty są znacząco mniejsze od poprzednich). W ligach niższych łapią się za głowy, jak to możliwe, że (np. w III-ligowej Kotwicy Kołobrzeg) piłkarze pobierali kilkunastotysięczne sumy. Słowem – wszyscy w polskim futbolu dostrzegli już nie tylko potrzebę, ale wręcz konieczność zmiany modelu funkcjonowania klubów. A zdaje się, że i zawodnicy zorientowali się, że po pandemii nic już nie będzie takie samo. W każdym razie – jak słychać choćby ze Śląska Wrocław – doświadczony stoper, który dotąd pobierał 90 tysięcy miesięcznej pensji jest gotów w kolejnych latach grać za połowę tej kwoty. Podobnie jak i wciąż perspektywiczny boczny obrońca, który do negocjacji startował z pułapu 46 tysięcy, a teraz także przygotowany jest na obniżkę o 50 procent. Zatem – powrót do normalności miał już swoją premierę.

Trzeba przy tym jednak zakładać, że jeszcze przez 5-10 lat akademie szkolące dzieci i młodzież (które przed koronawirusem rosły niczym grzyby po deszczu) nie dostarczą do klubów pełnowartościowych pracowników na 100 procent etatów. Nadal trzeba będzie więc szukać za granicą. Pytanie jednak, czy wciąż w przeważającej większości przypadków po obcokrajowców, którzy nie załapali się do lepszych piłkarsko lig, więc tym chętniej najmowali się do roboty w trwoniącej klubowe budżety na płace Polsce? Czy może jednak, po uprzedniej inwestycji w skauting z prawdziwego zdarzenia, znacznie młodszych i perspektywicznych? Rokujących na tyle dobrze, że nawet po gotówkowych transferach i późniejszej odsprzedaży będzie można liczyć na zarobek? Zresztą, może właśnie dla piłkarzy zagranicznych trzeba by wprowadzić w Polsce limit płacowy, ale – paradoksalnie – na wysokim poziomie, poniżej którego nie można byłoby po nich sięgać? Oczywiście po to, żeby kluby szukały wyłącznie na wysokiej (z naszej perspektywy) półce, i nie sprowadzały hurtowo towaru wybrakowanego. Wydaje się bowiem, że angaż maksymalnie 3-4 zawodników – nawet kosztem wprowadzenia kominów płacowych – ale odpowiedniej jakości, zamiast kilkunastu przeciętnych, byłby korzystny dla wszystkich. A zwłaszcza dla naszych młodych zawodników, którzy mieliby wreszcie od kogo uczyć się fachu.

Tyle że to melodia przyszłości. Bo dziś bez sprowadzania Słowaków, czy zawodników z Bałkanów, którzy u siebie w najwyższych ligach grają za równowartość 2, 3 tysięcy euro miesięcznie, trudno byłoby uzupełniać luki po młodych Polakach, którzy po jednym zaledwie udanym sezonie – albo jak nieco złośliwie komentują prezesi naszych klubów – po 5 strzelonych w ekstraklasie golach, są ściągami przez bogatsze zagraniczne kluby. Nawet więc biorąc pod uwagę pandemię, w drodze po zdrowy płacowy rozsądek potrzebny jest w naszej piłce okres przejściowy… Na pewno jednak już teraz warto, aby kluby przestawiły się na system motywacyjny. Funkcjonując na międzynarodowym rynku, płace trzeba dostosowywać do jego wymogów. Lepiej, i to zdecydowanie, płacić jednak za konkretny wynik, niż tylko za gotowość do jego osiągnięcia. Dobry przykład w tym względzie stanowi konstrukcja umowy Igora Angulo w Zabrzu.

Podstawowa pensja 36-letniego napastnika wynosi 10 tysięcy euro. Zawodnik, który był królem strzelców 1. ligi a także ekstraklasy – i łącznie w barwach KSG zdobył ponad 70 goli – ma w kontrakcie zapis o bonusach. Wynoszących 5 tysięcy euro, w skali miesiąca. Wypłacanych jednak tylko wówczas, gdy Bask na koniec sezonu zajmie miejsce na podium w punktacji kanadyjskiej, obejmującej bramki i asysty. Pomysł jest niewątpliwie ciekawy, a umowa skutecznie chroniła interesy zabrzańskiego klubu; napędzając Igora-goleadora. Bez odpowiedzi pozostaje tylko pytanie, co na to przedstawiciele innych zawodów, którzy na państwowych posadach kasują 30-40 tysięcy złotych, tyle że w skali roku? I czy czasem w klubach utrzymywanych przez samorządy nie powinna obowiązywać ustawa kominowa, która zezwala na wypłacanie – maksymalnie – sześciokrotności średniej krajowej?

Nie oszukujmy się, po pandemii futbol nie będzie artykułem pierwszej potrzeby. Wydatków socjalnych przybędzie, podczas gdy wypływy z podatków zostaną zubożone. Państwo i lokalne administracje zaczną więc szukać oszczędności. I może się wówczas okazać, że za publiczne pieniądze to w grę w piłkę mogą się bawić jedynie amatorzy i młodzież. A wtedy już nikt nie będzie pochylał się nad wspomnianą sześciokrotnością…

Adam Godlewski - felieton

ADAM GODLEWSKI

Adam Godlewski – dziennikarz sportowy, felietonista, specjalista od piłki nożnej. Związany jest ze sportem od ponad ćwierć wieku. Na naszych łamach pisze felietony sportowe z serii “Krótka piłka”.

Przeglądając tę stronę akceptujesz politykę cookies oraz regulamin strony więcej informacji

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close