Mioduski już to wie, że 20 meczów to u nas wieczność

Rzecz o kibicowaniu, głębokim poważaniu, i spoglądaniu w… oczy

Na polskie stadiony wrócili kibice. I – oczywiście – nie zastosowali się do zasad dotyczących dystansu społecznego. Oczywiście, bo tylko ktoś zupełnie oderwany od rzeczywistości mógł liczyć na to, że grupy zaprawione w notorycznym łamaniu przepisów ustalanych przez PZPN czy UEFA, tym razem – ze względu na COVID-19 – wykażą się większym szacunkiem dla regulaminów. Należy zatem zakładać, że skoro pojawiły się nowe, poweselne, ogniska pandemiczne, to pomeczowe także mogą się zdarzyć. A nawet byłoby dziwne, gdyby nie wystąpiły. Czy można jednak, lub wręcz trzeba potępiać fanów za takie zachowania? Otóż nie, bo przykład – ewidentnie zły – poszedł z góry.

Mioduski - felieton

Przecież na przedwyborczych wiecach w wyścigu, w którym stawką jest fotel prezydenta, także nikt nie przestrzega obostrzeń wprowadzonych w celu przeciwdziałania rozprzestrzenianiu groźnego mikroba. I jakoś nie słychać głosów oburzenia. Tym bardziej zatem nie mają sensu narzekania na kibiców. Nawet jeśli rację mają ci, którzy twierdzą, że otwieranie trybun już 19 czerwca było tak samo racjonalne jak… zamknięcie lasów i parków 2 miesiące wcześniej. Przecież to nie kibice podjęli decyzję o (częściowym) udostępnieniu trybun, mimo że koronawius wcale nie odpuszcza. I w tej kwestii to by było na tyle..

**

Mimo niedawnego lockdownu czas w każdym biznesie biegnie nieubłaganie, ale w polskiej ekstraklasie – jakby szybciej. Od bohatera do zera – niczym kopiący własną koszulkę w akcie frustracji po odniesieniu kolejnego urazu Jose Kante – można zostać zredukowanym w błyskawicznym tempie. Co jednak zaskakujące, ruch w drugą stronę także nie jest wykluczony. A doświadcza tego obecnie właściciel Legii, Dariusz Mioduski; choć oczywiście w tempie wolniejszym, nawet znacznie, niż Kante.

19 października 2019 roku, na początku meczu z Lechem w Warszawie, stołeczni ultrasi pytali retorycznie i zarazem ironicznie, prezentując podobiznę prezesa: „Jest super, jest super, więc o co wam chodzi???”. Akurat do tamtego dnia Legia uzbierała 17 punktów (w 11 meczach), traciła do prowadzącej Pogoni (która rozegrała o jedno spotkanie więcej) 7 oczek, i zajmowała 9. pozycję. Bramki (13-12) po stronie zysków i strat miała gorsze nie tylko od Portowców, ale też od Piasta, Cracovii, Lechii, Śląska oraz Jagiellonii. Zresztą Kolejorz również w tabeli był wyżej od Legii, a gole na początku rozgrywek strzelał niczym na zawołanie; pod tym względem tylko Zagłębie Lubin (także 21 trafień) dotrzymywało tempa poznaniakom. Jeden z doradców prezesa DM powiedział mi wówczas, że o nieprzyjaznej oprawie właściciel dowiedział się ze znacznym wyprzedzeniem. Aby jednak nie zaogniać i tak już napiętych relacji z kibicami – postanowił nie utrudniać życia hapenerom. Mioduski po prostu w czasie prezentacji nastrojów przez niezadowolonych jego rządami nie wyszedł na trybunę, pokazał się dopiero po zakończeniu show. Choć głównym winowajcą był wtedy oczywiście trener Aleksandar Vuković, którego fani gremialnie posądzili o brak kwalifikacji. Skoro to jednak Mioduski nominował szkoleniowca i uparcie trwał przy swoim wyborze – to on został adresatem przesłania.

20 następnych meczów unaoczniło wszystkim, że taki dystans w PKO Ekstraklasie to… wieczność. Tyle że historia przyznała rację Mioduskiemu, nie zaś kibicom. Dziś to przecież Legia wyprzedza wicelidera o 10 punktów, zaś od czasu wspomnianego protestu wbiła o 16 goli więcej niż Kolejorz. No i szkoleniowca zazdrości (a w każdym razie powinna) stołecznemu klubowi już cała liga. Za co w pierwszej kolejności okazanie szacunku – należy się właścicielowi. I to nie tylko dlatego, że w tamtym momencie nie uległ presji ultrasów. Przecież Mioduski jeszcze przed pandemią zdążył wpompować w klub z Łazienkowskiej ponad 100 milionów złotych. A futbolu uczył się zgłębiając zasady i lojalność w najbliższym otoczeniu; a po prawdzie – to ich brak. Nauka była naturalnie nie tylko trudna, momentami bardzo przykra i mocno kosztowna, ale na koniec dnia wyszło, że nawet przy takich warunkach brzegowych inwestycja może okazać się opłacalna. Legia co prawda nadal ma dług, ale generalnie – klubowe finanse znajdują pod kontrolą. Przede wszystkim ma jednak ośrodek treningowy z prawdziwego zdarzenia, o którym Mioduski od pierwszego dnia w Legii głośno marzył. Jest zatem gdzie rozwijać akademię. Mało tego; w kadrze pierwszego zespołu jest dużo jakości. I – oprócz 7 milionów euro za Radosłąwa Majeckiego – nadal są świetne widoki na znaczne transferowe wpływy. Głównie dzięki tak niechcianemu w pewnym momencie Vukoviciowi, który wymyślił i stworzył Michała Karbownika – klasowego lewego obrońcę. Oprócz tego Legia ma wprawę w kontraktowaniu zawodników sprawdzonych w innych polskich klubach (Walerian Gvilia, Kante, Arvydas Novikovas czy Mateusz Cholewiak). Wreszcie zaczęła też trafiać przy zagranicznych angażach (Luquinias, Tomas Pekhart). 6 kolejek przed końcem wyścigu ma także – jak wyliczył Paweł Mogielnicki z portalu „90 minut” – ponad 99-procentową szansę na tytuł. Pytanie zatem, czy Mioduski doczeka oprawy z napisem: „Jest super, jest super, jest.. Miodzio!”, wydaje się jak najbardziej uzasadnione.

Ba, nawet retoryczne! Przecież na logikę – ten dobry podobno kumpel Karla-Heinza Rummenigge czy Andrei Agnelliego, z którymi współdziałał) w roli wiceprezydenta ECA (Europejskiego Stowarzyszenia Klubów) już po kilkakroć zapracował na podziękowania ze strony kibiców Legii. Bez wielkiej przesady, a nawet w ogóle bez żadnej można wszakże postawić tezę, że w jego osobie doczekaliśmy się w Polsce właściciela-działacza klubowego europejskiego formatu. Choć, po prawdzie, początkowo niewiele wskazywało, że tak może się stać. Zwłaszcza – jeszcze w bieżącej dekadzie. I z tego względu dla wielu fanów sympatyzujących z Legią stanowi tak miłą niespodziankę. Natomiast dla kibiców z innych ligowych miast (a zapewne także byłych wspólników Mioduskiego), zaskoczenie raczej mało pozytywne…

**

19 października okazał się datą przełomową dla Legii, za to Lech – który w 55 minucie objął wtedy prowadzenie po strzale Darko Jevticia, ale ostatecznie przegrał 1:2 – musiał poczekać na swój punkt zwrotny do 6 czerwca. Bo to wówczas, w przerwie meczu z Zagłębiem w Lubinie (kiedy było 3:1 dla gospodarzy), Jakub Moder zmienił Karlo Muhara. Od tamtej pory Kolejorz nie przegrał już żadnej (z 7 później rozegranych) połów, w czym zasługa 21-letniego polskiego pomocnika jest bezsporna.

Internetowa akcja „Bilet dla Muhara” zbiegła się (podobno) w czasie z kadrowymi planami Dariusza Żurawia, ale kibiców Lecha już raczej nikt nie przekona, że bez ich aktywności udałoby się poznańskiemu klubowi zachować szansę na wicemistrzostwo kraju po 31 kolejkach. Pamiętam zresztą, jak po przegranym meczu (rozegranym 30 maja) zespołu ze stolicy Wielkopolski z Legią zadzwonił kolega z Poznania i żalił się nie tylko na Van Der Żarta (jak był uprzejmy stwierdzić), ale też i na to, że inne czołowe kluby mają trenerów, zaś przy Bułgarskiej – Dariusza Żurawia. A może warto, wzorem Vukovicia, dać szkoleniowcowi większy kredyt zaufania? Przede wszystkim zaś czas na naukę?

Przecież tak naprawdę najnowsza historia Legii (i w zasadzie każdego innego polskiego klubu, łącznie z Lechem), to czas zarządzania kryzysami. W Warszawie poradził z tym sobie (jak się przynajmniej wydaje) nie tylko Mioduski, ale także trener Aco. Natmiast u Żurawia ostatnio widać przecież nie tylko przebłyski. Także – postęp. Od wspomnianego meczu z Lubinem, gdzie Kolejorzowi udało się dogonić wynik, już regularnie wystawia w wyjściowym składzie czterech perspektywicznych polskich piłkarzy. Czyli takich, których promowanie powinno zwrócić się z nawiązką. A poza tym, jak mawia legendarny trener Bobo Kaczmarek, podstawowa różnica między zawodnikiem polskim i zagranicznym jest taka, że obcokrajowiec po sezonie spakuje się, wyjedzie z kraju i wszystkich będzie miał w… poważaniu. Tymczasem każdy z naszych rodaków będzie musiał – prędzej lub później – wyjść na ulicę i spojrzeć kibicom w oczy.
Swoją drogą, ktoś, kto opiniował i zatwierdzał transfer Muhara – a być może potem jeszcze wywierał jakąś presję na trenera Żurawia, żeby stawiał na tego mocno nieutalentowanego gracza – powinien bardzo poważnie zastanowić się nad zmianą fachu. Co najmniej bowiem od czasu Vojo Ubiparipa relacja poniesionych kosztów do jakości zawodnika nie wypadała w Lechu tak niekorzystnie….

Adam Godlewski - felieton

ADAM GODLEWSKI

Adam Godlewski – dziennikarz sportowy, felietonista, specjalista od piłki nożnej. Związany jest ze sportem od ponad ćwierć wieku. Na naszych łamach pisze felietony sportowe z serii “Krótka piłka”.

Przeglądając tę stronę akceptujesz politykę cookies oraz regulamin strony więcej informacji

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close