Mioduski bierze ostry zakręt, ale rozdaje karty za kulisami

Niefortunne pomysły Bońka. I dlaczego Raków jest odstępstwem od reguły

Powrót na ligowe boiska po udanej październikowej sesji reprezentacji Polski był trudny. I to nie tylko dlatego, że pandemia znów wygoniła kibiców ze stadionów. Niedzielny mecz Wisły Płock ze Śląskiem Wrocław był przecież do oglądania wyłącznie przez koneserów; a i to nie na trzeźwo. Z kolei występująca w dalekim od optymalnego i słaba w tym roku Wisła Kraków – 13. zespół poprzedniego sezonu, w obecnym w pięciu początkowych spotkaniach bez zwycięstwa – już do przerwy znokautowała beniaminka z Mielca. Co, oczywiście w połączeniu z dotychczasową postawą trzech tegorocznych ekstraklasowych nowicjuszy, każe się mocno zastanowić, czy ktoś, kto przeforsował poszerzenie najwyższej ligi do 18 zespołów, na pewno miał na względzie dobro polskiej piłki klubowej. Konkretnie – był to prezes Zbigniew Boniek. OK., meczów będzie więcej. Szkoda tylko, że nieciekawych. Pozbawionych jakości i/lub emocji. Na dziś nie ma bowiem w Polsce takiej liczby zespołów prezentujących wymagany poziom. A między ESA i jej zapleczem – jest przepaść.

Dariusz Mioduski Krótka piłka

Wyjątek od reguły stanowi oczywiście Raków, którego awans na najwyższy krajowy szczebel nie przerósł. Tyle że klub z Częstochowy stanowi odstępstwo w zasadzie od wszystkich obowiązujących w naszej piłce norm. Tych spisanych i niespisanych. Jest inaczej budowany przez właściciela Michała Świerczewskiego, który do futbolu nie trafił przypadkowo. Tylko z gotową już wizją, co pod naszą szerokością zdarza się raz… od wielkiego dzwonu. I to delikatnie określając. Nikt inny nie oddał przecież tak wielkiej władzy trenerowi, jaką ma pod Jasną Górą Marek Papszun; nawet Michał Probierz, który cieszy się w Cracovii także statusem wiceprezesa. Dlatego – mimo rozgrywania wszystkich meczów na wyjeździe (gdyż częstochowski magistrat ma problem z wejściem w XXI wiek, co skutkuje kłopotami w dostosowaniu stadionu do wymogów licencyjnych) – to Raków jest liderem ekstraklasy. I to Raków przyciąga uwagę, bo w tym momencie jest nie tylko najskuteczniejszy w naszej tak zwanej elicie, ale też gra – obok Lecha Poznań – najciekawszy futbol.

A pomyśleć, że jeszcze 18 stycznia bieżącego roku szef PZPN publicznie deklarował, iż bez odpowiedniego obiektu w Częstochowie nie dopuści Rakowa do występów w najwyższej klasie rozgrywkowej… Z jednej strony Zibi narzucił więc pozbawioną sensu kolejną reformę rozgrywek. Zaś z drugiej – zapowiadał usunięcie tego, co w ostatnich latach 1. liga wygenerowała najlepsze. Szczęśliwie – słowa (nie pierwszy zresztą raz) nie dotrzymał. Co jednak nie zmienia faktu, że przedłużenie drugiej kadencji Bońka w PZPN – którą bez pandemicznych przesunięć powinien skończyć za tydzień – było rozwiązaniem co najmniej niefortunnym. Potwierdzają to również rozwiązania z pierwotnym udzieleniem zgody Czesławowi Michniewiczowi na łączenie funkcji selekcjonera młodzieżówki oraz trenera Legii do końca eliminacji, czyli do listopada, i późniejsza – podobno podjęta w dużych emocjach po porażce kadry U-21 z Serbią – decyzja o październikowym zakończeniu współpracy. Rozwiązania z gruntu nielogiczne; po co bowiem nominować nowego szkoleniowca na ostatnie spotkanie w cyklu eliminacyjnym, które nie poprawi pozycji Orląt?

Swoją drogą, walne zgromadzenie sprawozdawcze związku – zaplanowane na 24 listopada – będzie w tym roku „przeprowadzone przy wykorzystaniu środków komunikacji elektronicznej”. Czyli zdalnie. I trudno oczywiście, aby było inaczej, skoro wokół są strefy żółte i czerwone. Gdyby jednak nawet nie wprowadzono reżimu sanitarnego, nie mogłoby być inne; spotkanie delegatów na zjazdowej sali w wątpliwość podałoby przecież zasadność przesunięcia wyborów aż o 10 miesięcy. Co jednak nie oznacza, iż za kulisami nie odbywają się przedwyborcze kontredanse. Wisła Płock nie tak dawno nie poparła na forum Ekstraklasy aspiracji średnich klubów, co wywołało zdziwienie, a nawet dąsy w Krakowie. Nie było w tym jednak cienia przypadku. Nafciarze wspólnie z Legią tworzą koalicję, która zamierza odegrać główną rolę w wyborach mazowieckiego barona związku. Frakcja ma szacować zjazdowe szable już na około 300. Co powinno wystarczyć do wygrania elekcji w pierwszej turze. Kandydat nie został jeszcze (ostatecznie) namaszczony; wiadomo jedynie, że nie będzie nim Michał Żewłakow.

W ogóle wygląda na to, że Dariusz Mioduski wziął się za rozgrywanie za kulisami. Miał bowiem także wyrazić chęć pokierowania pracami Rady Nadzorczej spółki ESA. I może podobno w tym względzie liczyć na poparcie pięciu innych członków tego 7-osobowego gremium. Co nie zmienia faktu, że z Legią znów bierze zakręt, gdyż sprzedaż Michała Karbownika nie rozwiązała wszystkich problemów finansowych wynikających z braku awansu do LE. W przestrzeni publicznej z nieprzychylnym przekazem zaktywizowali się zarówno Maciej Wandzel (który na Twitterze nawołuje zarząd stołecznego klubu do… honorowych rozwiązań), jak i Bogusław Leśnodorski. Ten drugi w programie „Turbokozak” emitowanym na antenie Canal + stwierdził, iż nie wyklucza sytuacji, w której w nieodległej perspektywie przyjdzie mu ratować klub z Łazienkowskiej. Niezrozumiałe jest to o tyle, że Mioduski – w rozmowie z wpływowym członkiem RN ESA – miał zadeklarować, że nawet jeśli musiałby sprzedać akcje, to na pewno (i nigdy w życiu!) nie duetowi byłych udziałowców.

Co więcej, Mioduski miał po cichu dodać, iż wymógłby na kolejnym (współ)właścicielu, aby w umowie była klauzula zabraniająca odsprzedaży aktywów panom Maciejowi i Bogusławowi. Tyle że na razie pan Dariusz nie ma zamiaru zbywać udziałów. A przynajmniej mój rozmówca nic o tym nie wie. O ile zresztą logika podpowiada, że właściciel Legii powinien zastanowić się nad poszukaniem majętnego partnera, który świeżym okiem spojrzałby na Legię i pomógł napędzić klub, o tyle trudno się dziwić, że tak zapiekle broni się przed niedawnymi kooperantami. Za rozwód zapłacił przecież słono; blisko 40 milionów za spłatę mniejszościowych akcjonariuszy nie wyczerpuje wszystkich kosztów, jakie musiał ponieść po rozstaniu. Zatem – po ludzku – zrozumiałe, że do tematu tej niegdyś zażyłej
znajomości podchodzi emocjonalnie. I ambicjonalnie. Nawet jeśli pieniądze lubią ciszę, a biznes preferuje rozwiązania dyktowane chłodną kalkulacją, nie zaś podejmowane w afekcie. Choć po prawdzie, Legia dla Mioduskiego już dawno przestała być (tylko) biznesem…

Zupełnie inna sprawa, że – choć w dużym futbolu jest znacznie dłużej od Świerczewskiego z Rakowa i z racji stołecznej lokalizacji w wielu sektorach ma naturalną przewagę nad częstochowskim konkurentem – sporo rozwiązań mógłby przenieść na warszawski grunt. Trener Papszun – który w ubiegłym roku wyeliminował Legię z Pucharu Polski i przyczynił się do zwolnienia Ricardo Sa Pinto – opowiadał mi w połowie zwycięskiego dla siebie sezonu pierwszoligowego, o realizacji 3-letniego planu w klubie spod Jasnej Góry. Słownie: trzyletniego (sic!). Z wykształcenia ten szkoleniowiec jest również historykiem, natomiast prywatnie – wielkim fanem marszałka Józefa Piłsudskiego. I ten zwolennik silnych, wyrazistych postaci, na których zwykł się wzorować twierdził podczas wspomnianej rozmowy, że w piłce nożnej co prawda nigdy nie ma czasu, ale działać trzeba wyłącznie długofalowo. Inna sprawa, że potem wyprzedził harmonogram, świętując awans do ekstraklasy rok wcześniej niż wraz z szefem zakładali. Co świadczy nie tylko o tym, iż Świerczewski postawił na właściwego konia.

Także, a może przede wszystkim – że opracowany plan był dobrze osadzony w realiach. Z całą pewnością Mioduski (po czterech zmarnowanych w pucharach latach) także powinien więc wreszcie przygotować kilkuletnią strategię. Następnie utrwalić w druku i konsekwentnie trzymać się zapisów niezależnie od chwilowych wahań. Jak długo jeszcze może bowiem działać wbrew naturalnym cyklom wyznaczanym przez początek i koniec sezonu? Aleksandar Vuković podkreślał, że to zupełnie inne wyzwanie być trenerem Legii na finiszu ligowych zmagań, podczas kwalifikacji europejskich pucharów, i w kryzysie, który zwykle przypadał we wrześniu po odpadnięciu z rozgrywek międzynarodowych. Przy zdrowych zasadach funkcjonowania klubu, trener ma wpływ na politykę transferową i przygotowania do sezonu, z których potem jest rozliczany. Tymczasem Michniewicza na boisku zweryfikują ludzie sprowadzeni pod wizję Vukovicia. I tacy, którzy w większości formę motoryczną wypracowywali pod kierunkiem Aco. Cóż, nawet jeśli w ostatnich latach w Legii taka właśnie jest norma, to z profesjonalizmem ma niewiele wspólnego…

Adam Godlewski - felieton

ADAM GODLEWSKI

Adam Godlewski – dziennikarz sportowy, felietonista, specjalista od piłki nożnej. Związany jest ze sportem od ponad ćwierć wieku. Obecnie redaktor naczelny Sportowy24, Polska Press. Na naszych łamach pisze felietony sportowe z serii “Krótka piłka”.

Przeglądając tę stronę akceptujesz politykę cookies oraz regulamin strony więcej informacji

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close