Lewandowski wreszcie dogonił marzenia. To dopiero początek?

SZCZYT DOWCIPU, CZYLI CO BRZĘCZEK MA DO GÓRSKIEGO?

Robert Lewandowski wreszcie dogonił marzenia. Ma zatem prawo uważać się za sportowca spełnionego. Wcześniej pobił mnóstwo rekordów, pewnie sam nie pamięta ile dokładnie; łatwiej policzyć tytuły króla strzelców, po które sięgał. Jak jednak powtarza Zbigniew Boniek, na koniec kariery liczy się przede wszystkim to, co masz w gablocie. Tymczasem w kolekcji Roberta brakowało międzynarodowych trofeów. Owszem, był zaliczany do grona wielkich (a nawet największych) piłkarzy swoich czasów, ale nie było to odpowiednio udokumentowane poza Bundesligą. Od niedzieli, 23 sierpnia 2020 roku ma najlepszy dowód – uszaty puchar Ligi Mistrzów!

Wisła Kraków - felieton

Media ze wszystkich stron świata odnotowują, że do zwycięstwa Bayernu w Champions League i 15 goli – co zapewniło wygraną również w klasyfikacji najskuteczniejszych graczy – Lewy dorzucił jeszcze mistrzostwo Niemiec i DFB Pokal, także podkreślone tytułami najlepszego snajpera. Właśnie – traktują to jako dodatek. Istotny – skoro wcześniej w historii nie zdarzył się piłkarz, który wygrał z klubem wszystkie rozgrywki, do których przystąpił, ale też zdominował trzy klasyfikacje strzelców – ale jednak dodatek, który (w globalnym odbiorze) stanowi jedynie tło dla osiągnięcia Bayernu Lewandowskiego w najważniejszym z międzynarodowych pucharów. A Bawarczykom udało się przecież wygrać wszystkie mecze, czyli 11, co także jest osiągnięciem bez precedensu. I kibice zapamiętają, że w aż 9 ze wspomnianych 11 gier Lewandowski trafiał do siatki. Co w pełni oddaje, jak duży wkład ma w ten puchar Ligi Mistrzów.

OK., akurat finał w Lizbonie nie był popisem Roberta, nie był też wielkim widowiskiem. Na tym jednak polegała przewaga ekipy z Bawarii nad resztą stawki, że na każdym etapie rywalizacji miała kolektyw z prawdziwego zdarzenia. I nawet w tych rzadkich przypadkach, kiedy RL9 nie występował w roli głównej, miał kto podyktować tempo. Zatem ważniejszy nawet od przyćmienia Neymara w decydującym o trofeum starciu – co niewątpliwie miało miejsce – wydaje się wywiad, którego Lewy udzielił „Bildowi” we wrześniu 2017 roku. Wywiad krytyczny, prawdopodobnie najlepszy, jaki dał kiedykolwiek, bez pardonu odnoszący się do polityki transferowej, a także innych aspektów funkcjonowania klubu z Saebener Strasse. RL9 miał wówczas prawo być sfrustrowany, bo lata mijały, a mógł czuć się jak król własnego podwórka. Wyłącznie własnego. O czym boleśnie przekonywał się przy okazji kolejnych edycji plebiscytu o Złotą Piłkę; regularnie pomijany przez elektorów z wielu stron świata. Wyrzucił zatem, co leżało mu na wątrobie, i co zmieniłby, żeby globalna niegdyś marka nie przekształcała się w lokalny brand. I okazało, że się taki sygnał z szatni był potrzebny. Również po to, żeby Lewy poczuł się w Monachium naprawdę jak w domu. I żeby zapomniał o rzucanym czasami w eter stwierdzeniu, że już jako dziecko marzył o grze w Realu Madryt

Przedłużenie kontraktu w Monachium i forma zaprezentowana w zakończonym w niedzielę sezonie – poparta 55 golami dla Bawarczyków – nie pozostawia wątpliwości, że RL9 wreszcie znakomicie poczuł się w skórze grającej legendy Bayernu. Zakomunikował przecież, że ten pierwszy raz jest najtrudniejszy. W domyśle – że teraz powinno być już z górki i sypnąć trofeami. W Klubowych Mistrzostwach Świata, ale też w kolejnych edycjach Champions League. W końcu kilka dni temu Robert skończył dopiero 32 lata. A przecież wciąż się rozwija i poprawia poszczególne elementy w grze. I, bez wątpienia, znajduje się w tak świetnej dyspozycji, że trudno nawet podejrzewać, że ma nad sobą jakikolwiek sufit. A skoro Real Madryt mógł skutecznie – i to nawet nie raz – bronić uszatego trofeum, to niby czemu tego samego miałby nie powtórzyć Bayern znakomicie przeprogramowany przez Hansa-Dietra Flicka? Ze sfokusowanym na wielkie osiągnięcia Lewandowskim? No czemu?!

Miniona niedziela miała też drugiego polskiego bohatera ze światka piłkarskiego. Po prawdzie jednak w tym drugim przypadku przydałby się do tego miana cudzysłów. Owym „bohaterem” stał się bowiem Jerzy Brzęczek. W opisie biograficznej książki, autorstwa Małgorzaty Domagalik, która ma ukazać się 30 września, można znaleźć następującą frazę: „Tak można by streścić wejście Jerzego Brzęczka na szczyty europejskiego futbolu”. I jeszcze większy kwiatek (cytaty za Piotrem Stokłosą z wydawnictwa SQN, zamieszczone na jego twitterowym profilu): „Opowieść o człowieku, o którym Domagalik pisze, że jest nowym Kazimierzem Górskim na nowe czasy”… Cóż, kiedyś mawiało się, iż papier przyjmie wszystko, ale w dobie internetu wydawało się, że właśnie – z uwagi na staranność, a przynajmniej konieczność redakcji – właśnie nie wszystko. Powyższe urywki (z wątpliwiej rozrywki) pokazują jednak niezbicie, że powiedzenie pozostało, niestety, aktualne. Dlatego mam wielką nadzieję, iż trener naszej kadry został „bohaterem” mimo woli. To znaczy nie widział tych sformułowań. Gdyby bowiem miał wgląd – nie dopuściłby do ogłoszeniem tych „rewelacji” drukiem.

Na jaki bowiem europejski szczyt zaszedł Brzęczek, nie bardzo wiadomo. Dotąd wygrał przecież jedynie eliminacje Euro (świetnie ustawione dzięki wysokiemu rozstawieniu wywalczonemu przez poprzednika), co można porównać do wspięcia się na Gubałówkę. A już zestawianie Brzęczka z Górskim to pełny kabaret. Pan Kazimierz był przecież wielkim prekursorem w polskim futbolu. Pomijając nawet wyniki – złoto i srebro igrzysk, trzecie miejsce w finałach mistrzostw świata, poparte tytułami króla strzelców w każdej imprezie dla polskiego piłkarza (odpowiednio: Kazimierz Deyna, Andrzej Szarmach, Grzegorz Lato) – zrewolucjonizował funkcjonowanie reprezentacji Polski. Zanim drużyna narodowa zaczęła czarować efektownym stylem i wyrafinowaną taktyką, musiał wydeptać wiele ścieżek. Wraz z doktorem Januszem Garlickim opracowali na przykład system raportów medycznych, niezbędny do aktualizowania rankingu kadrowiczów, który także był absolutną nowością. Jego sztab był pionierski również w dziedzinie przygotowań motorycznych (przy udziale fizjologa biorącego udział w radzieckim programie… lotów kosmicznych!), odnowy, prowadzenia banku informacji. Górski nie przyzwyczajał się do nazwisk, nie czekał bezczynnie na moment, w którym choćby Andrzejowi Jarosikowi coś przestawi się w głowie… A kiedy kontuzja wyeliminowała Włodzimierza Lubańskiego – kapitana kadry, najlepszego piłkarza, prawdopodobnie najlepszą dziewiątkę świata tamtych czasów, czyli postać tak ważną jaką obecnie jest Lewandowski – szukał alternatywy. Najpierw w osobie Jana Domarskiego, a później Szarmacha. W obu przypadkach – skutecznie!

Jeśli ktoś wie, co przełomowego wprowadził do funkcjonowania reprezentacji Polski – grającej w obecnej selekcjonerskiej kadencji nieefektownie, a często w stylu przypominającym męczenie buły – Brzęczek, to poproszę o informację. Przyznaję się bowiem, że nie mam bladego pojęcia o jakimkolwiek reformatorskim posunięciu obecnego trenera kadry. Swoją drogą, zastanawia mnie, dlaczego żaden z marketingowców wydawnictwa, w którym ukaże się książka nie ogarnął, że Kazimierz Górski nie jest ulubioną postacią w bajce Zbigniewa Bońka. Prezes PZPN, choć debiutował w reprezentacji właśnie u trenera wszech czasów, prawdopodobnie do dziś nie przebolał, że po meczu z Irlandią w maju 1976 roku – w którym zszedł w przerwie i ustąpił miejsca Janowi Benigerowi – wypadł z kadry przygotowującej się do startu w IO w Montrealu i nie poleciał na turniej do Kanady. W każdym razie, z niezmiennym dystansem odnosi się do wszelkich inicjatyw związanych z obchodami rocznic sukcesów Orłów Górskiego. Wychodzi więc na to, że zupełnie nietrafionym i nieuprawnionym porównaniem, ktoś zrobił Jurkowi niedźwiedzią przysługę. Bo Zibi niekoniecznie przecież musi poznać się na tym dowcipie. Nawet jeśli to szczyt dowcipu…

Adam Godlewski - felieton

ADAM GODLEWSKI

Adam Godlewski – dziennikarz sportowy, felietonista, specjalista od piłki nożnej. Związany jest ze sportem od ponad ćwierć wieku. Na naszych łamach pisze felietony sportowe z serii “Krótka piłka”.

Przeglądając tę stronę akceptujesz politykę cookies oraz regulamin strony więcej informacji

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close