Legia na farcie w klasyku, a wcześniej w piaskownicy z hubą i gamoniem

Lech po frajersku stracił punkt. I razem z Juranovciem – do psychologa!

Każdy ma takiego Klassikera na jakiego zasługuje. Ten w Niemczech był w sobotę jakościowy, z wyrazistą rolą Roberta Lewandowskiego, który mimo że miał tego dnia nie po drodze z VAR-em, w „Bildzie” i tak dostał znamionującą klasę światową notę „1”. Absolutnie zasłużenie! Na „2” zapracowali, i również trudno polemizować z oceniającymi, Serge Gnabry i David Alaba z Bayernu, ale też Raphael Guerreiro i Axel Witsel z Borussii. Było co oglądać, chciało się oglądać, jest co wspominać. I będzie o czym dyskutować zapewne dłużej niż do następnej kolejki w Bundeslidze. W niedzielnym Derby Polski, jak szumnie konfrontację Legii z Lecha nazwano przed laty w Poznaniu, także… nie zabrakło dramaturgii. To trzeba mistrzom i wicemistrzom Polski oddać. Nie zabrakło też jednak kuriozalnego samobója strzelonego przez Josipa Juranovicia i niezrozumiałego prezentu obrony Kolejorza w ostatniej z doliczonych minut. Zważywszy na prestiż, poziom tego w sumie wyrównanego meczu był niezadowalający. Co najwyżej – przeciętny.

Legia Warszawa - Lech Poznań felieton Godlewski

OK., ktoś zapewne zapamięta wejście z drzwiami na ligowe salony 19-letniego Kacpra Skibickiego, któremu w trudnym momencie noga nie zadrżała pod bramką przeciwników. Ktoś inny – kapitalną, instynktowną, znamionującą wciąż niesamowity refleks interwencję 40-letniego Artura Boruca, dzięki której legioniści nie musieli ponownie gonić wyniku. To jednak nie zmienia faktu, że Legia wygrała na farcie. I to dużym. Gospodarze grali przecież mniej składnie, wykreowali mniej dogodnych sytuacji, i zapewne ucieszyliby się także z remisu. Wcześniej krytykowani za zbyt czytelną grę na Tomasa Pekharta, pozbawieni Czecha na szpicy długo zachowywali się niczym dzieci we mgle. Zastępujący stołecznego wieżowca Maciej Rosołek był najsłabszym uczestnikiem niedzielnych zawodów. Po prawdzie zresztą, polski klasyk wykreował przede wszystkim negatywnych bohaterów. A dwie wspomniane na początku akcje – te z udziałem Juranovicia i prezent lechitów, z którego skorzystał momentami mocno nieporadny Rafael Lopes – nie powinny się zdarzyć w meczu na najwyższym krajowym poziomie, którego kibice słusznie oczekiwali.

Tyle że się nie doczekali. Zdaję sobie oczywiście sprawę, że Legia przystąpiła do spotkania w składzie dalekim od optymalnego, a trener Czesław Michniewicz zmaga się z personalnymi problemami od dłuższego czasu. I to stanowi pewne usprawiedliwienie. Podobnie jak jestem skłonny przy wystawianiu oceny uwzględnić zmęczenie Lecha występami w Lidze Europy. Co prawda dla piłkarzy z poważnych lig taki meczowy rytm nie stanowi żadnego problemu, ale biorę poprawkę na fakt, że PKO BP Ekstraklasa do końca poważna nie jest. Zatem młodzi zawodnicy, którzy po raz pierwszy znaleźli się na takiej karuzeli, mają prawo odczuwać zawroty głowy. Co jednak w żaden sposób nie tłumaczy, dlaczego udali się do szatni, zanim rozległ się ostatni gwizdek sędziego. Bo na boisku w momencie przeprowadzania ostatniej akcji przez Filipa Mladenovicia przebywali jedynie teoretycznie. Rozgrywali przy Łazienkowskiej, nawet długimi fragmentami, w swoim stylu, czyli przyjemnie dla oka. I nawet dojrzale. A dali sobie odebrać punkt po frajersku.

To świadczy o tym, ze zespół – którym tak bardzo i zasadnie zachwycaliśmy się po meczu z Benficą Lizbona, a zasłużenie chwaliliśmy po czwartkowej wygranej ze Standardem Liege – jest niedokończony. Budowa trwa, i bywa tak bolesna jak przy Łazienkowskiej. Klasowy, a nawet tylko doświadczony zespół nie pozwoliłby sobie przecież na tak karygodną drzemkę po upływie 90. minuty, gdy mecz wciąż się toczył. Koncentracja zawiodła u wszystkich obrońców, linia defensywna Lecha rozsypała się niczym w rozgrywkach trampkarzy. Zresztą, prawda jest taka, że promowany – gdzieniegdzie nawet usilnie – do reprezentacji Polski Tymoteusz Puchacz nie popisał się już przy utracie pierwszego gola. Pozwolił na dośrodkowanie Pawłowi Wszołkowi w sytuacji, gdy miał obowiązek zablokować podanie. Lewy obrońca to zresztą postać, która dobrze oddaje charakterystykę całego obecnego Kolejorza. Świetnie gra do przodu, ma ciąg na bramkę i generalnie wysokie już umiejętności, ale bardzo często gubi krycie. I popełnia błędy w ustawieniu w grze obronnej.

A przecież to destrukcja jest podstawową specjalizacją Tymka, którego spora liczba kibiców zapamiętała zapewne z bardzo niefrasobliwego zachowania w meczu naszej kadry U-21 z Serbią. Puchacz popełnił wówczas błąd na wagę porażki, utraty kontroli nad sytuacją w grupie eliminacyjnej oraz przedwczesnego zwolnienia… trenera młodzieżówki. Czyli Michniewicza. W niedzielę suma szczęścia, jak zwykł mawiać były selekcjoner Andrzej Strejlau, wyszła na zero. Tylko jednak z perspektywy szkoleniowca Legii; zdolny obrońca Kolejorza ma bowiem po dwakroć w plecy. Nie zamierzam pastwić się nad młodzieżowcem. To z pewnością bystry chłopak, gładko i niesztampowo wypowiadający się nie tylko po meczach. I taki, z którego w jakiejś perspektywie pożytek powinien mieć nie tylko Lech, ale i pierwsza reprezentacja. Kluczowy w tej ocenie jest zwrot: w jakiejś perspektywie. Bo na dziś wpychanie Tymoteusza do kadry Jerzego Brzęczka jest tak samo uzasadnione jak oczekiwanie od Kolejorza, że w grupie D wyprzedzi kogoś z duetu Benfica – Rangers.

Zatem mówiąc wprost – zupełnie pozbawione podstaw. Nawet w sytuacji, gdy Lech gra lepiej w Europie niż na krajowych boiskach. Z większą konsekwencją. Przede wszystkim zaś – z większą dbałością o koncentrację. Zważywszy bowiem na nikłe doświadczenie i zauważalny już stopień zmęczenia na przykład u Kuby Modera, który z przytupem w październiku zameldował się w drużynie narodowej, sukcesem dla ekipy Dariusza Żurawia w LE byłoby wywalczenie więcej niż 4-6 punktów w grupie. Aby myśleć o lepszym wyniku potrzebna jest – oprócz polotu, odwagi, techniki i wizji piłkarzy ofensywnych – solidna gra obronna. Z którą Kolejorz ma od początku sezonu zauważalny problem. W ekstraklasie w 8 meczach stracił przecież 13 goli, w grupie LE w 3 spotkaniach – 6. Statystycznie daje więc wbić sobie bramkę co 53 minuty… I nic, niestety, nie zapowiada poprawy… A skoro już mowa o defensywnych kłopotach, to zastanawiam się, kiedy ktoś w Legii wyśle Juranovicia na zajęcia do psychologa?

Chorwat nie trzyma przecież ciśnienia w meczach o konkretną stawkę, i widać to gołym okiem. W konfrontacji z Karabachem Agdam dał się ograć w polu karnym niczym junior przy golu na 0:2. A po prawdzie to zgłupiał zupełnie pilnując wewnętrznej strony asekurowanej przez partnera, zupełnie odpuszczając wolny prawy korytarz. Natomiast swojak, którego wbił w meczu z Lechem nie powinien przytrafić się nawet na zajęciach 7-latków. Nie był przecież szczególnie naciskany, a podanie Daniego Ramireza nie było tak mocne, żeby nie przyjąć ze spokojem. Josip, który całkiem sporo potrafi, miewa momenty na boisku, w których traci kontakt ze zdrowym rozsądkiem. I można się w tym dopatrywać już pewnej prawidłowości. Na co zatem czekać? Zwłaszcza że z medialnymi naparzankami nie czekają na lepszy moment niedawni wspólnicy, czyli obecny i byli właściciele stołecznego klubu. Niczym chłopcy w krótkich spodenkach i z uporem godny lepszej sprawy wyzywają się od hub i/lub gamoni.

Nawet rozumiem frustrację Dariusza Mioduskiego, wciąż podgryzanego publicznie przez Bogusława Leśnodorskiego i Macieja Wandzla, których spłacił już 3,5 roku temu. Zgodnie z zawartą ugodą, wykładając niemal 40 milionów złotych. Miał wówczas prawo sądzić, że drogo, a nawet bardzo drogo, kupuje spokój. Tymczasem nadal jest atakowany, nadal druga strona pisze na Twitterze, że ma prawo i kompetencje, aby domagać się rozliczenia ze strony zarządu czterech ostatnich lat niepowodzeń. Eleganckie to na pewno nie jest, i może wkur… gościa, który włożył 8- a może już nawet 9 cyfrową sumę w Legię. Zwłaszcza że adwersarz, który funkcjonował przy Ł3 raptem nieco ponad 2 lata, zabierając głos o Legii, z pełną premedytacją nieustannie pisze: „My”. Tylko czy nie lepiej w zaistniałej sytuacji byłoby pokazać rozwodowe rozliczenia, czy choćby przedrozwodowe operacje finansowe (z zainteresowaniem spojrzałbym np. na spłatę zobowiązań wobec Aldony Wejchert, o ile nastąpiła, i jak ewentualnie wyszedł na tym klub), niż wracać do piaskownicy?

Przecież radochę z przepychanek mają jedynie w innych klubach i tak zwana gawiedź. Jeden ma być przecież niczym huba. „Bo przyczepia się do drzewa, na początku wygląda to nawet ładnie, ale potem zaczyna się drenaż i po jakimś czasie takie drzewo obumiera.” Natomiast drugi dostał nominację na takiego „gamonia, że nawet się wkurwić nie potrafi. No i w końcu został mistrzem… kompromitacji” (cytat dosłowny, wulgaryzmów nie kropkuję). Prawda, że każda osoba postronna już na pierwszy rzut oka domyśliłaby się, iż polemikę prowadzą dwaj majętni prawnicy, co to w biznesie z niejednego pieca jadali chleb? I podobno nawet poważnie dyskutowali o piłce z prezydentem Realu Madryt, Florentino Perezem? No, po prostu ubaw po pachy. Taki, że koń by się uśmiał. I jeszcze pewnie gówniarzeria z podstawówek. Bo ludzie w miarę dorośli spoglądają na tę wymianę epitetów wyłącznie z zażenowaniem…

Adam Godlewski - felieton

ADAM GODLEWSKI

Adam Godlewski – dziennikarz sportowy, felietonista, specjalista od piłki nożnej. Związany jest ze sportem od ponad ćwierć wieku. Na naszych łamach pisze felietony sportowe z serii “Krótka piłka”.

Przeglądając tę stronę akceptujesz politykę cookies oraz regulamin strony więcej informacji

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close