Korowody wokół kontraktu Buksy, czyli zjazdy Białej Gwiazdy

Obiektywnie – Pini Zahavi jest mało fartowny dla naszych piłkarzy 

Najpierw był zachwyt i powszechna sympatia, gdy w niekonwencjonalny sposób szukali sposobów na ratowanie zdewastowanej przez ludzi z półświatka i szczęśliwie obronionej przed hochsztaplerskim przejęciem Wisły Kraków. Kiedy Vanna Ly nie zdołał zrobić kolejnej krzywdy klubowi z pięknymi tradycjami odetchnęli piłkarscy kibice w całym, i to bez cienia przesady, kraju. Biała Gwiazda to przecież marka, bez której naprawdę trudno wyobrazić sobie najwyższą ligę w Polsce. W XXI wieku siedmiokrotnie wygrywała rozgrywki ekstraklasy i tylko Legia w tym okresie zdobyła więcej tytułów mistrzowskich. Pierwszą dekadę obecnego stulecia to jednak zespół z Reymonta zdominował w sposób bezdyskusyjny. Niestety, dziś po tym całkiem niedawnym wspaniałym czasie w krakowskim klubie pozostały wyłącznie wspomnienia. A że romantyczne przygody zazwyczaj są krótkie, więc i ta pisana przez tercet ratowników Wisły także szybko przeszła w prozę życia. Choć krakowianie nadal działają niekonwencjonalnie, to teraz – choćby w sprawie kontraktu Aleksandra Buksy – stosowane metody znamionują głównie brak profesjonalizmu. 

Aleksander Buksa

Już pożegnanie z prezesem Piotrem Obidzińskim, na którego próbowano zrzucić wszystkie niepowodzenia okresu transformacji – burzliwe, pozbawione klasy, z infantylną dogrywką na Twitterze – dało do myślenia. A nawet pozostawiło absmak. Główne zarzuty postawione publicznie byłemu prezesowi dotyczyły nieowocnych negocjacji z trenerem Arturem Skowronkiem i rodziną Buksów. Dziś – kiedy Skowronka po nieudanej przygodzie nie ma już w Wiśle, a ci, którzy zarzucali poprzedniemu szefowi sportowej spółki nieudolność w kontaktach z otoczeniem uzdolnionego nastolatka sami na tym punkcie się potknęli – narracja została zmieniona. Do szkoleniowca, na którego wybór uparł się Kuba Błaszczykowski, ale był to krok w ślepą uliczkę, nikt oczywiście już nie wraca. Bo drugi ze współwłaścicieli-muszkieterów, Tomasz Jażdżyński, który w moim odczuciu wzbudza największe zaufanie, no i ma największe biznesowe doświadczenie, zaproponował medialną przepychankę o miano najstarszego klubu w Krakowie. Może się mylę, ale raczej nieprzypadkowo w terminie pokrywającym się z ogłoszeniem ostatecznego fiaska w rozmowach z Buksą. 

Odbieram to tak, że wprowadzenie zupełnie nieistotnego, naprawdę pobocznego wątku dotyczącego początków istnienia Wisły i Cracovii, ma odwrócić przynajmniej część uwagi od nieporadności w sprawie Buksy, której nie ma już jak zrzucić na Obidzińskiego. A słowo nieporadność to w zaistniałej sytuacji, w której Biała Gwiazda z pompą komunikowała zawarcie nieistniejącego na piśmie kontraktu do roku 2023 z wychowankiem, to i tak eufemizm. Wyszło przecież na to, że wprowadziła w błąd sympatyków. I – po podniesieniu gaży nastolatka w zamian za ustną, ale niedotrzymaną obietnicę –  naraziła się na finansowe straty. Słowem, nie dość, że została ograna, to jeszcze wbiła sobie samobója. Nie tylko bowiem nie zarobi na transferze Olka, ale jeszcze płaci mu jak poważnemu piłkarzowi, choć junior jeszcze takim nie został. Rozumiem, że w trudnej sytuacji – wizerunkowej i ze spięciem budżetu – podjęte latem działania PR były na wagę przetrwania, ale w efekcie wiślacy  strzelili sobie wówczas w stopę. 

Zapewne medialne przepychanki z seniorem Buksą skończą się w sądzie, Maciej Bałaziński, wiceprezes zarządu klubu już zresztą pozwał go o 30… srebrników, ale chyba nie tylko ja odnoszę wrażenie, że rozdrapywanie tej niewątpliwej porażki Wisły nie służy Białej Gwieździe. Mleko już się rozlało, zakładanego latem wpływu z transferu nie będzie. I już. Trzeba zatem przejść nad tym jak najszybciej do porządku dziennego. Wiele wskazuje, że w całej tej sytuacji nieelegancko, czy wręcz nieuczciwie – łamiąc dane słowo – zachował się ojciec zawodnika (który swoją drogą może stanowić ogromny balast w karierze Olka, jeśli agent Pini Zahavi nie odseparuje go na bezpieczną dla młodego piłkarza odległość). Nie zmienia to jednak faktu, że wiślackie władze zachowały się co najmniej naiwnie. A za naiwność w biznesie z reguły trzeba płacić, czasami nawet słono. I w ten właśnie sposób został już ukarany klub spod znaku Białej Gwiazdy. 

Wisła nie zarobi, powiedzmy 5 milionów euro, które za talent pokroju Buksy mógłby wyłożyć gigant taki, jak PSG. Trzeba będzie zatem poszukać zupełnie innego pomysłu na zbilansowanie tegorocznego budżetu. Dlatego energię, którą wcześniej Kuba Błaszczykowski marnował na medialne rozliczenie z byłym prezesem, a teraz pan Jażdżyński – przewodniczący rady nadzorczej – poświęca na dziejowy remanent z Cracovią, wręcz należy spożytkować w bardziej konstruktywny sposób. I na zupełnie innym odcinku. Pełnoletni już, ale nadal pozostający jedynie kandydatem na piłkarza przez duże P, Olek B.  jest w zasadzie przeszłością w Wiśle. I za chwilę nikt nie będzie o nim pamiętał; spalił przecież wszystkie mosty prowadzące na Reymonta. I nie będzie miał takiej drogi powrotu pod Wawel jak Kuba. Nawet jeśli zrobiłby karierę porównywalną do Błaszczykowskiego. Talent ma z pewnością nie mniejszy, ale talent to wiadomo – maksymalnie 25 procent składowej w drodze po sukces. Resztę stanowi praca i rozsądne budowanie kariery, poparte jakąś dozą szczęścia.

Nie zamierzam oczywiście pastwić się, a nawet obwiniać bardzo młodego zawodnika o zaistniałą sytuację. Przecież tak naprawdę – mimo gaży profesjonalnego piłkarza i zyskania prawa wyborczego – to jeszcze dzieciak. Niedojrzały jako człowiek, nieukształtowany jako futbolista. Mogę tylko współczuć, że otoczenie zafundowało temu młodzianowi bardzo trudne najbliższe miesiące. I ściskać kciuki, żeby wziął ten ostry zakręt w miarę bezboleśnie. A kiedyś powalczył o miejsce w reprezentacji zwolnione przez Roberta Lewandowskiego, z którym łączy go osoba menedżera. Swoją drogą, nie wiem jaki udział (czy w ogóle jakikolwiek) ma w „aferze Buksy” Zahavi, ale jakoś tak się dzieje, że wraz z pojawianiem się Izraelczyka przy polskich piłkarzach, i pewnie niezależnie od niego, generowane są również stany zapalne. W relacjach Lewego z Cezarym Kucharskim poszło przecież na noże i już odbywa się sądowa dogrywka. Buksowie boksują się z Wisłą i także padają ciosy poniżej pasa. A Kamil Grosicki dorobił się statusu gracza niechcianego w WBA.

Powyższe didaskalia dotyczące współpracy Zahaviego z naszymi rodakami polegają oczywiście na przypadku, ale jakże znamienny to przypadek… 


PS. 

Legalni Bukmacherzy po raz trzeci przyznają wyróżnienia w branży zakładów wzajemnych. Te za rok 2020 będą miały wymiar szczególny, bowiem nagrodzeni zostaną ci operatorzy, którzy znakomicie radzili sobie nie tylko z konkurencją, ale również z wyzwaniami, które przyniosły pandemiczne obostrzenia i utrudnienia. A że nagrody przyznają najwięksi eksperci w tej dziedzinie, wyniki powinny zainteresować kibiców, którzy lubią podkręcić emocje u – oczywiście wyłącznie legalnie działającego  – buka. Statuetki zostaną przyznane aż w 12 branżowych kategoriach. Oto nominowani do Nagród Bukmacherskich 2020.

Adam Godlewski - felieton

ADAM GODLEWSKI

Adam Godlewski – dziennikarz sportowy, felietonista, specjalista od piłki nożnej. Związany jest ze sportem od ponad ćwierć wieku. Na naszych łamach pisze felietony sportowe z serii “Krótka piłka”.

Przeglądając tę stronę akceptujesz politykę cookies oraz regulamin strony więcej informacji

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close