Istotne pytania do prezesa Bońka, wywołane (z pozoru) niewinnymi szpilkami

Dlaczego Piotr Stokowiec zasłużył na trybunę swego imienia na gdańskim stadionie?

Najważniejsza informacja po zakończonym sezonie w PKO BP Ekstraklasie jest taka, że udało się rozegrać wszystkie zaplanowane po wznowieniu mecze i bezproblemowo dokończyć rozgrywki. Biznes został uratowany, COVID-19 przegrał z piłkarzami polskich klubów, na stadiony wrócili kibice. Zatem odważny, szybki i bezbłędnie logistycznie przygotowany restart najwyższej ligi – a w ślad za nią także dwóch kolejnych – okazał się jedną z najlepszych decyzji w polskim futbolu w ostatnich latach. I za to naprawdę zasłużone i największe brawa należą się Zbigniewowi Bońkowi, prezesowi PZPN. Bo to właśnie on powołał sztab – i stanął na jego czele – który rzucił wyzwanie koronawirusowi.

Tyle że szefowi piłkarskiej federacji wcale nie jest teraz wyłącznie do śmiechu. W trakcie kampanii prezydenckiej Boniek nie pohamował polemicznego temperamentu, a przy tym zapomniał się, że prezesowi związku sportowego – każdego, łącznie z największym – wręcz nie przystoi jakiekolwiek angażowanie się w bieżące sprawy polityczne. Choćby tylko poprzez zamieszczanie komentarzy na forum publicznym. I w mediach społecznościowych dzielił się własnymi poglądami. Niby tylko wbijał niewinne szpileczki, ale w ich konsekwencji znalazł się na cenzurowanym w mediach sympatyzujących z prawą stroną sceny politycznej. A w każdym razie dziennikarz śledczy Piotr Nisztor zadał w przestrzeni publicznej ciekawe i istotne pytania dotyczące finansów – i nie tylko – PZPN. Zainteresował się na przykład rozliczeniami z firmą Berlo, która była sponsorem reprezentacji na początku obecnego stulecia oraz współpracą związku z podmiotem (Mikrotel) należącym do brata Bońka, Romualda; w sytuacji, gdy w związku dość rygorystycznie pilnowana jest zasada, aby unikać prowadzenia biznesów biznesów z rodzinami członków zarządu. Nisztor chce się dowiedzieć także, jaka była wysokość prowizji dla firmy Lagardere – na czele której stoi Andrzej Placzyński – po podpisaniu reklamowych kontraktów ze spółkami z kapitałem skarbu państwa. Publicysta docieka również, czy przestrzegany jest statut federacji, który w jednym z punktów wyraźnie nakazuje prezesowi zamieszkanie na terytorium RP oraz (ewentualnego) finansowania przez związek prywatnych podróży do Rzymu, gdzie Zibi od lat ma życiowe centrum bytowe.

Sprawa publikacji wydaje się rozwojowa, bo to już druga próba znalezienia wyjaśnienia powyższych zagadnień; pierwszą prezes piłkarskiego związku zbył (w mediach społecznościowych) w mało – delikatnie określając – elegancki sposób. Pytanie zatem, jak teraz zachowa się Zibi? Wydaje się bowiem, że mocno kabaretową formą odpowiedzi na Twitterze na pierwszą transzę pytań reportera „Gazety Polskiej”, tylko dolał oliwy do ognia. Tymczasem sprawa wydaje się niebłaha dla całego biznesu piłkarskiego. Forma odpowiedzi (lub ich brak) może bowiem rzutować na odbiór całego środowiska piłkarskiego. A naprawdę fatalny byłby powrót w końcówce przedłużonej kadencji Bońka do społecznego postrzegania PZPN sprzed jego wyboru. Pracownicy związku – zresztą z Zibim na czele – włożyli przecież wielki wysiłek, także finansowy, w działania PR-owe. I nie sposób oprzeć się refleksji, że zdecydowana poprawa wizerunku federacji to główne i niekwestionowane osiągnięcie ustępującego za rok prezesa. Szkoda byłoby zatem, aby teraz po (co najmniej) niefortunnych (i zupełnie niepotrzebnych) wpisach prezesa na tematy polityczne efekty prysły niczym bańka mydlana.

Inna sprawa, że spotkałem się i z taką interpretacją, że całe to medialne zamieszanie ma podwójne dno. Gdyż w kuluarach wciąż toczy się gra o możliwość zniesienia dwukadencyjności prezesów w związkach sportowych. Cóż, pożyjemy – zobaczymy. Przez lata, a w zasadzie to przez dekady, Boniek był zręcznym graczem (najpierw na boisku, a potem kuluarowym), więc nie można wykluczyć, że i ten – jak się wydaje ostry – zakręt weźmie w sposób bezpieczny. Bo naprawdę trudno uwierzyć, że Boniek mógł na tyle stracić czujność, żeby zakiwać się na własnym polu karnym. Zwłaszcza że nie ulega wątpliwości, iż w ostatnim okresie znacznie powiększyło się grono osób nieprzychylnie nastawionych do Zibiego. A nawet wrogów, również w świecie wielkiej polityki, wśród których najbardziej zdeterminowany ma podobno być chętnie podszczypywany przez szefa PZPN na TT Ryszard Czarnecki.

Arka - Korona - felieton

W lidze największym wygranym rundy finałowej ESA wcale – wbrew obiegowej opinii – nie jest Lech Poznań. Nawet jeśli po podziale na grupy zdobył aż 17 punktów, ustrzelił najlepszy bilans bramkowy (15-6), pięknie rozwinął Jakubów Modera oraz Kamińskiego, wkomponował wreszcie jak należy Daniego Ramireza, co miało kapitalny wpływ na styl gry całego zespołu i wrócił na drugie miejsce (czyli do domu!) w krajowej hierarchii. Tylko Lechia Gdańsk! Ta sama, która dość nieoczekiwanie, a nawet nie do końca zasłużenie, wyeliminowała Kolejorza w półfinale Pucharu Polski. Dzięki w miarę skutecznej postawie na ostatniej prostej – 4 wygrane, w sumie 13 punktów w 7 meczach, przy bilansie bramkowym 8:8 – zespół Piotra Stokowca wylądował na 4. miejscu. A zatem tylko szczebel niżej niż w poprzednim sezonie. Awansując o jedną lokatę po ostatniej kolejce biało-zieloni wygrali dla klubu o około 350 tysięcy wyższą premię. A to może być jedynie początek dobierania się do finansowego tortu. W regulaminie płacowym ekstraklasy dla czwartego pucharowicza przeznaczone jest przecież 3,15 miliona złotych. Zatem po ewentualnej wygranej z Cracovią w zaplanowanym na piątek finale Pucharu Polski (za wywalczenie trofeum PZPN płaci ekstra 3 miliony) mogłoby się okazać, iż o tarapatach finansowych gdańszczan wszyscy zaczęliby mówić w czasie przeszłym. Bo 6,5 miliona zarobione w ciągu tygodnia na boiskach to byłaby kwota wręcz zbawienna dla źle od lat zarządzanego klubu.

Klubu, którym co chwilę targają niepokoje związane z obsuwami w wypłatach, i późniejszymi – mającymi charakter sankcji – pożegnaniami z zawodnikami, którzy nie boją się upominać o swoje. Dlatego tym większe brawa należą się trenerowi Stokowcowi. Walczy przecież nie tylko z rywalami, ale także z nieudolnością własnego zarządu; ba, to właśnie jest największy przeciwnik w rozwoju drużyny. Nawet jednak w takich warunkach szkoleniowiec potrafił zbudować zespół, który przez dwa lata był w stanie zameldować się zarówno w czołówce ligowych rozgrywek, jak i w finale Pucharu Polski. Zatem – był powtarzalny na najwyższym krajowym poziomie. Gdyby więc na finiszu tego zwariowanego sezonu okazał się maszynką do zarabiania pieniędzy, trener niewątpliwie zasłużyłby na nazwanie jednej z trybun Stadionu Energa jego imieniem. To nie opinia, takie są po prostu fakty; Stoki jest największą wartością dodaną Lechii. Koniec i kropka!

Z kolei największym przegranym ligowego finiszu – wbrew obiegowej opinii – wcale nie jest Śląsk. Choć wrocławski zespół w rundzie finałowej zdobył tylko 5 punktów i na dystansie ostatnich 7 kolejek był lepszy jedynie od zdegradowanego ŁKS, to spadając w ostatniej kolejce z miejsca 4. na 5. stracił (tylko albo aż) wspomniane 350 tysięcy złotych z premii przyznawanych za miejsca w końcowej tabeli. W porównaniu z poprzednim sezonem poprawił się jednak znacznie. No i na dodatek ruchy poczynione na rynku transferowym każą postawić tezę, że Śląsk ma przed sobą jasną, a nawet fajną perspektywę. Nie dość, że pobity zostanie rekord sprzedażowy klubu – bo jeśli Przemysław Płacheta pomyślnie przejdzie testy w Norwich City, na konto wrocławian trafią 3 miliony euro, co znacząco podreperuje budżet – to jeszcze dyrektor sportowy Dariusz Sztylka rozsądnie buduje kadrę. W oparciu o zdolnych Polaków, ale i z miejscem także dla doświadczonego Waldemara Soboty (dotąd najdrożej sprzedanego przez Śląsk piłkarza – za milion euro; swoją drogą także podczas kadencji – poprzedniej – prezesa Piotra Waśniewskiego). Przesądzone jest przecież że najlepszy egzekutor 1. ligi, Fabian Piasecki z Zagłębia Sosnowiec – podobnie jak wcześniej Rafał Makowski – zwiąże się z wrocławskim klubem na 4 lata.

Zatem, jeśli nie Śląsk, to kto? Otóż największym przegranym wydaje się w tym momencie Cracovia. Zespół Michała Probierza w tym roku kalendarzowym zdobył zaledwie 17 punktów w 17 rozegranych meczach. Po 20 kolejkach plasował się na 2. miejscu w tabeli, z zaledwie 2-punktową stratą do Legii. I zdecydowaną przewagą na przykład nad Lechem, do którego na mecie sezonu Pasy straciły aż 13 punktów. Krakowianie długo nie potrafili znaleźć nowej tożsamości na boisku po kontrowersyjnym odstawieniu – z uwagi na (nie)porozumienie płacowe w dobie lockdownu – Janusza Gola. Czyli kapitana i najbardziej wartościowego zawodnika. A już wiadomo, że nowy sezon rozpoczną z uszczuplonym kontem i ujemnymi punktami za stare grzechy korupcyjne. Sposób negocjacji (!) wysokości kary z PZPN przez Cracovię to temat na zupełnie inne opowiadanie. Co jednak nie zmienia faktu, że jedynym pocieszeniem dla trenera Probierza i zawodników byłoby zwycięstwo w finale Pucharu Polski. Pytanie tylko czy w zaistniałych okolicznościach przyrody Pasy dadzą radę zagrać równie skutecznie jak w meczach ligowych, w których w kończącym się sezonie trzykrotnie rozbiły Lechię? Nawet jeśli przystąpią do rywalizacji w Lublinie w roli faworyta? Oto jest najważniejsze pytanie bieżącego tygodnia!

Adam Godlewski - felieton

ADAM GODLEWSKI

Adam Godlewski – dziennikarz sportowy, felietonista, specjalista od piłki nożnej. Związany jest ze sportem od ponad ćwierć wieku. Na naszych łamach pisze felietony sportowe z serii “Krótka piłka”.

Przeglądając tę stronę akceptujesz politykę cookies oraz regulamin strony więcej informacji

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close