Ilu chciałoby tak wygrać, jak Maradona przegrał własne życie…

Błaszczykowski sam meczu nie wygra, a Probierz nie zbuduje klubu

Umarł Diego Maradona. Mój idol z czasów dzieciństwa, większy niż Zbigniew Boniek. Mój i wszystkich kolegów z podwórka. Mały wielki Diego, który nie dał się zabić na boisku, mimo że rzeźnicy, których w tamtych czasach nie brakowało na wielkich stadionach, robili wszystko, żeby zrobić Argentyńczykowi krzywdę. Bo zatrzymać z piłką – nie mieli szans. Żadnych. Genialny piłkarz, najlepsza lewa noga w historii futbolu. I gość, który praktycznie w pojedynkę doprowadził swą reprezentację do tytułu mistrza świata w 1986 roku. Generalnie, postać zupełnie nie do naśladowania. Jako piłkarz – bo Diego urodził się naznaczony takim talentem przez Boga, że był graczem z zupełnie innego wymiaru. I zwykły śmiertelnik nie byłby w stanie zbliżyć się do pierwowzoru nawet na dwie długości. Oczywiście, dopóki Maradona grał bez wspomagaczy. Jako człowieka nie ma natomiast sensu naśladować tego chłopczyka z przedmieść, który wyrwał się biedzie – ponieważ nigdy nie dorósł i nie był przygotowany na dorosłe życie.

Godlewski felieton - Diego Maradona

Zwłaszcza zaś na sławę, z którą sobie nie poradził. I na używki, które bardzo szybko zawładnęły jego życiem. Życiem, które po karierze w zasadzie przegrał. Tylko ilu chciałoby tak wygrać, jak Diego przegrał? Był alkoholikiem i narkomanem, stałym klientem neapolitańskich (i nie tylko) prostytutek. Pensjonariuszem psychiatryka. Takie są fakty. Przede wszystkim jednak był ikoną. Symbolem. A dla wielu – był wręcz synonimem futbolu. Naprawdę strach pomyśleć, ile osiągnąłby, gdyby umiał pokierować karierą, miał dobrych doradców, i nie zadał się z Camorrą! Bo co do tego, że byłby jeszcze większy, i dał Argentynie, ale też światu jeszcze więcej radości i powodów do zachwytu nie ma wątpliwości. Pytanie tylko, czy gdyby nie był tak niesforny, byłby tak bardzo dziś kochany i opłakiwany? Grzeczni chłopcy są oczywiście szanowani. Natomiast tacy geniusze jak Maradona są uwielbiani bądź nienawidzeni. Albo jedno i drugie. A ich legenda jest nieśmiertelna. Spoczywaj w pokoju, Boski Diego…

**

Wisła Kraków miała pod kierunkiem nowego światłego kierownictwa wprowadzać do ekstraklasy nowe standardy. Miała… Tymczasem Kuba Błaszczykowski – nikt przy Reymonta już nawet nie stara się ukrywać, że to on jest tam szef wszystkich szefów – poszedł wielokrotnie wydeptaną ścieżką. I wyrzucił trenera, pod którego angażem podpisał się obiema rękami. A nawet reklamował jako swój autorski pomysł. Z drugiej natomiast strony – trenera, który okazał się zbyt mocno zapatrzony w kapitana zespołu. I za bardzo uległego wobec jednego z właścicieli klubu. I jeszcze może za dużo oczekującego od jednego zawodnika, który miał ciągnąć zespół, ale w obecnym sezonie rozegrał (zaledwie) 6 meczów i zdobył (tylko) dwa gole. Gdyby ktoś miał wątpliwości – wszystkie powyższe opisy dotyczą Błaszczykowskiego. Bo zachowanie Kuby w Wiśle przywodzi na myśl słynną przed Euro’12 reklamę znanego dyskontu spożywczego, w której selekcjoner Franciszek Smuda po komentarzu: – Pięknie Błaszczykowski, ale sam meczu nie wygrasz, słyszy w odpowiedzi: – Wygram, wygram…

Patrząc na role, które chce odgrywać w Wiśle 108-krotny reprezentant Polski naprawdę można odnieść wrażenie, iż chciałby jednocześnie zaliczyć asystę z rzutu rożnego, i być autorem gola po tym podaniu, najlepiej strzelonego głową. Choć już wiadomo, że łączenie gry w piłkę z zarządzaniem zawodowym klubem jest tak samo (nie)wykonalne. Z Błaszczykowskim miałem okazję rozmawiać wielokrotnie, również na trudne tematy. Choćby na temat przekazania opaski w reprezentacji Polski Robertowi Lewandowskiemu, którą ucięliśmy sobie poza protokołem w Bytowie, gdzie Kuba gościł kręcąc reklamówkę dla słynnego producenta okien. Wówczas świetny skrzydłowy nie miał wątpliwości, że stał za tym wcale nie selekcjoner Adam Nawałka, tylko prezes Boniek. Owszem, miał żal, a nawet był wściekły. I nie starał się nawet ukrywać syndromu oblężonej twierdzy (znanego skądinąd) i nie stronił od snucia spiskowej teorii. Na koniec dnia odsunął jednak wszelkie uprzedzenia, pojechał na Euro do Francji i był najlepszy w polskim zespole. Choć już jako nie-kapitan.

Prawda jest taka, że dziś Kuba jest nie tylko największym dobrem i nadzieją klubu, ale też i największym problemem Wisły. Postawił na złego konia w osobie trenera Skowronka, którego wyniki jednak broniły. Przez rok w 33 meczach ligowych wywalczył 44 punkty, i w tym okresie Biała Gwiazda mogła pochwalić się dorobkiem większym od Jagiellonii, Piasta, czy Cracovii. Tyle że – jak słychać z Krakowa – szkoleniowiec już od kilkunastu tygodni nie rokował, ponieważ stracił szatnię. Również z tego powodu, że zbyt mocno przymilał się… Błaszczykowskiemu. Dlaczego jednak na dymisję, skoro wyraźne pęknięcia pojawiały się już wczesnym latem, Kuba zdecydował się przed derbami na stadionie Cracovii, meczem z rozpędzającą się Legią i wyjazdem do Lecha? Wie pewnie tylko Kuba. Przecież nie było gorszego momentu w sezonie na taką roszadę. Jeśli nowy szkoleniowiec trzykrotnie dostałby w pędzel – co bardzo prawdopodobne – to z miejsca byłby (będzie?) spalony. Który polski szkoleniowiec zechce popełnić takie harakiri?

Powyższe pytanie jest oczywiście retoryczne. Termin na zmianę na ławce Białej Gwiazdy jest nie tylko najgorszy z możliwych; jest wręcz absurdalny. Dlatego można jedynie powtórzyć: – Błaszczykowski, sam meczu nie wygrasz! Więcej niż oczywiste wydaje się, że Kuba powinien – i to czym prędzej – zrobić rachunek sumienia. I przemyśleć wszystko w spokoju, a dopiero potem zechcieć udowodnić, że jednak wie, jak robi się zawodowy futbol, na którym zjadł zęby. Dotychczas jednak tylko w roli piłkarza. W zasadzie nie ma już zresztą wyboru, i musi zrobić krok wstecz. Niczym po wizycie w Bytowie, a przed finałami Euro 2016. Pamiętam, bo widziałem to z dość bliskiej odległości, że potem potrafi wykonać dwa do przodu. Dlatego będę ściskał kciuki za powodzenie wiślackiej misji, której się podjął. Ze świadomością, że zarówno utytułowany klub, jak i zasłużony dla polskiego futbolu zawodnik znaleźli się na zakręcie. I to bardzo ostrym…

**

Skoro zbliżają się derby Krakowa, to trudno nie poświęcać uwagi również Cracovii. W której – mimo wygrzebania się z dolnej strefy tabeli po nałożeniu minusowych punktów za dawne grzechy – także obowiązują wariacje na temat standardów funkcjonowania zawodowego klubu. A w zasadzie to jedna wariacja, ale istotna i niezwykle irytująca. Pasy mają przecież jedne z najzdrowszych finansów w polskim futbolu. Powinny zatem mieć również jedne z najlepszych perspektyw. A nie mają, ponieważ Michał Probierz uparł się na stworzenie w spółce profesora Janusza Filipiaka nie tylko bazy treningowej z prawdziwego zdarzenia, ale także klubu kokosa. I z uporem godnym lepszej sprawy marnuje w nim obecnie kontrakt Mateusza Wdowiaka. Hamując przy okazji rozwój i karierę zdolnego skrzydłowego. Czy taka powinna być nagroda dla zdobywcy gola w finale Pucharu Polski, decydującego o wywalczeniu pierwszego od ponad 70 lat trofeum? To pytanie również jest czysto retoryczne. Bo oczywiście, że zupełnie inna.

Między innymi po to podpisuje się terminowe kontrakty w futbolu, żeby zarówno klub, jak piłkarz mogli ocenić po kilkuletnim okresie współpracy, czy nadal ich drogi są zbieżne. Istotne jest zastrzeżenie, że to przywilej obu stron. W poważnych klubach, przykładem Bayern Monachium, umowy z chcianymi zawodnikami (patrz: Robert Lewandowski) przedłuża się ze znacznym wyprzedzeniem. Natomiast ocenionym, że w przyszłości nie będą już grać na miarę wymagań Bawarczyków piłkarzom nikt nie utrudnia wykonywania zawodu. Szacunek dla pracownika, ale też i własnych pieniędzy dyktuje zdroworozsądkowe rozwiązanie, aby piłkarz pod kontraktem do ostatniego dnia jego obowiązywania miał możliwość wywiązywania się z podjętych obowiązków. OK., doskonale wiem, że Cracovia nie jest i nigdy nie będzie Bayernem, ale to wcale nie oznacza, że w Cracovii nie może być normalnie. Nawet, a może zwłaszcza w Cracovii Probierza, którego nie tylko doceniam za warsztat i szanuję jako człowieka, ale też zwyczajnie – po ludzku – lubię.

Pewnie zresztą także z tego powodu jestem tak mocno zdziwiony, że strzela sobie w stopę. Z Wdowiakiem w składzie Cracovia jest przecież lepsza, a już na pewno trener ma więcej opcji. Może więc osiągnąć korzystniejsze rezultaty niż bez niego, uplasować się wyżej w tabeli. A dzięki temu dostać wyższą premię na koniec sezonu. Spieszanie dobrego zawodnika jest zatem zupełnie nielogiczne. A na dodatek odstrasza innych wartościowych piłkarzy przed podpisywaniem kontraktów z Pasami. OK., Cracovia płaci dobrze i na czas, więc kandydatów do gry przy Kałuży zawsze pewnie będzie sporo. Już jednak w sytuacji, gdy w transferowe szranki stanie z nią Jagiellonia, Pogoń czy Lechia – a zatem rywal z porównywalnej półki – może się okazać, że istnienie klubu kokosa będzie decydujące przy wyborze spośród podobnych propozycji. Czy Probierz tego nie widzi? Trenera Pasów bronią wyniki, broni także warsztat. Czyżby nikt jednak nie umiał skutecznie mu podpowiedzieć, żeby wycofał się ze złego pomysłu?

Z Michałem posprzeczałem się po lipcowym finale PP. Miał pretensje o krytykę za miotanie się przy linii, które – w mojej ocenie – przeszkadza, gdyż powoduje utratę chłodnej głowy, niezbędnej przy podejmowaniu decyzji w trakcie spotkania. Kategorycznie stwierdził, że nie zamierza zmieniać swojego postępowania. Kontakt z jego strony odnotowałem na Twitterze, oczywiście bez wdawania się w szczegóły korespondencji. I o to pretensje miał jeszcze większe, gdyż dla niego nasza wymiana zdań miała charakter nieformalny. Zgodnie z zasadą przejętą od śp. Janusza Atlasa i śp. Pawła Zarzecznego poinformowałem wtedy trenera Probierza, że dziennikarz nie ma czasu na prywatne rozmowy. O dziwo – ta uwaga zupełnie Michała rozbroiła. Zaczęła się konstruktywna dyskusja, na argumenty. Może zatem ktoś z otoczenia szkoleniowca powinien mu w podobny sposób uzmysłowić, że wziął na siebie zbyt wiele obowiązków? I czasami cierpi na tym jakość pracy trenera Cracovii, a czasami wiceprezesa. Z dystansu mogę jedynie dorzucić: – Michał, sam klubu nie zbudujesz…

Adam Godlewski - felieton

ADAM GODLEWSKI

Adam Godlewski – dziennikarz sportowy, felietonista, specjalista od piłki nożnej. Związany jest ze sportem od ponad ćwierć wieku. Na naszych łamach pisze felietony sportowe z serii “Krótka piłka”.

Przeglądając tę stronę akceptujesz politykę cookies oraz regulamin strony więcej informacji

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close