Ile kosztuje kierunek, w którym popłynie Arka

5 zmian kością niezgody, sensowna decyzja baronów

W minionym tygodniu największe kontrowersje w Polsce wzbudziła – o dziwo – decyzja o zakończeniu rozgrywek w ligach amatorskich w sezonie 2019-20. Niesłusznie! Większym echem nie odbiła się natomiast zapowiedź prezesa Zbigniewa Bońka – na portalu „TuttoMercatoWEB” – że polski futbol nie skorzysta z możliwości przeprowadzania 5 zmian w meczu. A szkoda!

IFAB, czyli Międzynarodowa Rada Piłkarska, która pilnuje przepisów w futbolu, jest instytucją konserwatywną. I rzadko wyraża zgodę na grzebanie w regulaminach. Skoro jednak teraz – czasowo, do 31 grudnia 2020 – wyraziła zgodę na 5 zmian czasie podstawowym, to oznacza, że argumenty za taką modyfikacją musiały być ważkie. Przepis jest sensowny, przecież aby uniknąć zbyt wielu przestojów w spotkaniu, każda drużyna będzie miała jedynie 3 okienka na dokonanie zmian (oprócz przerwy między połowami). Zatem z góry zadbano, żeby amatorzy kwaśnych jabłek, czyli podkradania cennych sekund i wytrącania przeciwników z rytmu w czasie doliczonym, nie mogli wykorzystywać innowacji w przepisach niezgodnie z duchem gry.

U podstaw tej czasowej zmiany legły – jak zakładam – kwestie medyczne. Piłkarze, którzy w Bundeslidze na boiska wrócą już w najbliższy weekend, w Polsce (w rozgrywkach o puchar) 26 maja, a później – miejmy nadzieję – także w wielu innych miejscach, mają przecież za sobą dziwaczną przerwę. Koronawirus wysłał większość lig na postojowe w połowie marca. Później zawodnicy zostali ograniczeni do treningów stacjonarnych, a dopiero potem – przez zajęcia indywidualne i w małych grupach – wrócili do ćwiczeń w całych drużynach. Przed wznowieniem rozgrywek nie zaplanowano jednak sparingów. Mamy zatem do czynienia z precedensem i nikt nie wie, jak organizmy zniosą niezwykle intensywny harmonogram gier. Jak zawsze, trzeba się liczyć z wykluczeniami za kartki; natomiast bardziej niż zwykle – z pauzami spowodowanymi przez kontuzje. I już choćby właśnie z tego powodu FIFA dała możliwość przeprowadzania dwóch dodatkowych zmian.

A odnoszę wrażenie, że Komisja Medyczna światowej federacji piłkarskiej spojrzała jeszcze dalej. Przecież jeśli pod uwagę weźmiemy słowa Angeli Merkel – a wedle niemieckiej kanclerz COVID-19 może zaatakować nawet 60, 70 procent populacji – i przełożymy to na realia klubowych kadr, to wyjdzie, że w każdym zespole z wirusem może zetknąć się po kilkunastu zawodników. Owszem, część zainfekowanych przechodzi chorobę bezobjawowo, część nie odczuwa wielkich dolegliwości, ale także wśród sportowców zdarzają się ciężkie przypadki. A nikt dziś nie wie, w jaki sposób koronawirus wpływa na zdolności wysiłkowe świetnie wytrenowanych zawodowców. Nie przeprowadzono badań, czy degraduje je o 10, 30 czy może więcej procent. Fizjologowie piłkarscy wiedzą już natomiast, że – skoro bakcyl z Wuhan osłabia płuca i nerki – powrót do funkcjonowania na maksymalnych obrotach musi być łagodny. I obliczony (jak na łamach „WPSportowychFaktów” ocenił trener przygotowania motorycznego w Hannover 96, Edward Kowalczuk) na co najmniej 4-6 tygodni.

Nie można zatem wykluczyć, że te 5 zmian w drużynach zaatakowanych przez epidemię, będzie po prostu koniecznością. Aby normalnie funkcjonowały przez 90 minut na boisku. W każdym razie takie rozwiązanie wydaje się lepsze – i to znacznie – niż odwoływanie/przekładanie meczów. Warto zatem, aby prezes Boniek jeszcze raz pochylił się nad tym zagadnieniem. Na szczęście, a było tak choćby w przypadku wprowadzenia VAR, potrafi zmieniać początkowe zdanie na właściwe…

**

Baronowie, czyli szefowie wojewódzkich związków piłki nożnej podjęli natomiast decyzję, że amatorskie rozgrywki w Polsce – czyli od czwartej ligi w dół – w tym sezonie już nie wystartują. Podniósł się spory szum, że to wbrew logice. Ba, autorzy tego rozwiązania zostali oskarżeni nie tylko o zbytni pośpiech, ale i pójście na łatwiznę. Tymczasem – i to w zgodzie ze zdrowym rozsądkiem – to jedyne sensowne rozwiązanie! Większość drużyn na tych szczeblach rozgrywkowych finansowanie opiera przecież na dotacjach z samorządów. A prawda jest taka, iż w najbliższym czasie pieniędzy w kasach lokalnej administracji nie będzie więcej. Już jest mniej, nie spływają bowiem podatki, a będzie tylko gorzej. Po co więc narażać naprawdę wielką liczbę zespołów na podwójne wydatki i – w wielu przypadkach nieuchronne w takiej sytuacji – bankructwo?

Nie oszukujmy się, futbol w wydaniu amatorów nie jest dziś artykułem pierwszej potrzeby. Nie było więc sensu trzymania małych klubów w niepewności. W najbliższych tygodniach nie spodziewamy się przecież przełomu w walce z pandemią, więc bardzo dobrze się stało, że nieprofesjonaliści będą mogli w spokoju zaplanować wydatki na przyszły, dłuższy – czasami znacznie – sezon. Przecież skład wielu lig – po awansach, a bez uwzględniania spadków – będzie powiększony. Wychodzi więc na to, że baronowie kierowali się nie tylko czynnikiem ekonomicznym, ale także kalendarzem. Skoro nowe rozgrywki trzeba będzie zacząć być może już w lipcu, nie byłoby po prostu czasu na dokończenie obecnych. A do tego dochodzą jeszcze – kto wie, czy nie najważniejsze – względy zdrowotne. Piłkarze ekstraklasy są pod stałym nadzorem lekarskim, i poddają się skomplikowanej procedurze medycznej. Zatem ryzyko, które podejmą wychodząc na boisko wydaje się kontrolowane. Tymczasem wśród amatorów byłoby to pójście na totalny żywioł. Kto zatem miałby wziąć odpowiedzialność w przypadku ewentualnych zarażeń? I późniejszych powikłań? Nie dziwię się baronom, że chcieli brać jej na siebie.

**

Arka Gdynia - felieton

Czy to moralne, że – oficjalnie – to syn piłkarskiego agenta został nowym właścicielem Arki Gdynia w sytuacji, kiedy statut PZPN zabrania pośrednikom posiadania akcji sportowych spółek? Cóż, żyjemy w czasach bez precedensu, więc może lepszym rozwiązaniem dla futbolu byłoby wykreślenie tego zapisu, niż odstraszania jakiegokolwiek inwestora; bez względu na wykonywany zawód. Przepisy nie zostaną zresztą złamane, skoro to syn Jarosława Kołakowskiego, Michał, będzie figurował w papierach jako większościowy udziałowiec klubu. A że to de facto ojciec będzie miał największy wpływ na kierunek, w którym popłynie Arka – nikt nie powinien mieć wątpliwości. Za sportowym rozwojem w Wolverhampton stoi słynny portugalski menedżer Jorge Mendes i jakoś świat z tego powodu się nie zawalił. A klub – zyskał.

Zresztą, pierwszym finansowym efektem zmiany właścicielskiej w Gdyni powinno być obcięcie wydatków na prowizje dla… menedżerów. A to w każdym polskim klubie – niestety – poważny punkt budżetu. Natomiast w ogóle pierwszym posunięciem Kołakowskich było zatrudnienie trenera Ireneusza Mamrota. Co ciekawe, Arka nie była jedynym chętnym na angaż tego szkoleniowca. Przed weekendem z Mamrotem mieli kontaktować się także pośrednicy działający na rzecz jednego z czołowych klubów łotewskich, oferując 4 tysiące euro miesięcznej gaży. W odpowiedzi usłyszeli podobno, że trener byłby skłonny do zagranicznej przeprowadzki, ale za pensją trzykrotnie wyższą od proponowanej. Co daje wyobrażenie o uposażeniu, na jakie będzie mógł liczyć w Gdyni…

Adam Godlewski - felieton

ADAM GODLEWSKI

Adam Godlewski – dziennikarz sportowy, felietonista, specjalista od piłki nożnej. Związany jest ze sportem od ponad ćwierć wieku. Na naszych łamach pisze felietony sportowe z serii “Krótka piłka”.

Przeglądając tę stronę akceptujesz politykę cookies oraz regulamin strony więcej informacji

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close