Superliga? Może być lekiem na całe zło współczesnego futbolu!

Boniek się, k…, skompromitował. Albo zapadł na amnezję

Od kilku lat spekulowano o powstaniu Superligi, ale kiedy wreszcie w niedzielę kluby-założyciele ogłosiły jej oficjalne powołanie do życia – z zamiarem uruchomienia rozgrywek najszybciej jak to tylko możliwe – tumult wokół powstał niesamowity. Powszechne jest załamywanie rąk i zgrzytanie zębów, nadąsała się UEFA, a w ślad za nią największe w Europie krajowe federacje. A i wśród opinionistów dominujący jest płacz, że ze sportem nie ma to nic wspólnego, gdyż chodzi wyłącznie o kasę. Czyli zwielokrotnienie zysków przez najbardziej majętnych. Tu i ówdzie prześwituje jeszcze nadzieja, że jednak w ostatnim momencie dojdzie do opamiętania i nie nastąpi rozłam w światowym futbolu. Najbogatsi są przecież i tak uprzywilejowaniu i to w zasadzie jest wstrętne, że mimo obrzydliwego wręcz bogactwa chcą jeszcze więcej…

Superliga felieton

Od niedzielnego poranka wsłuchuję się i wczytuję w te wszystkie głosy, pełne zaklinania rzeczywistości, że to tylko umacnianie pozycji przetargowej przed zatwierdzeniem ostatecznego formatu przemodelowanej – od 2024 roku na korzyść europejskich hegemonów – Ligi Mistrzów. I oczom oraz uszom nie wierzę!

Bo to rzeczywiście straszne, że w 3. dekadzie XXI wieku komuś może chodzić wyłącznie o kasę. Nic to, że świat jest od kilku dekad skomercjalizowany do cna, a futbol we Włoszech już w czasach gry w Serie A Władysława Żmudy (co miało miejsce niemal 40 lat temu, i co były kapitan reprezentacji Polski z upodobaniem powtarza) uważany był za jedną z siedmiu najbardziej dochodowych gałęzi przemysłowych. Najważniejsze bowiem, żeby piłka nożna była romantyczna, a zyski dzielone proporcjonalnie… Oczywiście żartuję. Nie wiem, czy rozgrywki Superligi ruszą za dwa sezony – najbliższy wrzesień to chyba nierealny termin – czy na przykład za cztery, ale jeśli najmocniejsi postanowili już zoptymalizować zyski, to nie łudzę się, że odstąpią od pomysłu. Jeśli zjednoczą siły, a już to przecież zrobili, to oni podyktują warunki. Nie zaś pośrednicy z UEFA, którzy obecnie zgarniają największe kawałki finansowego tortu.

Wszystko wskazuje, że pandemia koronawirusa tylko przyspieszyła – a konkretnie utracone z powodu nieobecności na trybunach kibiców i innych utrudnień w rozgrywkach wpływy – to, co i tak było nieuchronne. Możemy się zżymać, że najbardziej lubimy, gdy Ajax, Atalanta, FC Porto, a w ostateczności nawet Szachtar sprawia niespodziankę w Lidze Mistrzów. A nawet upierać się, że zaskakujące sukcesy maluczkich stanowią sól futbolu. To jednak ci, którzy generują największe przychody – i zarazem największe na świecie zainteresowanie – będą określać z kim chcą (a z kim nie) walczyć o jak najwyższe wpływy. Jeśli nie za chwilę, to dosłownie za dwie. Z naszej, czyli polskiej, perspektywy nie ma to zresztą żadnego znaczenia; gdyż gorzej po zmianach być już nie może. Champions League wykracza przecież poza sferę marzeń mistrza Polski, a przez kilka sezonów nawet uważana za puchar pocieszenia Liga Europy była nieosiągalna. Pod naszą szerokością nie ma zatem o co kruszyć kopii.

A pewnie nawet lepiej byłoby – z pozycji neutralnego obserwatora – częściej oglądać starcia Juventusu z Barceloną niż raz na jakiś czas być skazanym na potyczkę Dynama Kijów z Ferencvarosi. Bo to rozrywka z zupełnie innej półki. Może Węgrzy dodali kolorytu w ostatniej edycji Champions League, ale poziom zaniżyli. Taka jest prawda; nawet nie brutalna, tylko obiektywna. Trzeba też pamiętać, że rozgrywek piłkarskich jest obecnie tak dużo – każdego dnia, przez wiele miesięcy w roku rozgrywa się wiele meczów – iż przejedzenie się futbolu w obecnej formule jest nie tylko prawdopodobne, ale coraz bliższe. Nie można więc wykluczyć, że właściciele najbogatszych klubów – tak powszechnie dziś przeklinani – widzą po prostu, że ucieczka liderów jest nieodzowna. Po to, żeby uratować popularność całej dyscypliny. Każdy fan musi sobie bowiem uczciwie zadać pytanie, ile ostatnio obejrzanych spotkań – zwłaszcza poza ćwierćfinałami Ligi Mistrzów – było naprawdę ciekawych? A na ilu miał problem z dotrwaniem do końcowego gwizdka lub wręcz zasnął?

A jeszcze bardziej istotne pytania dotyczą tego, ile piłkarskich meczów trzymało w napięciu do ostatnich sekund i dostarczało rozrywkę na najwyższym poziomie, porównywalnym do tej, jaką zwykle dostają konsumenci NBA, czy NHL. Bo globalna gra nie idzie o to, czy Legia Warszawa znów odpadnie w drugiej, czy trzeciej rundzie eliminacji LM – bo to (choć przyzwyczailiśmy się, że jest nieuniknione jak podatki) panowie Florentino Perez i Andrea Agnelii mają w… głębokim poważaniu – tylko o duże pieniądze. Brutalne, niemoralne, niewyobrażalne. I o utrzymanie statusu dyscypliny najchętniej uprawianej, i finansowanej!, pod słońcem. Dlatego nie potępiałbym w czambuł separatystycznych tendencji zgłoszonych przez sześć klubów angielskich, trzy hiszpańskie i trzy włoskie. Może bowiem kiedyś się okazać, i to szybciej niż później, że kibice piłkarscy będą winni im wdzięczność za tę inicjatywę. I to wcale nie w środku tygodnia, tylko w… weekendy.

Kilkanaście miesięcy temu osobisty kolega Agnelliego i wiceprezydent ECA (Europejskie Stowarzyszenie Klubów) u boku Włocha z Juve w jednej osobie – konkretnie Dariusz Mioduski – opowiadał mi, że jest w stanie wyobrazić sobie, że to krajowe rozgrywki zostaną przesunięte do środka tygodnia. Natomiast międzynarodowe puchary – w naszym przypadku raczej regionalne, na poziomie trzeciej lub czwartej ligi europejskiej (w sumie optymistycznie, skoro Superliga byłaby pierwszą) – jako bardziej atrakcyjne będą rozgrywane w weekendy. Zatem w moim odczuciu trzeba zacząć po prostu przyzwyczajać się do tej myśli. A nie tracić energię na krytykę, która i tak nie zmieni biegu wydarzeń. Choć powtarzam – dziś nie wiadomo konkretnie, kiedy najbogatsi stworzą elitarne rozgrywki, wyłącznie dla siebie. Za chwilę, czy dopiero za dwie. Wiadomo tylko, że do tego dojdzie.

**

A skoro padło już słowo, a nawet dwa o Legii, to zbadałem, skąd wzięła się pogłoska o rozmowach Piniego Zahaviego w kwestii odkupienia akcji stołecznego klubu od Mioduskiego. Otóż menago Roberta Lewandowskiego – jak donoszą moje źródła – miał pośredniczyć w pozyskaniu Plus500 na koszulkowego sponsora Legii. A kiedy płatność prowizji (200/250 tysięcy euro, co wskazywałoby na 10-krotnie wyższą wartość reklamowego kontraktu obowiązującego przez 2 lata) opóźniała się, w luźnej rozmowie miała paść sugestia na temat zaradzenia kłopotom finansowym mistrzów Polski.

A skoro już o ciekawostkach mowa, to tuż po rozwiązaniu spółki z Bogusławem Leśnodorskim i Maciejem Wandzlem, gdy prezes Mioduski wyceniał jeszcze – na potrzeby Ukraińców, którzy wyrazili wówczas zainteresowanie kupnem – akcje Legii na 60 milionów euro, (po wybudowaniu Legia Training Center miał podnieść szacunek wartości o 20 milionów euro) miał rozmawiać o współpracy (i funkcji prezesa klubu) z… Andrzejem Placzyńskim! Tym ze Sportfive (Lagardere). A w każdym razie takimi rewelacjami miała chwalić się partnerka życiowa pana Placente, który do dziś jest stałym bywalcem loży prezesa Dariusza na meczach przy Łazienkowskiej…

**

Na koniec słów kilka o dziwacznych ubiegłotygodniowych wystąpieniach medialnych polskiego kandydata na członka Komitetu Wykonawczego UEFA. Używając bowiem poetyki najsłynniejszego krakowskiego delegata Zbigniewa Lacha, jego imiennik Boniek po prostu się, k…, skompromitował w wywiadzie dla Interii! Od roku z rosnącym niepokojem przyglądam się wypowiedziom i aktywnościom ustępującego prezesa PZPN, ale tym razem – przebił wszystko, co było wcześniej. Tłumacząc się z grzechów szefa PKS, Zbigniewa Przesmyckiego, który przegrał proces z Jarosławem Rynkiewiczem twierdzącym, że na polskich boiskach obowiązywała inna wykładnia przepisów piłkarskich niż w UEFA(!), stwierdził, że w latach 1982 – 2012 miał znikomy kontakt z naszym ligowym futbolem. Chodzi o tego samego Bońka (Zbigniewa, a nie Romualda), który w tym czasie był wiceprezesem PZPN, selekcjonerem i właścicielem klubu Widzew Łódź. I to wiceprezesem, który reformował ligę (dzieląc na grupy A i B). I prowadził wówczas – i to w naprawdę słusznej sprawie – wojnę z państwem w państwie stworzonym obserwatorów.

OK., pamiętam również, że w odwecie ci byli arbitrzy opowiadali mi (wtedy szalejącemu reporterowi „Przeglądu Sportowego) o różnych grzeszkach Bońka-piłkarza, ale nie to jest w tej historii najbardziej istotne. Tylko pytanie, czy prezes „Znikomy Kontakt” zapadł na zespół patologicznego zaniku pamięci, czy też wszystkich wokół uważa za idiotów? I skłaniam się jednak ku tej drugiej wersji. Zwłaszcza po tym, gdy w programie Cafe Futbol z ust Bońka usłyszałem, że Lech Poznań miał zły timing przy powtórnym zatrudnianiu Macieja Skorży (gdyż powinien to uczynić) po zakończeniu sezonu, a nie sześć kolejek wcześniej. Abstrahując nawet od zasadności tej tezy, wygłosił ją gość, który zmarnował 8 tygodni (słownie: osiem) po zakończeniu rozgrywek Ligi Narodów i wymienił trenera reprezentacji Polski w momencie najbardziej absurdalnym z możliwych. Teraz jednak ów niekierujący się logiką formalną facet nie ma wewnętrznych oporów, żeby wypowiadać się na temat timingu angażu szkoleniowca przez kogoś innego.

Dlatego darujcie, ale już, k…, nie wiem – Boniek kpi, czy tylko o drogę pyta?! Drogę do specjalisty, jak zakładam…

ADAM GODLEWSKI

Adam Godlewski – dziennikarz sportowy, felietonista, specjalista od piłki nożnej. Związany jest ze sportem od ponad ćwierć wieku. Obecnie redaktor naczelny Sportowy24, Polska Press. Na naszych łamach pisze felietony sportowe z serii “Krótka piłka”.

Przeglądając tę stronę akceptujesz politykę cookies oraz regulamin strony więcej informacji

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close