No to ruszyła maszyna losująca wyniki w tak zwanej ekstraklasie

Słabi sędziowie, egzotyczna czkawka Legii i Lecha, drugie dno u Probierza

Wznowiła rozgrywki PKO BP Ekstraklasa, i od razu ruszyła maszyna losująca wyniki. Wystartowała też trenerska karuzela. Wyłonionym dopiero w styczniu „mistrzem jesieni” – w zwariowanym, już drugim układanym przez pandemię sezonie – została Pogoń, która na półmetku dała sobie wbić zaledwie 8 goli. Portowcy nie zdominowali jednak weekendowych przekazów medialnych. W Zabrzu potknął się Lech, w Bielsku-Białej skompromitowała się Legia, ale najsłabsi i tak byli sędziowie. W zasadzie – tradycyjnie. Drużyna arbitrów jest dziś zdecydowanie najsłabsza w ligowej stawce. Być może dlatego, że od dawna nie muszą rywalizować na sportowych zasadach, bo miejsca w ich rankingu ustalane są arbitralnie, w zasadzie jednoosobowo. W efekcie następuje równanie w dół. A w zasadzie do zjazd. O ile w roku 2017 pytanie brzmiało nie czy, tylko kiedy Szymon Marciniak – który był zdecydowanym liderem tego środowiska w kraju – poprowadzi finał europejskiego pucharu, to teraz przestano w ogóle się nad tą kwestią zastanawiać. Bo nie ma sensu.

Rozgrywki Esktraklasy - felieton

Obecnie forma wszystkich sędziów wydaje się uśredniona. Szkoda tylko, że do poziomu Daniela Stefańskiego, który nie tylko przez prezesa Jagiellonii jest uznawany za arbitra słabego. Wpadki owego specjalisty, który w piątek nie ukarał bezsensownego, brutalnego faulu Djordje Crnomarkovicia z Zagłębia Lubin na Piotrze Pyrdole z Wisły Płock czerwoną kartką (poprzestał na żółtej, choć skutkiem było pęknięcie kości strzałkowej) można mnożyć. Krzysztof Jakubik, arbiter klasy drugiej UEFA, czyli teoretycznie niezły, pomylił się przy aż dwóch rzutach karnych w spotkaniu Wisły Kraków z Piastem. W obu – mimo interwencji VAR – błędy były na niekorzyść gospodarzy (najpierw anulował jedenastkę słusznie podyktowaną za faul na Felicio Brownie Forbesie, a potem nie odwołał nieprawidłowo odgwizdanej na Jakubie Świerczoku). I tym samym wypaczył wynik. Do tego trzeba dodać wielbłąd, którym było przeoczenie przez Jarosława Przybyła karnego dla Rakowa za faul na Vladislavsie Gutkovskisie w starciu z Pogonią. Przy stanie 0:0, gdy jeszcze wszystko mogło się zdarzyć…

Takich kwiatków było niestety więcej (nomen omen Tomasz Kwiatkowski po analizie VAR odwołał w starciu Górnika z Lechem aż 3 rzuty karne przez siebie wskazane). Czy autorzy pomyłek zostaną, jak podpowiadałaby logika, spieszeni na najbliższe kolejki? Nawet jeśli ładnie biegają i są przystojni, co podobno jest teraz w cenie przy ich ocenie? Otóż zapewne nie, gdyż znajdują pod ochronnym parasolem wszechwładnego szefa PKS. Kibicom i komentatorom nie pozostaje zatem nic innego, jak życzyć zdrowia i dobrej zabawy panu Zbigniewowi Przesmyckiemu. Czas leci, Marciniak niedawno skończył 40 lat, i już jakiś czas temu przestał być największą nadzieją Europejczyków na wybitne sędziowanie. Pozostali lubią się powygłupiać na ligowych boiskach. Gdyby jeszcze miało to miejsce czasami… Najbardziej ciekawi mnie, jak Kuba Błaszczykowski wytłumaczy trenerowi Peterowi Hyballi fakt, że na polskich boiskach suma (nie)szczęścia wcale nie wynosi zero? Gdyż sędziowie, również ci siedzący na VAR, potrafią mylić się tylko w jedną stronę…

Zdaje się, że w Legii, która przygotowywała formę w Dubaju pod patronatem tytularnego sponsora ekstraklasy i pod czujnym okiem kamer relacjonujących nie tylko sparingi, zapomniano o najważniejszym. Mianowicie o solidnej i właściwie zsynchronizowanej z ligowym kalendarzem robocie. W każdym razie obrońcy tytułu sprawiali w Bielsku wrażenie zamulonych. Mimo że Podbeskidzie nie wykręciło jakichś rewelacyjnych statystyk biegowych, i tak zabiegało gości ze stolicy – myślących wolno, dokonujących złych wyborów, mentalnie nieprzygotowanych do rywalizacji z ostatnim zespołem w ekstraklasie. Na trzeźwo naprawdę nie dało się oglądać „popisów” wybrańców trenera Czesława Michniewicza. Tych samych, którzy na pożegnanie minionego roku zabawili się w świętego Mikołaja i sprezentowali punkty równie wcześniej słabiutkiej jak Podbeskidzie Stali Mielec. Lech pobiegał w Zabrzu nieco lepiej niż Legia, i nawet miał kilka momentów, w których płynnie rozgrywał piłkę, ale… Nie tego przecież oczekiwaliśmy po potrzebującym niczym kania dżdżu Kolejorzu!

Poznaniacy mieli odpalić od pierwszego meczu. A potem tylko śrubować rekord kolejnych zwycięstw goniąc czołówkę. Znów jednak coś nie wyszło, bo wystartowali przeciętnie, zupełnie bez wyrazu. W sposób, który nie daje żadnych podstaw do wnioskowania, że za chwilę mogliby się rozpędzić. Zwłaszcza że w końcówce spotkania już tylko udawali, że mądrze stoją. Bo po prawdzie – nie mieli z czego depnąć. OK., Bartosz Salamon i Jesper Kalstroem sprawiają wrażenie solidnych graczy, którzy okażą się wzmocnieniami. W Zabrzu ewidentnie zabrakło jednak w zestawie Dariusza Żurawia napastnika na ligowym poziomie. Mimo pokaźnych zarobków w Lidze Europy, przy Bułgarskiej zapomniano o transferze atakującego. Cóż, można i w ten sposób – czyli mało poważnie – podchodzić do arcytrudnej sytuacji, w jakiej po intensywnej jesieni znalazł się Kolejorz. Choć logika podpowiadała pójście za ciosem, Lech pozostał wierny strategii polegającej na opieszałym stawianiu kroków na rynku transferowym. W Szczecinie i Częstochowie zapewne będą wdzięczni za tę konsekwencję.

Najbardziej, i najmniej przyjemnie zaskoczył jednak – mimo wszystko – Michał Probierz. Trener Cracovii po porażce z Wartą Poznań podał się do dymisji, której termin nakazuje z troską zastanowić się nad ogólną formą szkoleniowca. Jeśli czuł zawodowe wypalenie, to przecież pozostając w zgodzie ze zdrowym rozsądkiem powinien zrezygnować w grudniu. To byłoby zachowanie logiczne i uczciwe względem pracodawcy oraz zespołu. Jeśli tego nie zrobił dając sobie z premedytacją czas do pierwszej tegorocznej serii, przy okazji grając w grę: „Zaskoczy czy nie zaskoczy”, to… albo zwariował, albo w całej tej sprawie jest jakieś drugie dno. I ogłoszenie dymisji było wyartykułowaniem bezsilności, z którą musi borykać się Probierz. Najbliższe dni przyniosą więcej informacji na ten temat, ale takie zachowanie jest do Michała – pasjonata swego zawodu – zupełnie niepodobne. Dlatego stawiam dolary przeciw orzechom, że do czynienia mamy z drugą z nakreślonych opcji.

Fakt, zupełnie niepotrzebnie brał na barki również funkcję wiceprezesa klubu, ale może po prostu – aby w miarę normalnie funkcjonować w roli trenera Pasów – inaczej po prostu się nie dało? Wiele wskazuje, że szkoleniowiec Pasów zagrał – pytanie tylko w jakiej sprawie? – va banque. Dymisja nie została przez profesora właściciela klubu, przyjęta z automatu, a to zdaje się świadczyć, że postawienie wszystkiego na jedną kartę było warte świeczki. Teraz to przecież Januszowi Filipiakowi – jeśli oczywiście chce zatrzymać Probierza – powinno zależeć, żeby przeszkadzającą szkoleniowcowi w pracy usterkę w klubie usunąć…

ADAM GODLEWSKI

Adam Godlewski – dziennikarz sportowy, felietonista, specjalista od piłki nożnej. Związany jest ze sportem od ponad ćwierć wieku. Obecnie redaktor naczelny Sportowy24, Polska Press. Na naszych łamach pisze felietony sportowe z serii “Krótka piłka”.

Przeglądając tę stronę akceptujesz politykę cookies oraz regulamin strony więcej informacji

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close