Milik jest jak… Lubański. Fajnie, że wreszcie wrócił do gry

Boniek wyciągnął wnioski. Sztab Sousy daje nadzieję

Urodził się tego samego dnia, 28 lutego, co Włodzimierz Lubański. I tak jak Lubański – najgenialniejszy polski napastnik po Erneście Wilimowskim a przed Robertem Lewandowskim – przez kontuzje stracił sporą część kariery. Ma jednak o wiele więcej szczęścia od Włodka, ponieważ żyje w czasach, kiedy medycyna jest nieporównanie lepiej rozwinięta. Arkadiusz Milik… Atakujący, który jeszcze przed swymi 27. urodzinami wrócił do gry, tyle że już we francuskiej Ligue 1. To bardzo dobra wiadomość nie tylko dla najbliższych Arka. Także dla Paulo Sousy, Roberta Lewandowskiego, całej reprezentacji Polski i wszystkich jej fanów. Bo cudowne dziecko Adama Nawałki, budowane przez poprzedniego selekcjonera kosztem walczącej o udział w igrzyskach młodzieżówki Marcina Dorny i na przekór trenerom Bayeru Leverkusen, którzy nie poznali się na talencie – a może tylko nie potrafili wydobyć jego pełni – Milika wyjątkowo dobrze pasuje do naszej reprezentacyjnej układanki. I do Lewego.

Milik - krótka piłka

Nie strzela co prawda tylu goli co Lubański, ale – jak Włodek podczas igrzysk w Monachium w 1972 roku – potrafi być nieocenionym punktem zespołu. OK., wszyscy pamiętamy strzelecką niefrasobliwość Arka podczas Euro 2016 we Francji, ale nikt nie powinien także zapominać, iż to właśnie Arek zdobył zwycięską bramkę z Irlandią Północną na inaugurację tego turnieju. A potem znakomicie wykorzystywał wolne przestrzenie, które stwarzał mu Lewandowski. Był nieskuteczny, ale dziś, po – udanej pod względem sportowym mimo przerw na leczenie i pauzę na fochy na prezesa – przygodzie z Napoli powinien być napastnikiem lepszym. Dojrzalszym. Dlatego wszyscy powinniśmy trzymać kciuki, żeby w Marsylii szybko zapomniał o półrocznej przerwie w grze, zafundowanej przez prezydenta Aurelio De Laurentiisa. Debiut w barwach Olympique zanotował bezbarwny, ale po prawdzie trudno było oczekiwać innego.

Boss Neapolu miał oczywiście swoje argumenty w sporze z reprezentantem Polski, ale odsyłanie Arka do włoskiej wersji Klubu Kokosa było nie tylko małe, ale było też działaniem na szkodę – zarówno zawodnika, jak i klubu. Ba, akurat do sytuacji Milika w ostatnich miesiącach jak ulał pasuje stwierdzenie albańskiego klasyka z Legii, że fakt, iż nie grał to niczym posiadanie ferrari i trzymanie tego luksusowego auta wyłącznie w garażu zamiast regularnej jazdy. Może i De Laurentiis łechtał w ten sposób własne ego, ale nic dobrego z tego nie wynikało. Dla nikogo. Dlatego ze zdziwieniem obserwowałem publicystyczne gromy tu i ówdzie spadające na głowę naszego reprezentanta. I jednoznaczne opinie, że to wyłącznie chciwość zawodnika – która może odbić się brakiem powołania na przełożone Euro – spowolniła rozwój jego kariery. Jakby po ponad czterech słodko-gorzkich z uwagi na perturbacje nie tylko zdrowotne latach w Neapolu, nie miał prawa zmienić klimatu. I samodzielnie pokierować dalszą karierą.

To oczywiście prawda, że charyzmatyczny Don Aurelio zachowywał się przyzwoicie w obu przerwach w grze Arka spowodowanych zerwaniem więzadeł. Jeśli jednak ktoś wyobraża sobie, że De Lauretiis mógł postępować inaczej, i zostawić piłkarza ze zdrowotnym problemem na lodzie, to mogę jedynie… pogratulować. Przecież to było standardowe postępowanie szefa firmy wobec jej majątku. Zwłaszcza że kiedy nasz rodak był w pełni sił, zawsze starał się grać na maksa dla Napoli. Wielokrotnie – z wymiernym skutkiem. Czyli także był w porządku. Poza wszystkim zresztą, zachowanie zawodnika, który po wypełnieniu 5-letniego kontraktu nie chciał dłużej zostawać pod Wezuwiuszem także mieści się w konwencji. I nieważne, czy poczuł się niedoceniony wysokością propozycji nowego kontraktu, czy miał zupełnie inne powody, aby opuścić klub. I tylko jako pretekst wykorzystał brak porozumienia płacowego. To już zresztą historia. Milik wyrwał się – miejmy nadzieję już na dobre, bo jednak na razie w OM jest na wypożyczeniu – ze szpon De Laurentisa.

Nie ma sensu odwoływać się do przypadków Diego Maradony, bo przy całym szacunku dla Milika, pod względem sportowej klasy nie da się (jak milionów piłkarzy) porównać Arka z genialnym Argentyńczykiem, ale… Maradona, a wraz z nim – tyle że po niewczasie – cały piłkarski świat, żałował, że został pod Wezuwiuszem. Dlatego jestem zaskoczony, że w powstałym na linii De Laurentis – Milik zamieszaniu oliwy do ognia dolewał Zbigniew Boniek. Dziwi mnie, że w ogóle wypowiadał się na ten temat. A już fakt, iż na antenie neapolitańskiego radia „Kiss Kiss” zaatakował otoczenie zawodnika, odbieram jako co najmniej niesmaczny. „Jestem wściekły, gdy widzę, w jakiej sytuacji znalazł się Arek. Rozumiem podejście klubu, który piłkarzowi wiele dał. Jeśli byłbym jego agentem, zachowałbym się inaczej, lepiej. Powinni byli to lepiej rozegrać. Nie pozwoliłbym, by konflikt doszedł do takiego punku. Odchodzenie za darmo, po wygaśnięciu kontraktu, rzadko kończy się dobrze” – stwierdził Boniek (cytat sprzed kilkunastu dni za „Sport.pl”).

Jeśli byłbym jego agentem… Boniek, prezes polskiej federacji, członek Komitetu Wykonawczego UEFA, stawia się w roli menedżera zawodnika. Jeśli powyższa wypowiedź nie ma drugiego dna, to jest cokolwiek śmieszna. Dziś nie ma już sensu rozpatrywanie, czy wypowiedź Nenada Bjelicy dla TVP Sport („Zadzwonił [Boniek – przyp AG], bo jeden z włoskich klubów o mnie pytał, a on nie wiedział, czy jestem związany z Osijekiem długą umową. Stąd ten kontakt)”, to było jedynie ściemnianie Chorwata indagowanego w kontekście pracy z reprezentacją Polski, czy też wierne oddanie zaistniałej sytuacji. Najważniejsze bowiem, żeby boss PZPN nie ulegał menedżerskim – ani żadnym innym – inklinacjom, tylko z pełną powagą dokończył przedłużoną kadencję w związku. I koncentrował się na obowiązkach, do wykonywania których zobowiązał się wygrywając wybory. Bo tak naprawdę trudno oprzeć się refleksji, iż – przynajmniej w pewnym momencie – mocno je zaniedbywał. Szczególnie w kontekście kontroli i nadzoru nad reprezentacją Polski.

Dziś słychać wielkie: wow!, jakich to wykształconych i doświadczonych specjalistów Paulo Sousa wziął do sztabu reprezentacji Polski. I że żadną miarą gościa, który kilka lat pracował w Barcelonie z Messim, albo drugiego, który może pochwalić się podobną ścieżką wykształcenia jak Jose Mourinho, nie można porównać do poprzedników ze sztabu Brzęczka. Fakt, nie można. Tylko jednak dlatego, że Boniek – nominując niedoświadczonego i nieutytułowanego szkoleniowca – zgodził się, aby pomagali mu kandydat na trenera bez żadnej licencji (Radosław Gilewicz) i posiadacz licencji UEFA A, czyli uprawniającej do samodzielnej pracy w III polskiej lidze Tomasz Mazurkiewicz. Kilkukrotnie wskazywałem problem, wymieniałem nawet poglądy na ten temat z prezesem PZPN, który jednak bagatelizował problem. A potem wystawiał pracowników związku (ale nie dając argumentów) do polemiki na publicznym kanale Twittera, aby prezentowali jego pogląd w tej sprawie. Dopiero na koniec, żegnając Brzęczka na czwartkowej konferencji, był uprzejmy stwierdzić, że sztab w tamtym kształcie nie rozwinie kadry…

Właśnie sztab, a nie selekcjoner. Może gdyby Boniek nie był tak uparty i zadufany w sobie, czas Brzęczka na posadzie selekcjonera nie byłby jałowy? Może… Mam nadzieję, że kolejny eksperyment z trenerem kadry – bo tak odbieram osobę Sousy, który nie prowadził dotąd reprezentacji – skończy się lepiej niż poprzedni. Portugalczyk, choć zaczyna – przez opieszałość prezesa PZPN – dwa miesiące później niż mógłby, robi to w zupełnie innym stylu od poprzednika. Mianowicie – otaczając się ludźmi kompetentnymi. Aż prosi się, aby dodać do jego najbliższego otoczenia ze dwóch zdolnych polskich trenerów, bo na pewno będzie tam kogo podpatrywać i się uczyć. Nie wiem jednak, czy Boniek – który ze związkowych pieniędzy słono płaci nowemu sztabowi – na to wpadnie. Nie wiem też, czy upominanie się o to nie przyniesie zupełnie odwrotnego skutku. Po ogłoszeniu nominacji dla Sousy usłyszeliśmy przecież, że jeśli prezes Zbigniew słyszy coś od dziennikarzy, to można być pewnym, iż zrobi dokładnie odwrotnie…

Nie będę ukrywał, że po szalonym kroku, na jaki Boniek zdecydował się w drugiej połowie stycznia zmieniając selekcjonera, spodziewałem się, że to szaleństwo dla kogoś z większym nazwiskiem niż Sousa. Na pewno jednak tym razem szef naszej federacji postawił na trenera z wyższej półki niż zatrudniał wcześniej. Bardziej doświadczonego i – co nie było trudne – utytułowanego. Z nowym trenerem wiążą się nowe nadzieje, nowa miotła wprowadzi inne porządki. Czasu na innowacje ma co prawda tyle co kot napłakał, ale gorzej – raczej – nie będzie. A w każdym razie być nie powinno. Czy człowiek z innego kręgu kulturowego – obejmującego także inną, wyższą i bazującą na innych walorach kulturę piłkarską – bezboleśnie wejdzie do biało-czerwonej szatni, dopiero się przekonamy. Za powodzenie tej misji na wariackich papierach będę jednak trzymał kciuki. Z nadzieją, że pan Boniek do czasu wygaśnięcia mandatu prezesa PZPN wstrzyma się od wycieczek dotyczących transferowych wyborów naszych kadrowiczów (i ich agentów).

OK., Milik trafił do gorszego klubu niż Napoli, ale odzyskał kontrolę nad karierą. A o to , jak się wydaje, głównie Arkowi chodziło. Przede wszystkim zaś – wrócił do gry. O co powinno chodzić selekcjonerowi reprezentacji Polski. Obojętnie, kto sprawuje tę funkcję…

ADAM GODLEWSKI

Adam Godlewski – dziennikarz sportowy, felietonista, specjalista od piłki nożnej. Związany jest ze sportem od ponad ćwierć wieku. Obecnie redaktor naczelny Sportowy24, Polska Press. Na naszych łamach pisze felietony sportowe z serii “Krótka piłka”.

Przeglądając tę stronę akceptujesz politykę cookies oraz regulamin strony więcej informacji

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close