Dziękuję Paulo Sousie, bo nikt nie wie, co go czeka za zakrętem

Życzę, żeby po Anglii nadal mógł dziękować za stawiane pytania

Żarty się skończyły, zaczęło się odliczanie do rozpoczęcia kwalifikacji mistrzostw świata. Odliczanie najbardziej nerwowe dla prezesa PZPN Zbigniewa Bońka, który po MŚ 2018 zafundował reprezentacji Polski
niedoświadczonego trenera z niedouczonym i zbyt skromnym liczebnie sztabem – co skutkowało cofnięciem w rozwoju drużyny narodowej – a w styczniu bieżącego roku zadziałał na wariackich papierach. Zapewne ze świadomością, że przyczynił się do marnowania najsilniejszej od co najmniej 30 lat generacji w polskim futbolu, która ukształtowała się wokół najlepszego piłkarza świata. Zwolnił poprzedniego selekcjonera dwa miesiące po ostatnim meczu, następcy Jerzego Brzęczka dając tylko kilka tygodni na ogarnięcie się. Czyli dokonał dymisji i wręczył nominację w najbardziej niedorzecznym momencie, z miejsca wrzucając Paulo Sousę na minę. Portugalczyk robi co prawda dobrą minę do złej gry, ale pracuje w niezwykle niekomfortowych warunkach. Czasu na wprowadzenie własnej koncepcji nie będzie miał wcale, kontynuować niedojrzałej myśli poprzednika nie ma sensu, więc musi podjąć ryzyko. I to maksymalne!

Paulo Sousa felieton

Taktyka, którą biało-czerwoni zastosują w Budapeszcie i Londynie z konieczności – czyli z przymusu, w jakim Sousę postawił Boniek – będzie spod znaku: na dwa uda. To znaczy uda się, albo się nie uda, bo mimo że portugalski selekcjoner będzie miał do dyspozycji jeden, góra dwa poważne treningi przed wylotem na Węgry wiele wskazuje, że zechce zmienić sposób gry biało-czerwonych. Po okrojeniu kadry do 27 zawodników można wnioskować, że na dzień dobry w kwalifikacjach mundialu spróbujemy powalczyć w ustawieniu z trzema stoperami. Koncepcja jest oczywiście słuszna, zważywszy na liczbę jakościowych środkowych obrońców made in Poland oraz na fakt, ilu z nich na co dzień ćwiczy automatyzmy związane z taką taktyką. Tyle że pozostali piłkarze także będą musieli dopasować się do takiej strategii. I do siebie. A nawet jeśli mowa o naszych najlepszych zawodnikach, to wcale niekoniecznie przestawienie się musi przebiegać tak szybko i bezboleśnie, jak miało niedawno miejsce w Legii Warszawa.

Przecież Adam Nawałka także próbował takiego manewru w kadrze i poległ sromotnie. Kibice muszą zatem zakładać, że Paulo Sousa jest sprawniejszym taktykiem od Nawałki (bardzo możliwe), i że będzie w stanie w pełni wykorzystać nadzieje i mobilizację kadrowiczów związane z pojawieniem się nowej miotły (to dopiero się okaże). A przede wszystkim zaufać selekcjonerowi w zapewnienia, że ma spójną wizję gry biało-czerwonych. Oprócz bowiem wskazania, że to Wojciech Szczęsny będzie numerem 1 w polskiej bramce, niewiele konkretów zamierzał dotąd ujawnić; a w zasadzie to żadnego. W zasadzie to już uprawniona jest teza, iż w jednej specjalności – jaką stanowi rzeźba w miękkim podczas konferencji prasowych – bije na głowę nawet Nawałkę (co wydawało się niemożliwe). Tyle że pan Adam, jak doskonale pamiętamy, przemawiał głównie – poprzez zespół i seryjnie zdobywane w eliminacjach gole Roberta Lewandowskiego – na boisku. Zatem senhor Sousa także będzie miał to wybaczone, jeśli wyniki będą się zgadzały.

W takim przypadku nikt nie będzie miał trenerowi za złe, że powołał aż dwóch młodych zawodników Pogoni, którzy są świeżo po zadyszce drużyny ze Szczecina w ekstraklasie. I – na pierwszy rzut oka – w tym momencie nie są w stanie przebić się do meczowej kadry. Z racji prezentowanych umiejętności i nikłego doświadczenia. Mogą być melodią przyszłości, i być może to z myślą o czerwcowych spotkaniach Portugalczyk chce oswajać Sebastiana Kowalczyka i Kacpra Kozłowskiego z „poziomem i intensywnością”, na których gra się w reprezentacji kraju. Leo Beenhakker miał kilka takich strzałów w kadrze, Nawałka w identyczny sposób budował Arka Milika i Bartka Kapustkę. Każdy trener na swój sposób patrzy na futbol, każdy dobry szkoleniowiec jest w stanie dostrzec u piłkarza potencjał i cechy, które będzie umiał wykorzystać. Na dziś jednak wspomniany Kapustka wydawał się o wiele lepiej przygotowany do wyzwań w drużynie narodowej, i był w wyższej formie niż obaj Portowcy…

Największym nieobecnym w kadrze nie tyle ogłoszonej, co okrojonej w poniedziałek jest jednak Tomasz Kędziora, nie Kapustka. Był przecież etatowym prawym obrońcą Brzęczka, ma bardzo przyzwoite statystyki w Dynamie Kijów w obecnym sezonie. Co konkretnie miał do niego Sousa, oczywiście się nie dowiedzieliśmy. Może zresztą nic nie miał, w każdym razie nic osobistego, a jedynie chciał potrząsnąć zespołem i wprowadzić trochę fermentu w zastałe struktury? Najnowsza historia biało-czerwonej drużyny zna takie przypadki, choć akurat Jerzy Engel – wsłuchując się w podszepty wiceprezesa PZPN, którym wówczas był Boniek – wiele dzięki wstrząsowi związanemu z odstawieniem Tomasza Iwana przed mundialem w Azji nie zyskał. Przeciwnie, rozbił dobrze funkcjonujący (poza boiskiem) kolektyw, nie dodając w zamian jakości na placu gry. Szalenie ważne jest zatem, żeby teraz senhor Paulo nie za często słuchał podpowiedzi pana Zbyszka. Gdyż mogą wprowadzić w ślepą uliczkę.

Przede wszystkim jednak – czekamy na szkoleniową jakość kilka poziomów wyższą niż gwarantował Zibi. Niewątpliwie Sousa jest lepszym i bardziej doświadczonym trenerem niż był Boniek i jest Brzęczek. Po za tym do współpracy w sztabie zaprosił szerokie i kompetentne grono, zatem zaczyna – choć na wariackich papierach – z zupełnie innego pułapu niż poprzednik. Być może jeszcze nie zdaje sobie sprawy z oczekiwań i presji, jakie towarzyszą selekcjonerowi nad Wisłą, ale dotąd jest dobrze prowadzony pod względem PR – choć nic nie mówi używając wielu słów, nie buduje muru, nie zamyka się w oblężonej twierdzy. Sprawia wrażenie gościa, który wie czego chce i zna metody, które prowadzą do celu. Być może właśnie takiego spokoju, a nie tylko świeżego spojrzenia potrzebowała reprezentacja Polski konstruowana wokół Roberta Lewandowskiego. W każdym razie do 25 marca możemy żyć w takim przeświadczeniu.

W każdym razie za dwie odbyte konferencje, który były pokazem nienagannych manier i okrojenie składu – dziękuję panu Sousie. I życzę, żeby na kolejnych spotkaniach z dziennikarzami nadal mógł – i był w stanie – dziękować za zadane pytania. Miesiąc miodowy właśnie się skończył, na 100 dni spokoju Portugalczyk nie mógł liczyć przez kalendarz przygotowany przez Bońka (i budowany z dala od podstaw formalnej logiki). Teraz nadszedł już czas weryfikacji. Co prawda – jak mawiają Anglicy – nikt nie wie, co nas czeka za zakrętem, ale my wiemy, że po powrocie z ich stolicy Portugalczyk zostanie liderem rankingów popularności i zaufania, albo wrogiem publicznym numer jeden w Polsce. Tyle że dziś nikt nie jest w stanie przesądzić, co konkretnie na tej randce w ciemno jest pisane Sousie…

ADAM GODLEWSKI

Adam Godlewski – dziennikarz sportowy, felietonista, specjalista od piłki nożnej. Związany jest ze sportem od ponad ćwierć wieku. Obecnie redaktor naczelny Sportowy24, Polska Press. Na naszych łamach pisze felietony sportowe z serii “Krótka piłka”.

Przeglądając tę stronę akceptujesz politykę cookies oraz regulamin strony więcej informacji

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close