Czy Zieliński zagrał już tak, jakby coś przeskoczyło mu w głowie?

I o wielkiej dumie, z którą można patrzeć na polskie skoki

Przełom roku to zwykle okres ogórkowy. Zwykle, ale na pewno nie w czasie pandemii koronawirusa. Jak już powszechnie wiadomo, w Polsce nie wszyscy potrafili zachować się na tyle przyzwoicie, żeby uszanować personel medyczny, który jest na pierwszej linii frontu walki z zarazą. Wpychanie się na szczepienia przed lekarzami, pielęgniarkami i ratownikami jest więcej niż niegodziwością. Mniejsza nawet o nazwiska. Po prostu bez względu na dorobek dla polskiej kultury, polityki, czy rynku telewizyjnego średnio nawet wrażliwy i uczciwy człowiek w ten sposób zachować się nie ma prawa. A udawanie post factum, że kogoś ruszyło sumienie i nerwowe mnożenie wersji oświadczenia tylko potęguje niesmak. Wstyd i żenada. Koniec i kropka.

**

Daleki jestem od spiskowych teorii, ale wciąż zastanawiam się, o co tak naprawdę chodziło niemieckiemu sanepidowi, kiedy dopatrzył się – częściowo – pozytywnego wyniku w koronawirusowym teście Klimka Murańki. I na tej podstawie chciał z pierwszego konkursu wyeliminować całą reprezentację polskich skoczków. Patrząc na wyniki trwającego Turnieju Czterech Skoczni, zawody zostałyby przecież pozbawione głównych bohaterów. I dramaturgii. Zatem, gdyby nie upór i determinacja polskiej strony, straciłaby niemiecko-austriacka impreza. Na prestiżu, atrakcyjności i oglądalności. Patrząc na rynki telewizyjne, także byłby to samobój. Gdzie bowiem, poza Bundesrepubliką, ludzie traktują tę ryzykowną zabawę z wiatrem przy dużych prędkościach najazdowych, w której aura często i niesprawiedliwie, wpływa na wyniki, tak poważnie jak w Polsce? I gremialnie zasiadają przed telewizorami, zresztą nie tylko w okresie świąteczno-noworocznym. Jaki był zatem sens, bez twardego dowodu, zabierać wielomilionowej publice tę ulubioną rozrywkę? I ryzykować spadkiem oglądalności…

Klemens Murańka

Pal zresztą licho oglądalność, nawet jeśli w komercyjnych realiach wszyscy ją mierzą i na tej podstawie wyceniają czas antenowy sprzedawany reklamodawcom. Patrząc na relacje polsko-niemieckie, z góry można było przecież zakładać, że zrobi się z tego sprawa polityczna. I niemiecki sanepid, z lekkością motyla, doprowadził do takiego napięcia, że naprawdę zawrzało na łączach dyplomatycznych. A końcowy efekt jest taki, że ktoś, kto chciał zabawić się wynikami badań na obecność SARS-CoV-2 wk…wił Kamila Stocha i resztę naszych dzielnych lotników. Do tego stopnia, że – jak mawia nie tylko Piotr Żyła – odpalili. I to na całego, doprowadzając do utraty samokontroli Halvora Egnera Graneruda, który przed TCS wygrywał wszystko jak chciał. A teraz musi oglądać plecy biało-czerwonych. Choć, po prawdzie, to zbudował mnie ten atak niepohamowanej złości 24-letniego Norwega, niepotrafiącego pogodzić się z faktem, że ktoś trafił z formą na pierwszą kulminację sezonu lepiej od niego. Jest przynajmniej w tym wybuchu szczery.

OK., brakuje Granerudowi pokory. A odgrażanie się, że złoi skórę Stochowi i innym naszym rodakom, i skutecznie odrobi straty w czwartej odsłonie Turnieju, trąci dziecinadą. Tyle że w zalewie z jednej strony (momentami niestrawnej) politycznej poprawności, zaś z drugiej wszechobecnej koronawirusowej obłudy taki brak szczypania się w język jest -paradoksalnie – powrotem do… normalności. Co prawda przaśnej, ale jak się nie ma co się lubi, to wiadomo – docenia się to, co jest. A pomijając wszystkie inne okoliczności, z przyjemnością patrzy się na rywalizację w TCS. I z dumą. Polskie skoki to potęga, z wielkimi indywidualnościami, świetną drużyną, obiecującym zapleczem, i zdrowym systemem. Z perspektywy kibica pamiętającego czasy Piotra Fijasa, a potem Jana Kowala (już nie zawsze kwalifikującego się do drugich serii), aż wierzyć się nie chce, że ta dyscyplina w naszym kraju – przez zaledwie dwie dekady – z czarnej dziury, naprawdę znikąd wysforowała się na światowy szczyt. Wbrew nawet niemieckiemu sanepidowi. Brawo!

**

Cyferka w kalendarzu zmieniła się, jak zawsze 1 stycznia. I wszyscy jesteśmy rok starsi. Robert Lewandowski też. Tyle że w przypadku najlepszego aktualnie piłkarza świata zupełnie nie wpłynęło to na formę; nadal trafia regularnie. Co prawda w pierwszej części meczu z Mainz, inaugurującego tegoroczną część rywalizacji Bayernu w Bundeslidze, mocno i skutecznie się ukrywał – zresztą cały zespół Hansiego Flicka spóźnił się na spotkanie około 50 minut – ale potem niczym nasi skoczkowie – odpalił rakiety. Asysta i dwa gole w trudnym dla Bawarczyków momencie to z perspektywy widzów potwierdzenie klasy i świetnej aktualnie formy. Dla Roberta – norma. Odbiór statuetki na Gali Globe Soccer Awards w Dubaju nie rozregulował świetnie funkcjonującej maszyny. Choć niemiecka prasa mocno pocisnęła naszego rodaka za wylot do Zjednoczonych Emiratów Arabskich. Z uwagi na niezbyt duży prestiż nagrody. Niewspółmierny do ryzyka epidemicznego w strefie geograficznej, do której się wybrał…

Nikt przy zdrowych zmysłach nie będzie oczywiście porównywał statuetki GSA do przytransportowanej do Monachium przez prezydenta FIFA Gianniego Infantino, ale należy też wyznaczyć granice hipokryzji. Możliwość zaprezentowania się w panelu dyskusyjnym z Cristiano Ronaldo stanowiła dla Roberta niepowtarzalną szansę na utrwalenie w świadomości odbiorców na całym świecie, że obecnie gra w tej samej lidze, co słynny Portugalczyk. I w związku z tym zasługuje nawet jeśli nie na porównywalne, to przynajmniej zwiększone zainteresowanie ze strony marketerów reprezentujących globalne koncerny. Czasu na autopromocję RL9 nie ma przecież Bóg wie ile. 33 lata na karku to przy obecnym rozwoju medycy, i patrząc na karierę Ronaldo, nie jest jeszcze co prawda wiek na planowanie emerytury, ale na pewno taki, w którym warto zadbać o jej powiększenie. Dlatego to absolutnie naturalne i w pełni zrozumiałe, że Lewandowski wybrał się do Dubaju. A że nie spodobało się to niemieckiemu sanepidowi? Cóż, w sumie żadna niespodzianka…

**

Mój dobry znajomy, były ambasador RP, nie wyklucza, że wkrótce w Niemczech mogą przestać podobać się nie tylko biznesowe eskapady Lewandowskiego. Robert wyskoczył po prostu za wysoko, zwłaszcza jak na stereotyp Polaka w Bundesrepublice; ale to temat na zupełnie inne opowiadanie. W okresie świąteczno-noworocznym na czasie jest eksplozja formy strzeleckiej Piotra Zielińskiego. To sportowiec doświadczony przez COVID-19, infekcji nie przechodził bezobjawowo. Dlatego tym bardziej cieszy, że wrócił już do pełni sił. Przeciw Cagliari miał w niedzielę dwa przebłyski geniuszu. Zademonstrował luz, bajeczną użytkową technikę i pomysły, które chcielibyśmy oglądać u pomocnika SSC Napoli (i podziwiać!) w każdym spotkaniu reprezentacji Polski. Czy 3 stycznia 2021 to ten dzień – jak chciał selekcjoner Jerzy Brzęczek – gdy Piotr wstał i coś przeskoczyło mu w głowie, i od teraz będziemy mieli zawodnika, którego pozazdroszczą nam wszyscy na świecie? Oczywiście, dopiero się przekonamy. Na pewno jednak Zieliński dał podstawy do takiego myślenia. A to już coś!

ADAM GODLEWSKI

Adam Godlewski – dziennikarz sportowy, felietonista, specjalista od piłki nożnej. Związany jest ze sportem od ponad ćwierć wieku. Obecnie redaktor naczelny Sportowy24, Polska Press. Na naszych łamach pisze felietony sportowe z serii “Krótka piłka”.

Przeglądając tę stronę akceptujesz politykę cookies oraz regulamin strony więcej informacji

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close