Ekstraklasa 2020/21 – typy i kursy bukmacherskie

Ekstraklasa typy bukmacherskie

PKO BP Ekstraklasa bywa – i to nie tylko przez złośliwców – nazywana najbardziej nieprzewidywalną ligą świata. Trwający sezon może zmienić tę (dotąd niekrzywdzącą) opinię. I to nie tylko dlatego, że jest zdecydowany faworyt do tytułu oraz główny kandydat do spadku.

Podstawową wartością 30. obecnie ligi w Europie od dawna były świetne opakowanie telewizyjne i emocje. I w zasadzie nic nie zmieniło się w PKO BP Ekstraklasie w bieżącym sezonie, gdy po latach posuchy przedstawiciel naszego futbolu wreszcie awansował do fazy grupowej kontynentalnych pucharów. Lech Poznań nie zawojował, czego zresztą można było się spodziewać, Ligi Europy. A niejako przy okazji – co zresztą także można było obstawiać w zasadzie w ciemno – skomplikował sobie, i to mocno, sytuację w krajowych rozgrywkach. I tak naprawdę po tegorocznym wznowieniu rywalizacji będzie największą nadzieją nie tylko swoich kibiców. Także dla tych nastawionych neutralnie fanów, dla których liczy się dobry futbol i fajna rozrywka. O ile bowiem nie ma większego sensu spodziewać się rewelacyjnej jakości po wyścigu o mistrzostwo Polski, o tyle pogoń Kolejorza za ligowym podium zapowiada się pasjonująco. 

Król strzelców Ekstraklasy – typy

Zważywszy na potencjał zespołu z Bułgarskiej, a także sposób gry, można się też zastanawiać, czy Mikael Ishak będzie w stanie rzucić wyzwanie Tomasowi Pekhartowi w klasyfikacji najlepszych strzelców ligi. Na starcie tej nierównej rywalizacji Czech z Legii ma aż 6 trafień przewagi nad Szwedem z Lecha, ale… do odważnych świat należy! Jeśli fajne tło do tego snajperskiego pojedynku dodaliby Jakub Świerczok z Piasta oraz Flavio Paixao z Lechii, to wyścig goleadorów mógłby być dodatkową ozdobą zimowo-wiosennej rywalizacji na krajowych boiskach. Czy będzie – oczywiście dopiero się przekonamy. Na razie najbardziej istotne informacje napłynęły ze spółki Ekstraklasa, która ma już zdeponowane trzy czwarte środków z tytułu kontraktu telewizyjnego. Obaj nadawcy posiadający prawa do naszej ligi – TVP i Canal + – troszcząc się o swój produkt bardzo odpowiedzialnie przelewają kolejne transze nawet przed umówionym terminem. Na pewno będzie więc za co dokończyć sezon. Jeśli oczywiście pandemia na to pozwoli.

Jak przedstawiają się kursy bukmacherskie na króla strzelców Ekstraklasy w sezonie 2020/2021 na chwilę przed startem rundy wiosennej? Faworytem bukmacherów wciąż jest napastnik Legii Warszawa, ale sprawdźmy, jak to wygląda dokładnie w Fortunie.

ZawodnikKurs
Tomáš Pekhart1.25
Mikael Ishak7.50
Jesús Jiménez20.00
Jesús Imaz25.00
Jakub Świerczok25.00
Flávio Paixão25.00
Jakov Puljić25.00
Vladislavs Gutkovskis75.00
Kursy sprawdzone 25.01.2021

Oby w klubowych kasach nie zabrakło także gotówki na letnie wzmocnienia, bo w przerwie świąteczno-noworocznej nie sypnęło spektakularnymi transferami. Delikatnie określając. Znaczące ruchy na rynku wykonywał dotąd głównie – za gotówkę z UEFA i Brighton za kartę Jakuba Modera – Lech. Czy jednak Jesper Karlström, Antonio Milić i Bartosz Salamon okażą się wzmocnieniami na miarę ligowego pudła w ekipie trenera Dariusza Żurawia, oczywiście okaże się na mecie sezonu. Wspomniane ruchy, zwłaszcza pozyskanie dwóch stoperów, wydają sensowne o tyle, że obok dwóch zamykających tabelę beniaminków i grającej nieuporządkowaną piłkę w eksperymencie szkoleniowym, który nazwiskiem firmuje Bogdan Zając Jagiellonii Kolejorz w ubiegłorocznej części rozgrywek stracił najwięcej goli. Jego defensywa była słabsza niż nawet u lokalnych rywali z Warty (a może tylko bardziej zmęczona). Co przełożyło się na aż 5 ligowych porażek. Jeśli zatem Lech chce gonić podium, a chce – i to nawet bardzo – musiał rozwiązać problem w defensywie.

Wyścig Lecha Poznań o podium

Wyniki zimowych sparingów sugerują, że sztuka się powiodła, bowiem zespół Żurawia stracił w czterech grach kontrolnych zaledwie jednego gola. Choć Ishak, który zresztą nabawił się jakiegoś urazu w meczu z Szachtarem Donieck, jeszcze nie zaimponował strzelecką formą, zespół z Bułgarskiej głównie wygrywał w tych towarzyskich potyczkach. Zatem? Mimo straty aż 11 (słownie: jedenastu) punktów do miejsca na podium poznaniacy nie są bez szans na odrobienie dystansu. Zwłaszcza jeśli będą grali taki futbol, jak w eliminacjach Ligi Europy, a nawet do półmetka fazy zasadniczej tych rozgrywek. I przestaną rozdawać punkty (czytaj: tracić gole) w doliczonym czasie, co zdarzyło się w spotkaniach zarówno z Legią jak i Rakowem przewodzącym rozgrywkom. Mimo że w obu tych spotkaniach Kolejorz był stroną mającą więcej z gry, a długimi momentami nawet zdecydowanie lepszą.

Szanse na zwycięstwo Lecha Poznań w lidze według bukmacherów

2%
98%
Postaw w STS z kursem 50.00

Ofensywny kręgosłup został w zespole Żurawia zachowany, przy szczelniejszej obronie i koncentracji do ostatniego gwizdka (a nie ostatniej minuty czasu podstawowego) można zatem realnie myśleć o pościgu za ścisłą czołówką. Ba, nawet na wspomnianych okolicznościach utraty pewnych – jak się wydawało punktów (a choćby w starciu z Wisłą Płock  Kolejorza także zabawili się świętego Mikołaja w końcówce) – można w Poznaniu budować optymizm. Nie będzie już męczących podróży na mecze w Lidze Europy, nie będzie frustracji po nich. Może natomiast być zabawa z rywalami taka, jaką obserwowaliśmy w kwalifikacjach LE. Oczywiście głównym i zdecydowanym faworytem do wywalczenia tytułu mistrzowskiego jest Legia. Rozgrywane w Dubaju mecze testowe mogły utwierdzić w przekonaniu, że doskonalona jest przez trenera Czesława Michniewicza gra oparta na wykorzystaniu warunków fizycznych Pekharta, ale o to nie ma sensu czynić z tego zarzutu szkoleniowcowi. 

Najważniejsze bowiem, że schemat się sprawdza, choć oczywiście w starciach z rozpędzonym – jak należy się spodziewać Lechem, czy świetnie taktycznie poukładanym Rakowem – obrońcy tytułu będą musieli pokazać większą różnorodność taktyczną. I zapewne zademonstrują inne rozwiązania, bo Michniewicz, wbrew obiegowej opinii, wcale nie jest specjalistą jedynie od parkowania autobusu przed własnym polem karnym i zabójczych kontrataków. Ma bogaty warsztat (i jeszcze zatrudnił specjalizującego się w doborze boiskowych strategii zagranicznego współpracownika). Ma także świadomość, że dla jego zespołu tytuł mistrzowski nie jest celem samym w sobie. A jedynie środkiem do celu. Dlatego najpierw, nawet najprostszymi metodami, musi wygrać ligę. I dopiero potem martwić się o wyćwiczenie schematów na europejskie kwalifikacje. Sytuacja wygląda zresztą tak, że każde inne rozstrzygnięcie w PKO Ekstraklasie niż końcowe zwycięstwo Legii byłoby nawet nie niespodzianką, tylko sensacją. Nawet bez spektakularnych  transferów – te tradycyjnie i niezmiennie są zapowiadane – stołeczny zespół ma obowiązek tę ligę wygrać. 

Legia, Raków, a może Pogoń? Kto mistrzem Polski?

Mimo liderowania po jesieni, naprawdę wiele elementów w grze Legii było do poprawy. Choćby skuteczność na własnym stadionie. Legia do tego momentu poniosła aż trzy porażki w rozgrywkach, i wszystkie przy Łazienkowskiej. Z 15 straconych goli, aż 13 dała sobie wbić w meczach u siebie. Nawet jeśli było ich o dwa więcej niż wyjazdowych, bo tak ułożył się kalendarz, jest to sytuacja niedopuszczalna. Z drugiej strony – w tym roku kalendarzowym aż 9 spotkań warszawianie będą mieli w delegacjach, a tam potrafią grać jak nikt inny w ESA. Na boiskach rywali wywalczyli 16 (z 29) punktów, 2 oczka zgubili jedynie w Szczecinie. i zanotowali bilans bramkowy +7 (u siebie +1). Należy zakładać, że większą wagę Michniewicz przywiązuje do statystyk z Ł3, bowiem z jego – szeroko rozumianego – otoczenia można usłyszeć, że na europejskie eliminacje chciałby (podobno) mieć innych, młodszych, wykonawców w… bramce i wśród stoperów. A przynajmniej wybór na tych pozycjach. 

Szanse na zwycięstwo Rakowa Częstochowa w lidze według bukmacherów

18%
82%
Postaw w LVBET z kursem 5.50

Pytanie zatem, czy modelowanie defensywy zacznie się już w zimowym okienku, czy na główną falę zmian w formacji obronnej przyjdzie kibicom poczekać do lata? Bo w realiach PKO Ekstraklasy Artur Boruc, Artur Jędrzejczyk i Igor Lewczuk to wciąż gwarancja wystarczającej jakości. Choć nie sposób nie zauważyć, że Pogoń dysponowała w drugiej połowie minionego roku znacznie szczelniejszym blokiem defensywnym od Legii. Dante Stipica puścił tylko 8 bramek, co musiało się przełożyć na punkty i wysokie miejsce w tabeli. Portowcy nie grają szczególnie efektownej piłki, ale jeśli zdołaliby utrzymać skuteczność w defensywie, trudno będzie zespół Kosty Runjaicia zepchnąć z podium. Wydaje się, że do pełni szczęścia w Szczecinie brakuje jedynie snajpera z prawdziwego zdarzenia. Podobna uwaga dotyczy zresztą wicelidera z Częstochowy, ale trener Marek Papszun nigdy takiego nie szukał. Przeciwnie, zawsze starał się tak dobierać taktykę, żeby trafienia rozkładały się na dużą liczbę zawodników. I wcale nie wymagał rekordów od środkowego napastnika. 

Zobaczmy więc, jak przedstawiają się kursy na mistrza Polski u legalnych polskich bukmacherów.

DrużynaNajwyższy kursBukmacher
Legia Warszawa1.37eWinner
Raków Częstochowa5.50LVBET, Noblebet
Pogoń Szczecin10.00STS, Fortuna, TOTALbet, LVBET, forBET, Betclic, Noblebet, Totolotek
Lech Poznań50.00STS, Fortuna, TOTALbet, LVBET, forBET, Betclic, Noblebet, Totolotek
Śląsk Wrocław60.00eWinner
Górnik Zabrze150.00STS, Fortuna, LVBET, forBET, Betclic, Noblebet, Totolotek
Zagłębie Lubin200.00eWinner
Jagiellonia Białystok250.00eWinner
Kursy sprawdzone 20.01.2021

W obecnym sezonie częstochowski kwintet w składzie: Vladislavs Gutkovskis, Ivan Lopez, David Tijanić, Petr Schwarz i Tomasz Cebula zdobył 21 z 27 bramek. A przecież warto jeszcze wspomnieć o Tomasie Petrasku (zdobywca 6 goli w poprzednich rozgrywkach), specjaliście od wykańczania stałych fragmentów, któremu uraz zabrał aż 6 meczów (i zatrzymał Czechowi licznik na 2 trafieniach) jesienią. Polegający na rozłożeniu akcentów okazał się kluczem do budowy najskuteczniejszej ofensywy w lidze. Jeśli do tego dołożymy najciekawsze rozwiązania stałych fragmentów w całej stawce, i największą biegłość taktyczną Papszuna, wyjdzie na to, że tylko kataklizm mógłby pozbawić medalu systematycznie rosnący w siłę Raków. Zatem poważnych kandydatów do medali jest o jednego więcej niż miejsc na podium. A nie przekreślałbym jeszcze szans Cracovii. Trzeba bowiem pamiętać, że zespół Pasów na starcie rozgrywek ligowych dotknęły aż dwie przykrości. Mianowicie – odjęcie pięciu punktów za dawne grzechy korupcyjne oraz pucharowy pocałunek śmierci. 

Przytoczony wyżej termin jest autorstwa trenera Michała Probierza, który energię tracił dodatkowo – jako wiceprezes klubu – na nieudane pertraktacje. Najpierw z Januszem Golem w sprawie pandemicznego obniżenia poborów, a następnie z Mateuszem Wdowiakiem w kwestii przedłużenia kontraktu. Zapewne obie negocjacyjne porażki ambitny szkoleniowiec mocno przeżył, ale jest także pewien plus zaistniałej sytuacji. Złe emocje Probierz ma już za sobą, na pewno zdążył je odreagować. Będzie więc mógł skupić się wyłącznie na prowadzeniu zespołu. A przecież już jesienią, przynajmniej statystycznie, Cracovia prezentowała się co najmniej przyzwoicie. Przegrała zaledwie trzy razy, czyli identycznie jak Legia. Lepsze w tej specjalności okazały się jedynie Pogoń i Raków. I bez odjęcia 5 karnych punktów – Pasy byłyby teraz na 7. miejscu w tabeli. Cracovia jest liderem ligi pod względem remisów. Taki rezultat uzyskiwała sześciokrotnie, zatem zdecydowanie za często gubiła w ten sposób punkty, w tym nawet z najsłabszym w minionym roku w całej stawce Podbeskidziem. 

Dlatego należy zakładać, że teraz będzie bardziej bezkompromisowa. A także i to, że Probierz wyciągnie wnioski z drugiej części poprzedniego sezonu, gdy poszukujące tożsamości Pasy – nie tylko w środku pola po odsunięciu Gola – rozpędziły się tak naprawdę dopiero w finale Pucharu Polski. Bo to doświadczony i bardzo dobry – w naszych ligowych realiach – szkoleniowiec. Nawet jeśli nie na tyle charyzmatyczny – w ocenie prezesa Zbigniewa Bońka – żeby w tym momencie pretendować do funkcji selekcjonera reprezentacji Polski. Oczywiście, należy pamiętać, iż strata Pasów do podium jest większa niż Lecha, a nikt po zespole z Krakowa nie ma prawa spodziewać się, iż będzie kolejnych rywali – jak słusznie oczekuje się po Kolejorzu – rozjeżdżał niczym walec. O ile rezerwowanie dla Pasów roli czarnego konia jest odważne, o tyle role na dole tabeli role wydają się z góry rozdzielone. Bo to tercet beniaminków powinien spomiędzy siebie wyłonić jedynego spadkowicza. 

Kandydatów do spadku jest kilku

Podbeskidzie, które zaskoczyło – negatywnie – grudniowym wyborem nowego trenera, zdecydowanie „przewodzi” stawce zespołów pretendujących do powrotu do pierwszej ligi. Nie wolno jednak zapominać, że Warta – która jesienią jechała może nie na picu, ale na pewno na dużej dozie fantazji – także może nie wytrzymać trudów ligowego wyścigu. A sporą niewiadomą stanowi również Wisła z Krakowa, w której nie wszyscy zawodnicy wytrzymali natężenia treningowe narzucone przez Petera Hyballę. Pojawiło się także całkiem nowe pytanie dotyczące Białej Gwiazdy – jak daleko od zespołu będzie trzymał się pozbawiony obowiązków w reprezentacji Polski Jerzy Brzęczek, czyli wujek wszechwładnego Kuby Błaszczykowskiego. Wprawdzie drużyny raczej nie przejmie, ale będzie miał dużo wolnego czasu,  i zapewne będzie dzielił się spostrzeżeniami z kuzynem. Jak na tym wyjdzie Wisła? Akurat w Krakowie raczej nie będą narzekać na rozszerzenie ligi od nowego sezonu (do 18 zespołów), ale patrząc na mizerię tegorocznych beniaminków można dostrzec, że to przepis na stworzenie ligi dwóch prędkości. 

Czyli bardziej przewidywalnej. To jednak temat na inne opowiadanie.  Teraz emocji powinno być jeszcze w bród. A niespodzianek – niewiele mniej. Czy sezon zakończymy z Legią, Rakowem i Lechem na podium, i Podbeskidziem na miejscu spadkowym? Sporo na to wskazuje, ale gwarancji, że tak właśnie będzie nie da nikt. Żadnych. I nawet dobrze się składa. Bo właśnie na nieprzewidywalności polega główna wartość tej 30. ligi w Europie. Ligi, z której najzdolniejsi zawodnicy wyjeżdżają w sumie za drobne. Znajomy menedżer, który miał mieć wgląd w „papiery” w Brighton zaklina się, że Moder i Michał Karbownik rzeczywiście wyjechali za 10 milionów euro (a nawet nieco ponad) do Premier League. Tyle że nie za każdego z nich (jak byśmy sobie życzyli), ale w sumie za obu takie środki miał przelać księgowy angielskiego klubu. Reszta środków (z sum dumnie ogłoszonych przez działaczy Lecha i Legii) ma – ewentualnie – trafić w formie bonusów…

Na przykładzie kursów u bukmachera STS zobaczmy, kto typowany jest do spadku z Ekstraklasy w sezonie 2020/2021.

ZespółKurs
Podbeskidzie Bielsko-Biała2.25
Warta Poznań4.00
Stal Mielec6.00
Wisła Płock20.00
Wisła Kraków25.00
Piast Gliwice50.00
Cracovia 50.00
Kursy zaktualizowane 25.01.2021

Zobacz, jak typowaliśmy przed sezonem

Jeśli popatrzymy na czołówkę – tę szeroką, 8-zespołową, występującą w grupie mistrzowskiej – to między sezonem 2018-19 i ostatnim nastąpiła tylko jedna zmiana. A i to w obrębie jednego regionu, bowiem Śląsk Wrocław wskoczył w miejsce zwolnione przez Zagłębie Lubin. Przetasowania na poszczególnych miejscach w tabeli oczywiście były, ale korekta nastąpiła w kierunkach, które można było – choćby z uwagi na posiadane przez kluby budżety – zakładać. Najbogatsza Legia wróciła na pierwsze miejsce, drugi pod względem zamożności Lech został wicemistrzem, a Piast utrzymał miejsce na podium. Jak wiadomo, z tej trójki na tę chwilę w górnych regionach tabeli znajduje się tylko Legia, która jest wiceliderem PKO BP Ekstraklasy. Dużo gorzej wygląda sytuacja Lecha oraz Piasta. “Kolejorz” występy w naszej lidze musi godzić z europejskimi pucharami, z którymi zapewne niebawem się niestety pożegna, a wtedy podopieczni Dariusza Żurawia znów będą poświęcać się w pełni rozgrywkom ligowym i prawdopodobnie wrócą do ścisłej czołówki. Piast zaliczył fatalny początek sezonu i wiele wskazuje na to, że zadowolić się będzie musiał z miejsca w środku tabeli, ale większość pozostałych zespołów z tej szerokiej czołówki z Legią na czele wciąż realnie liczy się w walce o czołowe miejsca i wygląda na to, że wreszcie – po latach błędów i wypaczeń – jest szansa, że w Ekstraklasie zacznie obowiązywać (przynajmniej jako taka) stabilizacja.

Ekstraklasa 2020/21 kursy na zwycięzcę

Za nami około 1/3 sezonu i już teraz można powiedzieć, że w tabeli jest trochę niespodzianek, ale kilka drużyn również potwierdziło swoją przynależność do czołówki ligowej. Na pewno na tym etapie sezonu tabelą nie można się w stu procentach sugerować, a np. Lech Poznań wciąż ma ogromne szansę na walkę o najwyższe cele, zwłaszcza, że prawdopodobnie pożegna się Ligą Europy. Legalni polscy bukmacherzy stale aktualizują kursy i po jedenastu kolejkach, tak prezentują się te najkorzystniejsze dla czołowych drużyn.

Siedmiu wspaniałych. Ponad 1000 dni Probierza i Fornalika

Pierwszym i najbardziej widocznym symptomem owej stabilizacji jest pozycja szkoleniowców w poszczególnych klubach. W siedmiu najwyżej notowanych klubach ostatnich rozgrywek tylko jeden wymieniał niedawno szkoleniowca.Legia, bo o niej mowa rozstała się z Aleksandrem Vukoviciem, a w jego miejsce zatrudniła weterana polskiej sceny trenerskiej – Czesława Michniewicza. Pozostałe – są zadowolone z wyborów dokonanych znacznie wcześniej. Kadencje Michała Probierza i Waldemara Fornalika biegną od lata 2017 roku. Pierwszy sezon zarówno Cracovia, jak i Piast kończyły w grupie spadkowej, ale w dwóch kolejnych gliwiczanie uplasowali się na podium, zaś zespół z ulicy Kałuży także dwukrotnie zakwalifikował się do europejskich rozgrywek; najpierw dzięki 4. pozycji w lidze, a teraz po wywalczeniu Pucharu Polski.

Typy Adama Godlewskiego - Ekstraklasa
Typy na sezon 2020/2021 według Adama Godlewskiego (sierpień 2020)

Tylko kilka miesięcy krócej w Pogoni Szczecin pracuje Kosta Runjaić – od 6 listopada 2017. Co prawda nie może pochwalić się awansem do międzynarodowych rozgrywek, ale także ustabilizował Portowców na poziomie grupy mistrzowskiej. Pół roku po Niemcu z chorwackimi korzeniami angaż w klubie, w którym większościowym udziałowcem jest inny obywatel Bundesrepubliki Franz Josef Wernze – czyli w Lechii Gdańsk – dostał Piotr Stokowiec. Na dzień dobry niemal do końca bronił się (jak Fornalik z Piastem) przed spadkiem. Już jednak dwa kolejne sezony to miejsce ma podium i tuż za podium, a także dwa finały Pucharu Polski (pierwszy zwycięski). Do tego trzeba dodać, że bardzo podobną drogę – od 3 stycznia 2019 przebył – Vitezslav Lavicka ze Śląskiem Wrocław. Czech zaczynał od 14. pozycji z punktem przewagi nad strefą spadkową, i – jak dotąd – dotarł do 5. lokaty w minionym sezonie (czwartą stracił na rzecz Lechii w ostatniej kolejce, w bezpośrednim starciu).

Kandydat na selekcjonera spod Jasnej Góry. I nowa siła w ESA

Wychodzi zatem na to, że siedmiu wspaniałych mamy już w komplecie. I jeśli ktokolwiek wmieszałby się w ich rozgrywkę o miejsca pucharowe, trzeba by to uznać co najmniej za niespodziankę. Bo Jagiellonia nagle w połowie roku zmieniła zarówno priorytety, jak i konie w zaprzęgu. Zwolniła dotychczasowego szkoleniowca (który zresztą nie popracował w Białymstoku zbyt długo) i postawiła na trenerski eksperyment z Bogdanem Zającem. Wisła Kraków jest natomiast w dalszym ciągu targana problemami organizacyjnymi i finansowymi; ostatnie publiczne pranie brudów pokazało też, iż jest wewnętrznie niespójna. A była – wręcz skłócona. Zagłębie Lubin porzuciło dotychczasową tożsamość, oddaliło od promowania wychowanków własnej akademii i zrezygnowało z zatrudniania dyrektora sportowego z prawdziwego zdarzenia. I teraz próbuje ratować sytuację przepłacając pensje zawodników sprowadzanych z zewnątrz. O Jakuba Żubrowskiego biło się na przykład z Wisłą Płock, która była w stanie zaproponować 28-latkowi pensję na poziomie 40 tysięcy. U Miedziowych piłkarz miał dostać ponad 50 procent więcej. Czy taki wydatek okaże się uzasadniony – oczywiście dopiero się przekonamy, choć Zagłębiu trzeba przyznać, że pierwsze jedenaście kolejek naprawdę mu wyszło i podopieczni Martina Seveli obok Rakowa Częstochowa są jedną z rewelacji rozgrywek. Górnik Zabrze pozbył się gwiazd, z którymi błysnął na ligowym firmamencie przed dwoma laty tuż po powrocie do elity, i zaliczył zjazd do grupy spadkowej. Zabrzanie jednak przeżywają w trwającym sezonie ligowym prawdziwy rekonesans formy i są, oczywiście póki co, na najniższym stopniu. Pozostaje jeszcze Raków, czyli najstabilniej rozwijający się zespół w Polsce, w którym wszystko funkcjonuje, jak należy, a każdy trybik jest odpowiednio ze sobą zgrany . W Częstochowie klub budują tak zwane „nowe ludzie”, jak mawia mój znajomy, który działał w kadrze Orłów Górskiego w pierwszej połowie lat 70-tych poprzedniego stulecia. Robią to jednak z głową; a przede wszystkim z Markiem Papszunem na ławce, którego już dziś można wskazywać jako jednego z kandydatów na kolejnego (lub następnego) selekcjonera reprezentacji Polski. Ten szkoleniowiec pracuje pod Jasną Górą od 18 kwietnia 2016 roku i nieustannie znajduje się wraz z klubem na fali wznoszącej. Po jedenastu kolejach sezonu 2020/2021 częstochowianie zrobili kolejny, teraz już naprawdę poważny krok i z 24 punktami są liderem PKO BP Ekstraklasy, a znając Papszuna i jego piłkarzy, to ostatniego słowa z pewnością jeszcze nie powiedzieli…

Legia ucieka całej stawce. I może przegrać tylko… z sobą

Faworyt do tytułu mistrzowskiego jest jeden. To oczywiście Legia Warszawa. Kiedy rozmawiałem z Markiem Jóźwiakiem, który na przełomie poprzedniej dekady był dyrektorem sportowym przy Łazienkowskiej – a później pracował w Lechii Gdańsk i Wiśle Płock – ocenił bez ogródek, że warunki, które miał w stolicy czyniły z Legii (w porównaniu z krajową konkurencją) hegemona na miarę Realu Madryt. A przecież od tamtego momentu klub z Ł3 rozwinął się bardziej niż jakikolwiek inny pod naszą szerokością i jeszcze bardziej, pod względami organizacyjnymi i marketingowymi wysforował się przed całą stawkę.

Szanse na zwycięstwo Legii Warszawa w lidze według bukmacherów

73%
27%
Postaw w eWinner z kursem 1.37

Z kolei właściciel klubu Dariusz Mioduski nauczył się – wraz z pracownikami z pionu sportowego – zyskownie sprzedawać zawodników; nawet w kierunku zachodnim. A także pozyskiwać dobrze znanych – Polaków, ewentualnie sprawdzonych w PKO Ekstraklasie obcokrajowców. Artur Boruc jest bardzo znaczącym letnim wzmocnieniem bramki. Imponuje również nowy prawy obrońca, Josip Juranović – który skutecznie zastępuje wracającego do zdrowia Marko Vesovicia. Do Legii przyszli oczywiście jeszcze tacy gracze, jak Rafael Lopes, Bartosz Kapustka, czy Joel Valencia, ale ci zawodnicy, póki co nie pokazali jeszcze pełni swojego potencjału. Zawodzi szczególnie Valencia, którzy przecież jeszcze niedawno zostawał najlepszym piłkarzem na naszym podwórku. Wszystkie te wzmocnienia były oczywiście konieczne, szczególnie po odejściu Radosława Majeckiego i pladze kontuzji, która w zeszłym sezonie dopadła Mistrzów Polski. Niestety wiemy, jak znowu skończyła się przygoda Legii w Europie, ale “Wojskowi” cały czas pozostają wielkim faworytem do zgarnięcia wszystkiego w krajowych rozgrywkach.

Oczywiście, budżet Legii został zbudowany w oparciu o kwoty, które UEFA płaci za awans do fazy grupowej Ligi Europy, więc brak stołecznego zespołu na tym etapie międzynarodowych rozgrywek oznacza tąpnięcie finansowe w klubie. Tyle że Mioduski zabezpieczył się na taką ewentualność i sprzedał za kilka milionów do Brighton – Michała Karbownika.

Patrząc na finanse, organizacje oraz możliwości personalne, to każde inne miejsce niż pierwsze w końcowej tabeli dla Legii byłoby zarówno sromotną porażką, jak i ogromną sensacją. Stołeczni oczywiście w swoim stylu musieli zupełnie zawalić początek sezonu, czego pokłosiem było zwolnienie Aleksandra Vukovicia i zatrudnienie Czesława Michniewicza, ale od jakiegoś czasu Legia w końcu wygląda, tak jak powinna i w zasadzie według wszystkich ludzi z piłkarskiego światka jest murowanym faworytem do, sięgnięcia po tytuł. Mistrz Polski ma wreszcie funkcjonalne zaplecze treningowe, rozwija projekt Legia LAB, więc powinien ewoluować w kierunku polskiego Bayernu Monachium. A przynajmniej stworzone zostały ku temu warunki. Nawet jeśli stołeczny klub musi posiłkować się kredytami, których Bawarczycy – jak powszechnie wiadomo – od dawna zaciągać nie zwykli…

Lech wrócił do domu. Czy wskoczy na podium?

Drugą siłą był i powinien pozostać Lech. Kolejorz w sezonie 2018-19 nie zakwalifikował się do europejskich pucharów – był nawet najgorszy w górnej ósemce ESA – ale rok 2020 to dla poznaniaków powrót – z dalekiej podróży – do domu. W rundzie finałowej ESA 37, kiedy odstąpiono od niezrozumiałego eksperymentu z Karlo Muharem, zespół z Bułgarskiej grał prawdopodobnie najlepszą piłkę w Polsce. Jakub Moder i Jakub Kamiński wnieśli powiew nie tylko świeżości, ale i jakości, a ten pierwszy zimą zasili szeregi klubu z Premier League. Zaś pozostali wychowankowie klubowej akademii trzymali wysoki w krajowych realiach poziom. Po prawdzie, Kolejorz niezasłużenie odpadł w półfinale Pucharu Polski z Lechią Gdańsk; zabrakło wyrachowania, chłodnych głów i odporności w serii rzutów karnych. Czas powinien jednak działać na korzyść zarówno młodego zespołu Lecha jak i trenera Dariusza Żurawia.

Nie ma już co prawda w Wielkopolsce Christiana Gytkjaera, ale na zastępstwo z Norymbergii sprowadzono Mikaela Ishaka, który od początku udowadnia, jak wysokiej klasy jest snajperem. A najważniejsza informacja jest w ogóle taka, że kontrakt przy Bułgarskiej przedłużył Pedro Tiba. Portugalczyk to przecież mózg i oś zespołu, wokół której operują gwiazdki pokroju Daniego Ramireza. Swoją drogą, Hiszpan już sporo wniósł do zespołu Kolejorza i kolejna udana runda na pewno sprawi, że jego pewność siebie pójdzie jeszcze bardziej w górę. Siłą poznaniaków był odpowiedni balans w zespole, zdobyli – identycznie jak Legia – dwa razy więcej goli niż stracili. Zespołowi z Poznania żadnego problemu nie sprawiła też kontuzja Mickey’a van der Harta, którego skutecznie zastępuje Filip Bednarek. Poznaniacy są niejako ofiarą swojego sukcesu. Widać, że ten młody zespół ma ogromny problem z łączeniem gry w Lidze Europy z ligową piłką i na Lecha, który i tak zarobił już bardzo duże pieniądze na udziale w LE, odpadnięcie z tych prestiżowych rozgrywek może podziałać paradoksalnie lepiej niż dalsze w nich uczestniczenie. Dlatego, pomimo odległego miejsca “Kolejorza” w tabeli, nadal trzeba liczyć go, jako jednego z faworytów do tytułu, co z resztą widać po kursach bukmacherskich. Pedro Tiba i jego koledzy mają w swoich szeregach furę talentu i nawet odejście do Anglii Modera nie powinno przeszkodzić Lechowi we włączeniu się do walki o najwyższe cele w Ekstraklasie.

Czy Piast zdoła odeprzeć atak Cracovii? Pasy już po turbulencjach

Na Lechu pewniaki do podium w PKO Ekstraklasie się kończą. Zaczyna się natomiast licząca 5 zespołów grupa pościgowa, w której największymi gwiazdami są szkoleniowcy. Charyzma, wiedza, ale też i wyczucie Fornalika, Probierza czy Stokowca wielokrotnie miało decydujące znaczenie w ostatnich latach przy ogólnym rozrachunku. I tak pewnie będzie się działo w dalszym ciągu. Nawet, jeśli równowaga sił nie zostanie zachowana. Tyle że znaczącą rolę przy podobnym poziomie odgrywają finanse, a wszystko wskazuje, że na najwięcej stać dziś Cracovię.

OK, Fornalik zarobił dla Piasta w dwóch minionych sezonach naprawdę duże pieniądze, ale w Gliwicach nie ma tradycji… szastania gotówką. Waldek King podążając wielokrotnie wydeptaną ścieżką sięgnął po Patryka Lipskiego i Michała Żyrę – a zatem graczy kilka lat temu uznawanych za wielkie talenty, ale jednocześnie takich, których dziś trzeba odbudowywać. Pewnie, trudno o lepsze do tego miejsce niż w bezpośredniej bliskości Fornalika, ale nawet u tak tęgiego fachowca jakiś czas będzie musiało to potrwać. W Piaście brakuje Jorge Felixa, nie ma Toma Hateleya, Piotra Parzyszka. Znów Fornalik po dobrym sezonie traci swój cały trzon i musi budować drużynę od nowa. Niestety byłemu selekcjonerowi reprezentacji Polski nie idzie to najlepiej, ale chyba nie można się dziwić, że trener Piasta potrzebuje więcej czasu na wykreowanie nowej tożsamości drużyny niż dwa czy trzy miesiące. Jeden rozbiór Piasta Fornalik już przeżył i znając jego olbrzymią klasę, to przeżyje też drugi, a jak będzie trzeba, to i następny. Ostatnie mecze w wykonaniu Piasta wyglądają już zdecydowanie lepiej. Zwycięstwo z mocnymi Górnikiem Zabrze, Lechią Gdańsk czy remis z Legią przy Ł3 pokazują, że gliwiczanie wracają do swojej dobrej gry, a wciąż czekamy jeszcze na pełne strzeleckie przebudzenie Jakuba Świerczoka.

Tymczasem Cracovia przebudowę ma już za sobą. A nawet więcej, gdyż w okresie lockdownu przeszła także przesilenie w szatni, po którym z Pasami pożegnał się Janusz Gol. Swoją drogą, jeśli prawdą jest, że były kapitan miał przy Kałuży gażę w wysokości 100 tysięcy złotych miesięcznie, to – gdyby został – i tak w rundzie jesiennej nie byłbym najlepiej opłacanym piłkarzem. Trener i wiceprezes Probierz wyżej ocenił bowiem umiejętności pozyskanego z Osnabrueck Niemca z hiszpańskim paszportem (podobno temperamentem na boisku oraz wizją gry także) – Marcosa Alvareza. 29-letni środkowy napastnik może podobno liczyć pod Wawelem na 30 tysięcy euro netto pensji. A to dowodziło niedwuznacznie, że pracodawcy oczekiwali, iż wprowadzi Cracovię na wyższy niż dotychczas prezentowała poziom. Co w zestawieniu ze sprowadzeniem Rivaldinho i wydłubaniu rodzynek ze zdegradowanej Korony miało dać ciekawy efekt. Rzeczywistość przyniosła jednak Cracovii inny scenariusz. Alvarez i Rivaldinho strzelili w jedenastu meczach po bramce i na pewno na tę chwilę są absolutnymi niewypałami transferowymi i również przez ich słabą grę krakowianie zajmują odległe jedenaste miejsce w tabeli. Na szczęście dla 5-krotnych Mistrzów Polski mają w szatni Michała Probierza, który jak nikt inny potrafi sprzątać bałagan w szatni i na boisku.

Lechia z długami, Śląsk z rysami, w Pogoni za sponsorem. Problemy

Kto jeszcze może włączyć się do walki o podium? Lechia – mimo bardzo wysokiej pozycji Stokowca w rankingu trenerów – ma długi, których nie udało się zasypać po finale Pucharu Polski. 6,15 miliona złotych, które było do podniesienia (łącznie od PZPN i ESA) z boiska w Lublinie trafiło na konto bogatej Cracovii. Zatem problemy finansowe w Gdańsku będą dawały o sobie znać. Już zresztą skutkowały tym, że po poprzednim sezonie bus z piłkarzami tradycyjnie odjechał spod Energa Areny, ale drugi – z nowymi zawodnikami nie znalazł drogi. Zaś na przywiezienie Bartosza Kopacza wystarczyła taksówka. Mimo tych kłopotów Lechia gra całkiem solidnie. Legendarny Flavio Paixao otoczony przyzwoitymi piłkarzami i bardzo dobrym trenerem wciąż trzyma ekipę z nad morza w czołówce tabeli. Raz gdańszczanie są bliżej top 3, a raz dalej, bo z ustabilizowaniem formy mają problemy, ale patrząc na brak letnich wzmocnień, Lechię raczej trzeba chwalić niż krytykować.

Z kolei w Śląsku uwidoczniły się pewne rysy we współpracy trenera Lavicki z pionem sportowym zbudowanym przez prezesa Piotra Waśniewskiego. Czeski szkoleniowiec posądzany jest o nadmierny konserwatyzm i zbytnie przywiązywanie się do nazwisk. A także – niezrozumienie polskiej specyfiki, co skutkowało na przykład odpadnięciem z poprzedniej edycji Pucharu Polski po porażce z drugoligowym (wówczas) Widzewem Łódź. O ile zatem nie nastąpi dotarcie w relacjach – o dalszy progres we Wrocławiu może być trudno.

Natomiast w Szczecinie kluczowe pytanie brzmi: czy projekt Pogoń na podium, nie załamie się po wycofaniu tak prężnego sponsora jakim były Azoty. Długo wydawało się, że Portowcy wzmocnieni mającym polskie korzenie Alexandrem Gorgonem (swoją drogą to już wyraźnie zarysowany trend po sprowadzeniu Tomasa Podstawskiego i Pawła Cibickiego) – i przy wsparciu Michała Kucharczyka – będą mogli skutecznie bić się o podium. W pewnym momencie (zaskakującym dla zarządu klubu) koncern chemiczny z Polic ogłosił jednak, że stracił już cierpliwość w oczekiwaniu na laury. I wycofał się z Pogoni, co skutkuje zmniejszeniem rocznego budżetu o co najmniej 5 milionów złotych. A że wspomniana kwota stanowi kilkanaście procent planowanych przychodów, trudno stawiać, że zespół ze Szczecina w takich okolicznościach wreszcie wykona skok na podium. Choć z góry przekreślać postępu mimo zmniejszonych możliwości finansowych też oczywiście nie sposób. Narazie Pogoń, podobnie jak Lechia i Śląsk trzyma się blisko czołówki i walczy ze swoimi problemami.

U nas można utrzymać się wbrew logice. Choć Korona spadła…

Typowanie spadkowicza w polskich realiach nie jest, a w każdym razie w kilku poprzednich sezonach nie było, łatwe. Za każdym razem większość ekspertów widząc nieporadność i brak profesjonalizmu właścicieli i zarządców Korony w pierwszej kolejności typowała właśnie kielczan jako murowanego kandydata do degradacji. Złocisto-krwiści za nic mieli jednak te przepowiednie. I jakby na złość, a na pewno na przekór zdrowemu rozsądkowi utrzymywali się wśród najlepszych. Dopiero w minionych rozgrywkach spadli z hukiem; a przy okazji wyszło na jaw, że prowizorka w klubie była tak wielka, że gdyby dotychczasowy właściciel chciał zatrzymać akcje sportowej spółki, to ta już (raczej) by się nie podniosła.

Negatywnie zweryfikowana została także Arka, która również funkcjonowała na wariackich papierach. Tyle że to wyjątki potwierdzające zupełnie inną regułę. Taką mianowicie, iż to beniaminkowie coraz mniej pasują do standardów ekstraklasy. Jeśli weźmiemy pod uwagę trzy ostatnie sezony, wyjdzie, że spośród 6 zespołów, które awansowały w omawianym okresie, aż 4 – czyli 67 procent – już po roku wróciły do pierwszej ligi. Został tylko Górnik Zabrze, którego trudno traktować, jak każdego innego beniaminka, bo nie dość, że to jeden z najbardziej utytułowanych polskich klubów, to jeszcze kiedy w ostatnich latach zdarzało mu się zaznać degradacji dosłownie za chwilę wracał tam, gdzie jego miejsce. No i Raków w poprzednim sezonie. A zatem klub, dla którego awans do ekstraklasy również nie był nowością. I jednocześnie twór podążający własną ścieżką, z rozsądnymi i majętnymi właścicielami, którzy sukces w biznesie umieli – co jest niezwykle rzadkie w naszych okolicznościach przyrody – przełożyć na sukces w futbolu.

A skoro tak trudno w ostatnich latach beniaminkom przystosować się do ekstraklasowych realiów, to najmniej szans na pozostanie w elicie należy przyznać właśnie zespołom, które wróciły po długiej – bądź baaardzooo długiej – nieobecności do najwyższej klasy rozgrywkowej. Pierwszoligowa kwarantanna Podbeskidzia Bielsko-Biała trwała cztery lata. Stal Mielec, dwukrotny mistrz Polski, na najwyższym krajowym szczeblu była nieobecna 24 lata. Natomiast Warta Poznań – także dwukrotny krajowy czempion, który w sumie aż 14-krotnie stawał na ligowym podium (tyle że ostatnio 73 lata temu) – po raz ostatni była w elicie przed równo ćwierć wiekiem. Układ sił wygląda więc tak, że byłoby wielką niespodzianką – ba, wręcz sensacją, której nie sposób sobie wyobrazić – gdyby tegoroczni beniaminkowie jedynego (jak zakłada regulamin sezonu 2020-21) spadkowicza nie wyłonili spośród siebie. Bo na dziś wydaje się to wręcz niemożliwe.

Biednemu zawsze wiatr w oczy. Warta czerwoną latarnią?

Najsłabsza w tym gronie, najbardziej uboga – a na dodatek rozgrywająca domowe mecze w Grodzisku Wielkopolskim – jest Warta, która o prawo gry w Ekstraklasie musiała dogrywać się w barażach; najpierw z Bruk-Betem Termalicą Nieciecza, a potem z Radomiakiem. Miała zatem nie tylko najdłuższą drogę do najwyższej ligi, ale też i najkrótszą przerwę między rozgrywkami. Zatem biednemu – w kuluarach spekuluje się, że poznaniacy będą w stanie zbudować budżet na poziomie zaledwie 12 milionów złotych – wiatr jak zwykle wieje w oczy. Najbardziej znaczącym transferem warciarzy jest pozyskanie wicekróla strzelców Fortuna. 1 ligi – Mateusza Kuzimskiego ze zdegradowanej z tej klasy Chojniczanki. W sporcie z ogłaszaniem spadkowiczów, podobnie zresztą jak z wręczeniem medali za miejsca na podium, należy poczekać do ostatniej kolejki. Zwłaszcza w polskiej Ekstraklasie, w której Korona była w stanie utrzymywać się wbrew logicznym przesłankom. Na pewno olbrzymie słowa uznania należą się Warcie za trzeźwe ocenienie potencjału drużyny. Łukasz Trałka i jego koledzy skupiają się przede wszystkim na tym, aby rywal nie strzelił im gola i ta taktyka przynosi, póki co efekty. Wszyscy w tej części Poznania wiedzą, że nie mają zawodników, którzy gwarantowaliby piękną dla oka piłkę, a przecież najważniejsze w futbolu na koniec i tak są punkty. Po 1/3 sezonu Warta ma jedną z lepszych defensyw w lidze, zajmuje dziesiątą lokatę i oczywiście do utrzymania jej jeszcze daleko, ale na pewno ta przygoda z Ekstraklasą, nawet jeśli zakończy się niepowodzeniem będzie dla fanów Warty czymś bardzo pozytywnym.

Przeglądając tę stronę akceptujesz politykę cookies oraz regulamin strony więcej informacji

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close