Djoković bez dystansu, Boniek niczym… Janas, Kulesza z honorem

O odpowiedzialności w czasach zarazy, niewpie… się i drogich sikorach

Novak Djoković to jeden z największych sportowców wszech czasów. Gość, który przed pandemią COVID-19 aż przez 279 tygodni otwierał ranking najlepszych tenisistów świata na trwałe zapisał się w historii, i to nie tylko ATP. A przy tym wydawał się niezwykle zdystansowanym i – generalnie – kumatym gościem. Sympatię rodaków, ale też bardzo wielu kibiców ze wszystkich innych stron świata zyskiwał również dzięki oryginalnemu poczuciu humoru. Sposób, w jaki parodiował Marię Szarapową, Rafaela Nadala czy Rogera Federara wzbudzał salwy śmiechu, ale nie wywoływał obrazy u kolegów z tenisowego światka. A to oznacza, że szydera była robiona ze smakiem. Tymczasem to właśnie powszechnie szanowany i lubiany Serb, notabene aktualny lider klasyfikacji ATP, jest bliski zabicia sezonu 2020 na zawodowych kortach. Niby intencje miał dobre, chciał przecież dać ludziom trochę rozrywki – a kilku kolegom możliwość zarobienia „paru groszy” – i właśnie dlatego zorganizował pokazowy turniej Adria Tour z pierwszą odsłoną w Belgradzie. Drugiej, w Zadarze, już nie udało się dokończyć, bo okazało się, iż pokazujący się nie tylko na kortach, ale i w modnych nocnych klubach Nole i jego żona, ale także inni zawodnicy – Grigor Dimitrow, Borna Corić czy Viktor Troicki – złapali koronawirusa.

Djokowic - felieton

Wyszło na to, że niepoprawny luz, poczucie humoru i chłodny dystans do surowych regulacji (a po prawdzie – zupełne ich lekceważenie), które zapowiadali na przykład organizatorzy US Open (i co z góry kontestował Djoković), to w czasach obecnej zarazy bardzo, ale to bardzo niewłaściwe zachowanie. W cenie jest poważne podejście i poczucie odpowiedzialności – za siebie oraz innych. A przede wszystkim dystans, tyle że społeczny. Kilku czołowych i majętnych tenisistów pobawiło się, czego oczywiście nikt im już nie odbierze. Tyle że zrobili to mocno utrudniając (być może nawet uniemożliwiając) zarobkowanie setkom, czy wręcz tysiącom znacznie gorzej sytuowanych kumpli po fachu, dla których wyjście na kort jest niezbędne, aby opłacić trenerów oraz fizjoterapeutów. I w ogóle – podstawowe rachunki. W tym przypadku Djokoviciowi, którego wcześniej wręcz nie sposób było nie podziwiać, zabrakło zarówno wyobraźni, jak i pokory. Niby wielkiej krzywdy sobie nie zrobił, bo choroba w przypadku jego świetnie wytrenowanego organizmu, ma przebieg bezobjawowy. Nie da się jednak ukryć, że Serb wystawił na szwank może nie cały dotychczasowy dorobek – bo tytułów wielkoszlemowych ten incydent nie przekreśli – ale image, na który długo i konsekwentnie pracował, na tym pokazie brawury, arogancji czy wręcz głupoty ucierpiał. I to w sposób niepowetowany.

Skądinąd wiadomo, że i piekło jest wybrukowane dobrymi chęciami. Tymczasem niefrasobliwość Novaka pokazała jak blisko jest od nonszalancji do kłopotów, które dla bardzo wielu – zwłaszcza starszych – osób okazały się w ostatnim czasie śmiertelne. Cóż, nie pierwszy to przypadek, kiedy klasa sportowa miała nie po drodze ze zdrowym rozsądkiem. A przecież o tym, że można żyć, pracować i rywalizować w zgodzie z reżimem sanitarnym przekonali choćby piłkarze Bundesligi, którzy zważając na zaordynowane środki ostrożności szczęśliwie dokończyli sezon. Ba, okazało się, że takiemu niedościgłemu profesjonaliście, jakim jeszcze do niedawna wydawał się Djoković – od którego pomysł na dietę bezglutenową zapożyczył między innymi świeżo kreowany król strzelców niemieckich rozgrywek, Robert Lewandowski – za wzór można stawiać nawet piłkarzy… polskiej ekstraklasy. Przez złośliwych, ale też i nie bez racji zwanej ekstraklapą. Takich dożyliśmy czasów…

**

Bez wielkiego echa przeszła czwartkowa uchwała zarządu PZPN o przesunięciu daty wyborów prezesa na 18 sierpnia 2021 roku. Tymczasem powinien być to news dnia, a w ślad za nim należałoby się spodziewać dociekania, dlaczego – skoro niektórzy wojewódzcy baronowie zamierzają lokalne elekcje przeprowadzić w najbliższych tygodniach – nie ostał się termin tegoroczny, ale… Powiedzmy, że czasy są niestandardowe, a piłkarska federacja na tyle mocna, że nie opłaca się stawiać trudnych pytań. Zresztą – skoro ministerstwo sportu stworzyło możliwość wydłużenia kadencji z uwagi na pandemię do 30 września przyszłego roku – to tylko wyjątkowy gapa by z niej nie skorzystał. A przecież – czego jak czego – ale braku operatywności obecnym władzom piłkarskiego związku zarzucić nie sposób. Całkiem zresztą prawdopodobne, iż dla polskiego futbolu – do którego i tak wkradło się sporo niepotrzebnego chaosu wraz z pojawieniem się COVID-19 – w trudnym momencie, i przy spodziewanej drugiej fali zachorowań wydłużenie kadencji silnego aktualnego zarządcy to na dziś najbardziej sensowne rozwiązanie…

W każdym razie odbyłem prywatną konferencję ze Zbigniewem Bońkiem na okoliczność wakacyjnej daty przyszłorocznych wyborów. Argumenty obecnego prezesa były następujące: od września do listopada 2021 reprezentacja Polski rozegra 6 meczów eliminacji MŚ. Tymczasem nowy szef związku, jeśli uzna za stosowne, może zmienić selekcjonera, gdyż w kontrakt Jerzego Brzęczka została wpisana klauzula, że do 30 sierpnia przyszłego roku umowa może zostać jednostronnie wypowiedziana przez PZPN. Na moją uwagę, że – skoro to interes kadry, która od 11 czerwca będzie startować w finałach mistrzostw Europy, legł u podstaw nowego terminu – wybory powinny odbyć się w lipcu (gdyż niespełna 2 tygodnie to w trakcie trwających już rozgrywek ligowych śmiesznie mało na zmianę trenera reprezentacji), Zibi miał gotową odpowiedź. Mianowicie: po finale Euro (zaplanowanym na 11 lipca), pracownicy związku i delegaci będą potrzebowali wakacji. Natomiast kandydaci dostaną czas – jak to określił ustępujący (ale dopiero za ponad rok) prezes – na agitację. Choć pozostaliśmy przy zdaniach odrębnych, Bońkowi trzeba oddać, że gruntownie przemyślał przesuniętą datę wyborów. Co nie zawsze i nie w każdym związku sportowym (łącznie z PZPN), bywało regułą. Najciekawsze jednak padło na końcu, po pytaniu o rozstrzelony (od tego lata do przyszłej wiosny) kalendarz elekcji w związkach wojewódzkich. Boniek, jakby wzorem swego następcy na posadzie selekcjonera reprezentacji Polski – Pawła Janasa – napisał mi po żołniersku, że się w to nie wp… A nie wtrąca się, gdyż to dla niego zupełnie bez znaczenia.

Biorąc pod uwagę wyniki Janosika z Legią – wspomniany cytat pochodzi z czasów trenerskiej kadencji w stołecznym klubie – i ta strategia wydaje się przemyślana. Warto bowiem pamiętać, że historia przyznała rację „niewpierdalającemu się” Janasowi; Pawka prowadził przecież przy Łazienkowskiej bezsprzecznie najlepszą drużynę ostatnich 49 lat. Swoją drogą, losy Bońka i Janasa splotły się długo przed finałami MŚ Espana’82, po których obaj medaliści mundialu wyjechali do klubów zagranicznych. Spotkali się w Widzewie, w połowie lat 70-tych. I razem zamierzali opuścić Łódź w 1977 roku, udając się w kierunku stolicy. Opowiadał mi – już ze dwie i pół dekady temu – Janas, że zamówiony meblowóz był na tyle duży, żeby pomieścić graty z dwóch mieszkań. Na koniec dnia jednak tylko Paweł (choć zdaje się, że to nie on miał być pomysłodawcą) wyprowadził się do Warszawy, czego oczywiście nigdy później nie żałował. Podobnie jak Boniek tego, że został w Widzewie. Bo futbol to nie matematyka. I nie wszystkie działania muszą przynieść identyczny wynik w przypadku każdego piłkarza.

**

Na koniec, skoro znana już jest konkretna data, jeszcze słowo o… kandydacie w przyszłorocznych wyborach na prezesa PZPN. Bo oczywiście – jeśli szczęśliwie doczekamy tej elekcji – Cezary Kulesza weźmie udział w wyścigu, choć oficjalnie takiego zamiaru dotąd nie ogłosił. Nie uczynił tak z tego względu, że ma graniczące z pewnością podejrzenie, iż następnego dnia po rozpoczęciu kampanii, rozpocznie się też nawalanka ze strony mediów – choć po prawdzie na myśli ma jedno konkretne – sprzyjające obecnemu układowi na futbolowych szczytach. Wyszło więc na to, że prezes Jagiellonii wykazał się sporym wyczuciem wstrzymując się z ogłoszeniem kandydowania. Dzięki temu zyskał – a przynajmniej tak się wydaje – rok (względnego) spokoju. Choć wtajemniczeni twierdzą, że jest dobrze przygotowany na najbardziej nawet zmasowany i bulwarowy w stylu atak pod swoim adresem.

A skoro już o Kuleszy mowa, to przypomniała mi się anegdotka zasłyszana bodaj od trenera kadry U-21 Czesława Michniewicza, który też znał ją z drugiej ręki. Szła mniej więcej tak: otóż w trakcie negocjacji transferu Michała Pazdana z Białegostoku do Legii, nie do końca zadowolony z kwoty odstępnego, która pojawiła się na stole, prezes Jagi miał zwrócić się ówczesnych właścicieli Legii – których tercet gościł w swym hotelu i podejmował (stosownie do zaistniałych okoliczności) – o dorzucenie… czegoś. Na to dictum ówczesny prezes stołecznego klubu, Bogusław Leśnodorski – rozbawiony (stosownie do zaistniałych okoliczności) – miał z ręki zdjąć zegarek, i wręczyć kontrahentowi. Ze słowami, że w takim razie kwestię uważa za ostatecznie zamkniętą. I deal rzeczywiście wydawał się klepnięty, ale tylko przez chwilę. Problem miał bowiem powrócić, i to ze zdwojoną siłą, kiedy sikor wrócił od rzeczoznawcy. Z… milionową – w złotówkach – wyceną. A jak zapamiętał ten epizod Kulesza? Jeszcze przed wybuchem pandemii udało mi się o to zapytać u źródła. Wersja prezesa Jagiellonii jest następująca:
– Zegarkami rzeczywiście wymieniliśmy się przy okazji otwarcia mojego hotelu, ale muszę zaznaczyć, że inicjatywa wyszła od Bogusia. Okazało się jednak, że mój był za 40 tysięcy złotych, jego zaś za 100 tysięcy euro, czyli warty 10 razy więcej. Trzy miesiące bezskutecznie usiłowałem zwrócić ten kosztowny gadżet właścicielowi. Wziął dopiero wtedy, gdy zagroziłem, że zerwiemy wszelkie towarzyskie relacje. Pazdan poszedł do Warszawy za 800 tysięcy euro i za bonusy wypłacone przez Legię po awansie do Ligi Mistrzów. Jagiellonia nie miała więc prawa narzekać. A ja czułbym się niekomfortowo, a nawet bardzo źle, gdybyśmy nie odmienili zegarków…

Ludzie to mają problemy, prawda?! Ci szczęśliwi – podobno nie liczą czasu; natomiast majętni nie muszą liczyć się z wydatkami na czasomierze…

Adam Godlewski - felieton

ADAM GODLEWSKI

Adam Godlewski – dziennikarz sportowy, felietonista, specjalista od piłki nożnej. Związany jest ze sportem od ponad ćwierć wieku. Na naszych łamach pisze felietony sportowe z serii “Krótka piłka”.

Przeglądając tę stronę akceptujesz politykę cookies oraz regulamin strony więcej informacji

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close