Czesław Michniewicz – trener, który nie jedzie na picu

Dlaczego zaczynając powiedział, że nigdy nie będzie jak Capello?

Zmiana trenera w Legii była dla mnie sporym zaskoczeniem. Owszem, mistrzowie Polski zmagali się z problemami, ale z całą pewnością Aleksandar Vuković nie stracił szatni. Właściciel klubu mógł więc zaryzykować i pozwolić wyjść niezbyt jeszcze przecież doświadczonemu szkoleniowcowi z kryzysu. Zwłaszcza że po analizie raportów biegowych trudno oprzeć się refleksji, iż źródłem kłopotów było przygotowanie motoryczne. Za które niekoniecznie odpowiedzialność powinna bezpośrednio spadać na pierwszego trenera. Dariusz Mioduski nie wytrzymał jednak ciśnienia. Mocno inspirowany do podjęcia takiego ruchu przez znaczną część kibiców – ale przede wszystkim w trosce o finanse klubu, które w znacznej części mają pochodzić z UEFA – zdymisjonował Vuko. Zwolniony szkoleniowiec oczywiście mocno przeżył premierowe zwolnienie, którego chyba nie spodziewał się po porażce z Górnikiem i w perspektywie konfrontacji ze słabiutką Dritą z Kosowa. Dość szybko jednak Aco otrząsnął się. Zabrał rodzinę na zaległe wakacje, z których wróci w połowie października. Zaczął zatem żyć (jak nieformalnie zadeklarował) wedle zasady: pierwszy raz mnie wyje…, przeżyję to na pewno jeszcze kilka razy.

Czesław Michniewicz  - felieton

Owe kilka razy następca Vuko, Czesław Michniewicz, ma już dawno za sobą. Wcale jednak nie z tego powodu trudno się dziwić, że – prowadząc, i to z powodzeniem, młodzieżówkę – przyjął ofertę Mioduskiego. Być może nawet znalazłby się w Polsce trener, który odmówiłby Legii, tyle że jeszcze się nie ujawnił; propozycja z Łazienkowskiej jest po prostu z gatunku tych nie do odrzucenia. A Michniewicz – po tym co pokazał w pracy z kadrą U-21: w eliminacjach, barażu z Portugalią i w finałach MME – ma w tej chwili swoje 5 minut. Nie pierwsze, i pewnie nie ostatnie w trenerskiej karierze. Z pewnością jednak lepszego momentu – dla Legii i dla Cześka – na jego pracę przy Ł3 dotąd nie było. Z kilku zresztą powodów. Pierwszy i najważniejszy nie jest wcale warsztatowy. Otóż odniosłem wrażenie, gdy przed dwoma tygodniami spotkałem selekcjonera młodzieżówki na 90-leciu Bałtyku w Gdyni – że w trakcie pandemii Michniewicz znalazł (wreszcie) życiową równowagę.

Ktoś pewnie pomyśli w tym momencie, co za głupoty ten Godlewski pie… A jednak! Nie będę się rozpisywał, że znam Michniewicza od blisko ćwierćwiecza i przeżyłem z nim wszystkie pory roku – od bardzo poprawnych relacji reporter-piłkarz, po czas, kiedy (pogniewany o krytyczny tekst) mój numer – jak poinformowali nasi wspólni znajomi – miał wpisany w telefonie pod hasłem: nie odbieraj! Bo to w sumie bez (w każdym razie większego) znaczenia. Otóż Czesiek przez wiele lat borykał się z nadwagą, której stres niewątpliwie towarzyszący wszystkim trenerom był sprzymierzeńcem. Wychodzi więc na to, że średnio radził sobie z rozładowywaniem napięcia. Tymczasem w trakcie lockdownu zdecydował się na drastyczną dietę, odstawił mięso, zrezygnował z alkoholu, wrócił do regularnej gry w tenisa. W efekcie – marynarkę, której na początku roku nie mógł dopiąć, teraz nosi rozpiętą z innego powodu; gdy zrzucił kilkanaście (albo i więcej) kilogramów zrobiła się nieco za duża. Z kolei najbliżsi współpracownicy z kadry młodzieżowej twierdzą, że na wrześniowe zgrupowanie młodzieżówki przyjechał zupełnie inny Michniewicz. Z czystą głową, spokojniejszy, wyluzowany i zdystansowany. Z (jeszcze) lepszym nastawieniem do pracy.

Bo, niezależnie od nadprogramowych kilogramów, Michniewicz zawsze był pracoholikiem. OK, pewnie w niektórych kręgach mógłby zostać oceniony, że jedzie na picu, ale drony, komputery i laptopy rodem z NASA, czy szpiegowskie komórki, to akurat w jego przypadku nie są ozdobne gadżety. Naprawdę umie zrobić z nich użytek. A jeśli ktoś nie wierzy – polecam pójść na wykład świeżo upieczonego trenera Legii. Ostatnio taką okazję miałem w grudniu, na kursokonferencji szkoleniowej organizowanej przez Dolnośląski ZPN. Czesiek pokazywał akurat prezentację z pełnego mikrocyklu młodzieżówki przed barażami z Portugalią. I był to kawałek wręcz pasjonującego kina! Od nauki chodzenia (przesuwania na sucho) w obronie (z asekuracją wszystkich stref) powtarzanej do znudzenia. Przez skrupulatną analizę gry przeciwnika z pokazaniem słabszych ogniw, a nawet detali. Po bardzo dokładną charakterystykę każdego z osobna gracza rywali, którą na potrzeby polskiego szkoleniowca zrobił portugalski skaut wynaleziony przez asystenta Michniewicza, Kamila Potrykusa. Podobno Iberyjczyk działał charytatywnie, ale w to akurat nie wierzę. Za darmo to boli gardło, a robota była wykonana tak perfekcyjnie, że trudno nawet sobie wyobrazić, żeby ktoś ją wykonał dla rozrywki.

Sądzę zresztą, że gdyby z jakiegoś powodu Michniewicz wypadł teraz z obiegu w światku trenerskim, spokojnie mógłby – po trzech latach spędzonych w PZPN (co niewątpliwie także wpłynęło na jego stabilizację, ale przede wszystkim na dynamiczny zawodowy rozwój, bo związek – od czasów Adama Nawałki – nie oszczędza na nowinkach i wyjazdach trenerów) znaleźć robotę w dowolnej komórce trudniącej się szpiegostwem przemysłowym. A nawet kontrwywiadem, bo duńskich wysłanników – odpowiednio poinstruowany przez analityka pierwszej reprezentacji Huberta Małowiejskiego – wyprowadził na manowce na zgrupowaniu w Grodzisku. Lipnym treningiem stałych fragmentów. A potem – choć stanowczo zaprzecza, ale w tym względzie Cześkowi także nie daję wiary – specjalnie grał z Duńczykami niedopompowanymi piłkami; żeby wyprowadzić z równowagi lepiej wyszkolonego przeciwnika. Co pokazuje, że nie stroni od niekonwencjonalnych metod w robocie. Jeśli zresztą słuch mnie nie zawiódł, to udział w rozpracowywaniu Rosjan miała znana z Twittera miłośniczka tamtejszej Premier Ligi – @KatherineAFC. Tyle że wszystkie te bajery to dodatki. Podstawą jest rzetelny warsztat i – zdaje się – najwyższa w tym momencie pod naszą szerokością biegłość taktyczna. Po licznych wyjazdach na staże do Włoch także metodykę treningu w tym zakresie ma w jednym paluszku.

Piłkarzem Michniewicz był raczej trzecioplanowym. Uzbierał raptem 9 meczów w ekstraklasie, i 34 minuty w Pucharze UEFA przeciw Atletico w Madrycie. Gola wbił mu wówczas Ruben Baraja, a rękawicami wymienił się Jose Molina – prekursor gry nogami wśród golkiperów, który lubił dublować pozycję libero. Tyle że oglądanie boiska z perspektywy bramki dobrze przygotowało Cześka do szerszego spojrzenia na grę. Doskonale zresztą pamiętam moment, kiedy Michniewicz został w Amice… zdegradowany do roli trenera. Tak, właśnie zdegradowany, bo Czesiek, który nie miał chyba jeszcze skończonych 30 lat – i z oczywistych względów nie mógł czuć się nadmiernie wyeksploatowany jako bramkarz – nagle i niespodziewanie został spieszony przez Stefana Majewskiego. Bardzo chciał podpisać nowy kontrakt jako piłkarz, więc świat zawalił mu się na głowę. Owszem, zamierzał zostać trenerem (prowadził już nawet grupy młodzieżowe), ale jeszcze nie w tamtym momencie. Był zły na Doktora, czego w prywatnej rozmowie absolutnie nie krył. Już wówczas jednak – mimo nerwów – w pierwszej kolejności postanowił zadbać o zaplecze… medialne. Co ciekawe, kilka lat później był bardzo wdzięczny Majewskiemu za podjęcie za niego tej niewygodnej decyzji. Wcześniej zaczął w nowym zawodzie, wcześniej mógł się rozwinąć i wybić. A teraz syna, Matiego, skierował na ścieżkę szkoleniową w wieku nastoletnim, zanim ten jeszcze został ligowym bramkarzem. Bo jeśli będzie miał szczęście to zostanie zawodowym golkiperem. A jeśli nie – zostanie przynajmniej z gotowym fachem w ręku – jak relacjonował mi dwa tygodnie temu w Gdyni rozmowę z potomkiem.

Z rozmowy, którą odbyliśmy ponad 20 lat temu, zapamiętałem jeszcze jedno zdanie Michniewicza: „Powiedziałem sobie, że gdy zostanę trenerem, nie będę niczym capello – z małej litery, bo nie chodzi mi o Fabio Capello tylko o gościa, który drapie się pod kapeluszem i próbuje coś wymyśleć na poczekaniu. Ja sobie założyłem, że zawsze, przed każdym meczem będę miał przygotowaną jakąś koncepcję.” I jak postanowił – tak zrobił. Bo można wiele zarzucać Michniewiczowi, począwszy od nadmiernej koncentracji na obronie i nieefektownego stylu jego zespołów, ale zawsze trzeba oddać, że przed meczem skrupulatnie odrabia pracę domową. I ma nie tylko plan A, ale nawet B. Wystarczy zresztą spojrzeć, że już w 2007 roku, sięgając po tytuł z Zagłębiem, potrafił nauczyć lubińskich piłkarzy płynnego przechodzenia na różne systemy ustawienia w trakcie spotkania. Do dziś jest to rzadkość w naszej piłkarskiej rzeczywistości, ale wówczas – był to absolutny kosmos. Skoro jednak o Lubinie mowa, to zatrzymam się także nad największym mankamentem Michniewicza.

Otóż w Zagłębiu, i wcześniej w Lechu, kłopoty Cześka zaczynały się tuż po… sukcesie. Miał w takich chwilach tendencje do zakochiwania się w sobie, co mocno odbijało się na relacjach interpersonalnych wewnątrz grupy. A mówiąc wprost, wchodził w zwarcia z piłkarzami, przez co tracił szatnię. O czym już nieco wcześniej wspominał mi jeden z szefów Kolejorza, z którym wywalczył Puchar Polski. A zdarzenia zaistniałe w Zagłębiu – w pełni potwierdziły. Dziś na pewno jest o tamte doświadczenia mądrzejszy. Nie sądzę co prawda, żeby zmienił się diametralnie, potrafi już jednak panować nad takimi emocjami. W grudniu, kiedy był świeżo po więcej niż przyzwoitym występie na młodzieżowym Euro – po ćwierćwieczu przerwy biało-czerwonych w występach w finałach – co prawda odlatywał, ale… lekko. Jak na niego – wręcz leciutko, bez porównania do czasów Lecha i Zagłębia. Na tyle, na ile może sobie pozwolić człowiek sukcesu, za którego w tamtym momencie miał prawo się uważać. A w każdym razie nie wyglądał już na kogoś, kto dałby się wkręcić w lipną propozycję z LA Galaxy. I to nawet po kielichu.

Właściwie to tytułem wprowadzenia powinienem przypomnieć ogólnie znany fakt, ale bardzo istotny dla charakterystyki Cześka. Otóż przyszedł na świat jako obywatel Związku Radzieckiego, mama dostała nawet z tego powodu gratulacje od Leonida Breżniewa, pierwszego sekretarza komunistycznej partii tego nieistniejącego już kraju. Zaś mały Czesio – otrzymał paszport z nadrukiem CCCP, którym posługiwał się przez długi czas. Bowiem dzięki niemu mógł odwiedzać dziadka, który po wojnie nie skorzystał z prawa do repatriacji, tylko został w Brzozówce na Białorusi. Zatem formalnie jego wnuk urodził się właśnie jako Białorusin. Co jest ważne z dwóch powodów. Michniewicz, jak na człowieka wschodu przystało, ma skłonność do biesiadowania, jest wyjątkowo odporny na alkohol, i pięknie śpiewa. Nie tylko po rosyjsku, ale popisowy numer: „Milion ałych roz” z repertuaru największej divy ZSRR, Ałły Pugaczowej, wykonuje chyba nawet lepiej niż ona. W każdym razie – w okresach roztrenowania – lubi być wodzirejem w towarzystwie, sypie anegdotami niczym z rękawa, potrafi zabawić każdą publiczność.

Dopiero w pracy wychodzi z niego zupełnie inna natura. Mianowicie – pracoholika i gościa, który nieustannie chce się rozwijać. Mocno nieufnego, który co prawda deleguje robotę na poszczególnych odcinkach współpracownikom, ale o niej nie zapomina. Tylko upierdliwie – jak twierdzą nawet najbardziej lojalni współpracownicy – nadzoruje wykonanie zadań. Żeby na koniec dać do zrozumienia, że sam zrobiłby to… lepiej. Inna sprawa, że „zdrady”, których doświadczył od asystentów – Rafała Ulatowskiego i Marcina Węglewskiego, którzy przejmowali zespoły (odpowiednio Zagłębia i Termaliki) za jego plecami – raczej nie mogły zbudować w nim zaufania. A jak na pochodzącego zza Bugu przystało – zawzięty jest jak mało kto. I takich wolt nie zwykł darować. Facet to zresztą charakterny, choć charakter ma bardzo trudny. Pod tym względem podobny jest raczej do Kozaka – jak twierdzą ci, którzy współpracują blisko z Cześkiem – niż Białorusina. Przez co właśnie brał wtrenerskiej karierze zakręty w dość nieoczywistych momentach.

Skoro jednak przy Łazienkowskiej poradził sobie – i to śpiewająco – Osetyjczyk Stanisław (też zresztą były bramkarz, choć oczywiście znacznie lepszy), to czemu miałby nie poradzić sobie polski Kozak Czesław? Zwłaszcza że wiele – przynajmniej gdy spojrzy się z mojej perspektywy – wskazuje, że warsztat Czerczesow miał uboższy od Michniewicza. Serio.

Chciałem namalować – krótko – portret Michniewicza, jakiego poznałem osobiście. Choć wybierałem co trzeci przychodzący mi na myśl wątek, krótko mi się nie udało. Zdaję sobie sprawę, że obraz, bez poruszenia (nie)sławnego wątku pewnych 711 połączeń jest niepełny, dlatego – przy okazji postaram się nakreślić sylwetkę szkoleniowca Legii z innej perspektywy. Zwłaszcza że temat poruszałem i z Cześkiem, i z „Fryzjerem” podczas spisywania jego „Spowiedzi”. Nawet jeśli uważam, że to odgrzewany kotlet, który nie wnosi absolutnie niczego do charakterystyki jednego z najlepszych obecnie polskich szkoleniowców. Na szczęście sportowych, i znacznie bardziej współczesnych motywów też nie zabraknie. Nie ma oczywiście w tym momencie mądrego, który przesądziłby ile – i czy w ogóle – Czesiek zwojuje w Lidze Europy. Z pełnym przekonaniem mogę jednak napisać, że jeśli nie udałoby się to Michniewiczowi, to trzeba by uznać, że w zaistniałych ostatnio przy Łazienkowskiej okolicznościach było to po prostu niewykonalne.

Adam Godlewski - felieton

ADAM GODLEWSKI

Adam Godlewski – dziennikarz sportowy, felietonista, specjalista od piłki nożnej. Związany jest ze sportem od ponad ćwierć wieku. Na naszych łamach pisze felietony sportowe z serii “Krótka piłka”.

Przeglądając tę stronę akceptujesz politykę cookies oraz regulamin strony więcej informacji

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close