Brzęczek zamiast do legendy, w Amsterdamie nawiązał do gawędy

Czekam na dzień, w którym wstanie i coś mu przeskoczy w głowie

Jerzy Brzęczek w meczu z Holandią miał, zgodnie z opisem jego biograficznej książki, rzucić wyzwanie legendzie Kazimierza Górskiego. A gdy w Amsterdamie kompletnie się to nie powiodło, rzucił wyzwanie kibicom reprezentacji Polski. Konkretnie – naszej inteligencji. Stwierdził bowiem po końcowym gwizdku, iż jest zadowolony z realizacji taktycznych założeń. Powtórzę: selekcjoner biało-czerwonych wyraził radość po przegranym w fatalnym stylu – a w zasadzie to bez stylu – spotkaniu, w którym nasz zespół oddał w sumie dwa strzały, z czego tylko jeden celny. I w ogóle przeprowadził zaledwie kilka składnych akcji. Zamiast – zwyczajnie – przeprosić za najgorszy od lat dzień kadrowiczów. Albo pod pretekstem złego samopoczucia i negatywnych emocji skorzystać z prawa do milczenia. Po tym, co usłyszeliśmy dla wszystkich powinno być jasne, że werbalna reakcja trenera dopiero w drugie tempo byłaby o wiele lepsza niż wygadywanie bzdur. Znokautowanego boksera nikt przecież nie przepytuje po ciosie, który zwalił go z nóg…

Wisła Kraków - felieton

Analiza, co zakładała zrealizowana – jak usłyszeliśmy – w Amsterdamie taktyka nie ma kompletnie sensu. Dla zaprezentowanego przez biało-czerwonych antyfutbolu i gry w kości jedynym usprawiedliwieniem byłoby przecież wyłącznie wywiezienie punktów (punktu) z Areny imienia Johanna Cruyffa. A skoro nie graliśmy w piłkę i niczego dzięki temu niegraniu nie zdobyliśmy, to oznacza, że nasi piłkarze w Holandii (oprócz tego, że zszargali sobie reputację) stracili czas. Zaś Brzęczek mimo wszystko zadowolony, że uniknął łomotu, choć jego zespół nie miał literalnie nic do zaprezentowania, w ogóle nie powinien wybierać się na to spotkanie. Bo go zwyczajnie przerosło. Powiedzieć zatem, że również selekcjoner w piątek stracił czas, to jak nic nie powiedzieć. Wyszło bowiem na to, że choć pierwotny termin Euro 2020 już dawno za nami, biało-czerwoni nadal nie mają drużyny, którą można by bez wstydu pokazać w finałach mistrzostw Europy. I nic nie wskazuje, że budowa zespołu może ruszyć w najbliższym czasie …

Najpierw Brzęczek musiałby bowiem wrócić na ziemię. Używając jego metaforyki, z utęsknieniem czekamy na dzień, w którym trener wstanie i coś przeskoczy mu w głowie na tyle, iż będzie zdolny do krytycznej refleksji. Już film „Niekochani” pokazał, że szkoleniowiec drużyny narodowej odleciał w niepokojące rejony. Cytowany na wstępie opis do biografii – w którym czytamy również: „Tak można by streścić wejście Jerzego Brzęczka na szczyty europejskiego futbolu” – pogłębił tylko tę diagnozę. Natomiast wypowiedź o zadowoleniu po zatrważającym występie w Amsterdamie prowadzi do wniosku, że selekcjoner funkcjonuje w alternatywnej rzeczywistości. Zastanawiam się zatem, kiedy to się Jurkowi stało? Gdy go poznawałem, był bowiem bystrym i otwartym gościem. Otwartym również na media, radzącym sobie zarówno z presją, jak i krytyką. I takim pozostawał nie tylko przez lata piłkarskiej kariery, ale również jako szkoleniowiec.

Kiedy pojechałem na wywiad do Płocka, gdy prowadził Wisłę, zachowywał się identycznie, jak wówczas, gdy na początku 1995 roku – przypadkowo – spotkałem go w dyskotece (notabene w Wiśle), gdzie bawił wraz z całym przygotowującym się do rundy wiosennej zespołem GKS Katowice. Czyli naturalnie. Podszedł, zagadał, zaproponował piwo, a potem dyskretnie kiwnął na kolegów, że najwyższa pora wynosić się z rewirów, w których poruszają się także reporterzy. A piłkarzy o tej porze roku być tam nie powinno. Dlaczego o tym w ogóle wspominam? Otóż zanim trafił do PZPN, Brzęczek był bardzo normalnym facetem. Z udaną karierą piłkarską na koncie, z niekwestionowanym wkładem w polski futbol, jakim było wychowanie i poprowadzenie kariery Kuby Błaszczykowskiego. A nawet z dobrze pojmowaną charyzmą, z którą prawdopodobnie się urodził. Dlatego jego nominację na selekcjonera przyjąłem nie tylko z zaskoczeniem –nawet w Polsce było przecież kilku bardziej oczywistych kandydatów, z Michałem Probierzem i Piotrem Stokowcem na czele – ale też z nadzieją. Wydawało się bowiem, że ten nieoczywisty ruch prezesa Zbigniewa Bońka może się obronić. Tak, jak obroniło się zatrudnienie w kadrze Adama Nawałki.

Tymczasem po przejęciu reprezentacji Polski Brzęczek szybko zakochał się… w sobie. Niestety, jak wszystko wskazuje – z wzajemnością. Przy pomocy podpowiadaczy ze związku, przynajmniej tych, którzy kręcili kadry do wspominanych „Niekochanych” zbudował narrację o oblężonej – przez krytyków – twierdzy, którą jest jego drużyna. Zamiast pracować nad niezaawansowanym jeszcze przecież warsztatem, poszedł w najgorszą stronę z możliwych. Zamiast spoiwa w postaci skutecznych rozwiązań na boisku i pomysłów na nieszablonowe warianty rozegrania, skoncentrował się na wykreowaniu wspólnego wroga. Zamiast poprosić Bońka, o zatrudnienie w sztabie ludzi z doświadczeniem w pracy na reprezentacyjnym poziomie i właściwymi kompetencjami – których deficyt w pracy z reprezentacją był szczególnie widoczny właśnie w Amsterdamie – przedwcześnie uwierzył w swą wielkość.

I właśnie tego „zamiast” jest za dużo na selekcjonerskiej drodze Brzęczka. Ba, nawet zadowolenie wyrażone po meczu z Holandią było reakcją zastępczą. Nikt nie przekona mnie bowiem, że gość, który jako piłkarz awansował do finału turnieju olimpijskiego i w pierwszej reprezentacji Polski rozegrał ponad 40 meczów nie dostrzega – i nie wyczuwa – iż prowadzona przez niego drużyna gra paździerz. Dlaczego jednak nie widzi tego, że kibice, przyzwyczajeni do małej stabilizacji z czasów Nawałki, nie kupują nie tylko towaru piłkopodobnego, ale również kitu a’la Janusz Wójcik, tego już zupełnie nie rozumiem. Przecież Jurek (jako zdobywca honorowego gola) nie zapomniał, że kiedy przyszło do rzetelnego sprawdzianu – z Anglią na Wembley – w epoce jego mentora z IO w Barcelonie, boisko brutalnie zweryfikowało szkoleniowca i jego (istniejącą jedynie w zarysie) koncepcję. Wystawienie 7 (słownie: siedmiu) defensorów we wspomnianym starciu w Londynie w 1999 roku przez Wójcika, zdało się dokładnie na tyle, na ile Brzęczkowe zadowolenie w Amsterdamie. Przegraliśmy przecież 1:3, mając do zaproponowania zupełne nic…

Jurek, zejdź na ziemię! Dopóki jeszcze nie jest za późno. Zamiast do legendy Górskiego, nawiązałeś dotąd jedynie do gawędy śp. Janusza Wójcika. Prezes Boniek, który schował się i zamilkł nawet na Twitterze (zapewne ze wstydu) po porażce w Amsterdamie, też to widzi. I pewnie – na razie – kombinuje jak zneutralizować skutki tak potężnego policzka w petezpeenowski PR, jaki wymierzyłeś w Holandii. Za chwilę jednak zacznie rozglądać się za następcą. Bo nie będzie miał innego wyboru…

Adam Godlewski - felieton

ADAM GODLEWSKI

Adam Godlewski – dziennikarz sportowy, felietonista, specjalista od piłki nożnej. Związany jest ze sportem od ponad ćwierć wieku. Na naszych łamach pisze felietony sportowe z serii “Krótka piłka”.

Przeglądając tę stronę akceptujesz politykę cookies oraz regulamin strony więcej informacji

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close