Brzęczek nie rozwinął kadry. Jest gorszy od Janasa i Beenhakkera

Boniek uciekł z reprezentacji przed Szwedami. Czy teraz zatrudni taktyka?

Tegoroczny sezon na reprezentację skończył się w ubiegłym tygodniu. I skoro do gry wszedł Zbigniew Boniek, który przez kilka dni nie robił nic innego tylko udzielał wywiadów, to oznacza, że drużyna Jerzego Brzęczka znów brała zakręt. Na tyle ostry, że w rolę pracownika departamentu PR musiał wcielić się prezes PZPN. I – odwołując się do rozmaitych wyuczonych chwytów retorycznych, ale też i wrodzonego talentu medialnego – starał się rozwadniać problem, który uwidocznił się po listopadowej serii meczów. Wszystko po to, żeby odwrócić uwagę od marnego stylu, kiepskich wyników w Lidze Narodów i tak naprawdę bardzo niejasnej wizji drużyny, której kapitanem jest zwycięzca plebiscytu na Piłkarza UEFA w roku 2020. W tym miejscu warto jednak zaznaczyć, że Robert Lewandowski miał ogromne szczęście, że reprezentacje w pandemii nie rywalizowały przez 10 miesięcy. Bo tylko dzięki temu wreszcie sięgnął po indywidualną nagrodę, o której przy tak beznadziejnie grającej jak we Włoszech kadrze mógłby jedynie pomarzyć.

Jerzy Brzęczek felieton Krótka Piłka
Jerzy Brzęczek

Najlepiej pracę Brzęczka podsumowują statystyki. Przed dwoma laty, kiedy rywalami biało-czerwonych w Lidze Narodów były Portugalia i Włochy, reprezentacja Polski zdobyła dwa punkty strzelając gole w trzech (z czterech rozegranych) meczach. Wówczas oznaczało to spadek do Dywizji B, ale wskutek decyzji UEFA o rozszerzeniu grup Nations League do czterech zespołów, nasza kadra okazała się lucky loserem. Podobnie jak Niemcy, dla których zresztą całą tę reformę przeprowadzono. A my skorzystaliśmy przy okazji. To jednak nie oznacza, że selekcjoner wyciągnął wnioski. Patrząc na grę w Amsterdamie we wrześniu, czy w Reggio Emilia w poprzednią niedzielę prawdopodobnie nie wyciągnął żadnych. Za to na pewno – właściwych. Zresztą liczby potwierdzają to w sposób bezdyskusyjny. Nawet jeśli tym razem reprezentacja Polski nie spadła do niższej dywizji, bo okazała się wyraźnie lepsza od słabiutkiej Bośni i Hercegowiny. Skorzystaliśmy na zmianie regulaminu, ale w porównaniu do poprzedniej edycji pod względem sportowym polski zespół zanotował regres.

Jesienią 2020 roku w czterech meczach z Włochami i Holandią – a zatem przeciwnikami z tej samej półki co dwa lata wcześniej, reprezentacja Polski wywalczyła bowiem tylko punkt. I była w stanie zdobyć zaledwie jedną bramkę. Robert Lewandowski – który we wrześniu dostał wolne od selekcjonera, żeby odpocząć po zwycięskim dla Bayernu turnieju finałowym Ligi Mistrzów – w październiku i listopadzie strzelił dla kadry dwa gole. Oba w wygranym 3:0 spotkaniu z Bośnią, w którym przez ponad pięć kwadransów goście z Bałkanów grali w osłabieniu; zresztą po czerwonej kartce za faul właśnie na Lewym. Jak na najlepszego napastnika świata, króla strzelców poprzedniej edycji Champions League to zatrważająco niska skuteczność. Biorąc pod uwagę, że mamy do czynienia z rekordzistą Polski w liczbie zdobytych goli w drużynie narodowej (63), który był najlepszym strzelcem kwalifikacji Euro 2016 (13) i MŚ 2018 (16 trafień) taki dorobek jest nie tylko przez niego wręcz nie do zaakceptowania.

Dlatego nikt nie powinien się dziwić, że na linii Lewandowski – Brzęczek pojawiły się napięcia. Kapitan reprezentacji Polski ma bowiem świadomość, co statystyki obrazują bez zbędnych emocji, że jego umiejętności i potencjał nie są właściwie wykorzystywane przez obecnego selekcjonera. Przez dwa i pół roku współpracy na listę strzelców wpisał się 8 (słownie: osiem) razy. I de facto przestał być ostatnim terminalem drużyny oraz maszyną do bicia rekordów. Został zdegradowany do roli przeciętnego – w skali europejskiej – egzekutora, mimo że na formę strzelecką w tym okresie nie narzekał. Przeciwnie, w klubie osiągnął życiówkę, w ubiegłym sezonie bardzo długo zachowywał szansę na doścignięcie niemal półwiecznego rekordu Gerda Muellera. Czy można zatem w ogóle się dziwić, że Robert jest sfrustrowany taktyczną bezradnością Brzęczka? Oczywiście, że nie! Selekcjoner nie znalazł przecież pomysłu nie tylko na wykorzystywanie atutów Lewandowskiego, ale także na podjęcie skutecznej walki z wyżej notowanymi i lepiej wyszkolonymi przeciwnikami.

Choć po prawdzie – we wrześniu w Amsterdamie, i w listopadzie w Reggio Emilia biało-czerwoni nie byli w stanie podjąć jakiejkolwiek walki. Porażki 0:1 i 0:2 były korzystniejsze niż wynikało z wydarzeń na boisku, na którym de facto za każdym razem grał tylko jeden zespół. Nasi przeciwnicy. Podczas kadencji poprzednika Brzęczka, Adama Nawałki, taka dysproporcja zaistniała na dobrą sprawę tylko dwa razy. Najpierw w spotkaniu z Danią, której nasz sztab dał się taktycznie przeczytać – przy użyciu podstępu tamtejszych szpiegów – podczas przygotowań i został za tę niefrasobliwość srodze skarcony w Kopenhadze. No i w meczu z Kolumbią podczas finałów MŚ 2018, na które nasz zespół poleciał źle przygotowany motorycznie, a dodatkowo zamieszkał w zupełnie innej strefie klimatycznej niż rozgrywał mecze. Co tylko jeszcze uwydatniło wszelkie fizyczne niedostatki biało-czerwonych. Dwa przypadki taktycznej bezradności zdarzyły się jednak przez pięć długich lat, i wiadomo z jakich powodów. Podczas gdy w przypadku Brzęczka – nie wiadomo.

A przecież obecny selekcjoner pełni tę rolę dwukrotnie krócej, i nie zdążył jeszcze zmierzyć się z zakrętami czyhającymi podczas przygotowań do poważnego turnieju. I z presją na imprezie rangi mistrzowskiej. Poza tym Nawałka na finiszu eliminacji Euro 2016 – po dwóch latach pracy – miał gotowy zespół. Brzęczek, mimo że start Euro 2020 był zaplanowany ponad 5 miesięcy temu – wciąż ma (i to w najlepszym razie) drużynę niedokończoną. OK., Łukasza Piszczka, Kuby Błaszczykowskiego, Michała Pazdana, Krzysztof Mączyńskiego i Bartka Kapustki nie ma dziś w kadrze. Część zawodników – z Grzegorzem Krychowiakiem i Kamilem Glikiem na czele – apogeum formy ma za sobą. Arkadiusz Milik i Kamil Grosicki w klubach ostatnio przesiadują na trybunach. I odbywa się (w sposób zauważalny) wymiana pokoleniowa, ale potencjał ludzki jest zbliżony. Tymczasem różnica, nawet w rankingu FIFA, jest nie do przeoczenia. Nawałka przejął kadrę na 78 pozycji na świecie, ale w szczytowym okresie awansował do pierwszej dziesiątki.

Natomiast Brzęczek odziedziczył reprezentację na 18 miejscu na świecie, i nigdy nie poprawił jej notowań. Warto zatem przypomnieć, że od momentu powstania rankingu FIFA, choć do dyspozycji nie mieli najlepszego Piłkarza UEFA, było jeszcze dwóch selekcjonerów, którzy mogą się pochwalić lepszym rekordem od Brzęczka. Paweł Janas w szczytowym momencie przed MŚ w Niemczech awansował na 17. pozycję na świecie, natomiast Leo Beenhakker przed Euro 2008 – na 16. Potencjał kadrowy był wtedy nieporównanie niższy, a mimo to Janosik potrafił ograć Włochów (późniejszych mistrzów świata), natomiast Don Leo – Portugalczyków (świeżo upieczonych półfinalistów mundialu). Nawałka pokonał Niemców w Warszawie (wtedy aktualnych mistrzów świata); jak równy z równym grał ze Szwajcarią (wówczas nr 15. światowego rankingu, jak teraz Holandia, podczas gdy Polska była 27.), a także z Portugalią (nasza przewaga w posiadaniu piłki w ćwierćfinale z późniejszym zwycięzcą ME!). Tymczasem Brzęczek twierdzi, że nie potrzebuje takiego meczu założycielskiego, jak poprzednicy…

Cóż, Brzęczek wygłasza wiele niepotrzebnych kwestii w przestrzeni publicznej. Nie skorzystał nawet z prawa do przemilczenia pauzy dialogowej Roberta Lewandowskiego, którą – zamiast sobie darować, albo starannie się przygotować – skomentował w sposób infantylny; żeby nie powiedzieć: zupełnie pozbawiony sensu. Dlatego uważam, iż nie ma zupełnie powodu przejmować się wypowiedziami selekcjonera. Nawałka też przecież nie udzielał wywiadów, a podczas obowiązkowych konferencji posługiwał się wyświechtanymi sloganami. Potem jednak „zarówno w ofensywie, jak i w defensywie” (oczywiście do pewnego momentu) drużyna wiedziała co ma grać. Słowem – bronił się czynami piłkarzy na boisku. Znacznie bardziej martwią mnie poważni publicyści, którzy z przekonaniem twierdzą, że mimo ewidentnych niedostatków, obecny selekcjoner – przy aktualnym rozwoju drużyny narodowej – „robi wszystko, co jest potrzebne do przyzwoitego wyniku na turnieju”, jak przeczytałem. Podzielanie minimalizmu Brzęczka jest bowiem najgorszym rozwiązaniem z możliwych. Nawet pomijając fakt, że ma do dyspozycji najlepszą generację piłkarzy w Polsce w XXI wieku.

Przecież dotąd selekcjoner nie wykazał się pomysłem na mecz z wyżej notowanym przeciwnikiem, ale i w starciach ze średniakami – jak choćby ostatnio z Ukrainą – to głównie przeciwnicy grali w piłkę. Tymczasem z tej
półki w finałach przesuniętego Euro w naszej grupie będą Szwedzi, z którymi powinniśmy się bić o drugą lokatę w grupie. Dla przypomnienia – podczas mistrzostw świata w Rosji ten zespół wygrał grupę, w której ostatnią pozycję zajęli Niemcy. A potem awansował do ćwierćfinału mundialu, czyli okazał się drużyną turniejową. Pal zresztą sześć MŚ, czy zbliżony ranking FIFA: po prostu – odkąd świadomie ogarniam futbol – Skandynawowie głównie lali nas, aż szkoda było patrzeć. Dokładnie przypominam sobie 11 ostatnich meczów Polaków z drużyną Trzech Koron, rozegranych od 1985 roku. W tym okresie raz udało się wygrać, w meczu towarzyskim (2:0 w Gdyni, 1991), raz – również towarzysko – zremisować (2:2 w Solnie, 1997). I aż 9 razy wziąć w łeb!

Zresztą nie oszukujmy się – jako selekcjoner Boniek uciekł z kadry właśnie przed Szwedami, bał się kompromitacji w dwumeczu z nimi. A Brzęczek- piłkarz ma w pamięci bezskuteczną pogoń za Fredrikiem Ljungbergiem przez pół boiska. Kiedy zatem czytam, że wszystko, co dotychczas trener Jerzy zbudował niekoniecznie prowadzi do katastrofy, a w przypadku szczęśliwej drabinki daje nawet nadzieję na ćwierćfinał Euro, po prostu przypominam: w grupie zagramy ze Szwedami, którzy często robili nam jesień średniowiecza… Na szczęście działo się tak w przedostatnim okresie, gdyż ostatnio – przez 16 lat nie mieliśmy przykrości mierzyć z nimi sił. Co nie oznacza, że ten niewygodny zwykle rywal nagle zacznie biało-czerwonym pasować. A już na pewno, aby podjąć z nimi jakąkolwiek rywalizację, trzeba będzie mieć pomysł. Pomysł, którego w Lidze Narodów selekcjoner nie wygenerował. Zatem jeśli Boniek chce go zatrzymać, a jednocześnie uniknąć kompromitacji na Euro, powinien jak najszybciej rozszerzyć sztab kadry. W pierwszej kolejności – o dobrego taktyka.

Nieodzowny jest oczywiście także złożony z zawodowców bank informacji, i jeszcze co najmniej jeden asystent z doświadczeniem w pracy na reprezentacyjnym poziomie, najlepiej posiadacz demonizowanej wręcz przez PZPN (ale tylko w odniesieniu do pracy w klubach) licencji UEFA Pro. Taktyk jednak w pierwszej kolejności, w przeciwnym razie znów możemy się, jako kibice, wstydzić. A Lewandowski – nie ograniczyć się wyłącznie do pauzy dialogowej. Tyle że w całej tej zabawie nie o to chodzi. Zupełnie nie o to… Co pokazał choćby Czesław Michniewicz podczas finałów Euro U-21 w 2019 roku, gdy okazało się, że nawet dysponując gorszymi zawodnikami, na turnieju można wygrać z Włochami i Belgami. Owszem, zabijając piękno futbolu, ale przecież podczas kadencji Brzęczka nie oglądaliśmy żadnego szczególnie efektownego meczu. Brak klarownej strategii wyklucza zresztą posiadanie stylu. Z niżej notowanymi przeciwnikami też wygrywaliśmy przecież głównie dlatego, że mamy lepszych piłkarzy. Piłkarzy, niekoniecznie zaś drużynę…

Adam Godlewski - felieton

ADAM GODLEWSKI

Adam Godlewski – dziennikarz sportowy, felietonista, specjalista od piłki nożnej. Związany jest ze sportem od ponad ćwierć wieku. Obecnie redaktor naczelny Sportowy24, Polska Press. Na naszych łamach pisze felietony sportowe z serii “Krótka piłka”.

Przeglądając tę stronę akceptujesz politykę cookies oraz regulamin strony więcej informacji

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close