Bajka o młodej, pięknej i bogatej Idze. Z Kubą Moderem w tle

Aspekt, w którym Brzęczek może być niczym Górski na nowe czasy

W życiu najlepiej być młodym, pięknym i bogatym. Czyli jak nie przymierzając – i to wcale nie tylko pod naszą szerokością – Iga Świątek, która urodę odziedziczyła w genach, dowód osobisty odebrała przed rokiem, a na godziwe życie – i spokojną emeryturę – zarobiła przez dwa minione tygodnie na kortach w Paryżu. Na światowych salonach, na które wtargnęła z siłą huraganu, ale i dużą gracją, szybko poprzestawiała meble po swojemu. Występując również w grze deblowej, i to z niemałym powodzeniem – dotarła przecież do półfinału, w singlu żadnej rywalce nie oddała choćby seta. Miała pomysł na każdy mecz. Drugą żeńską rakietę świata – Simonę Halep z Rumunii – wręcz zmiotła (sama plasując się w tamtym momencie na 53. miejscu w rankingu WTA) w ćwierćfinale. W decydującej o zwycięstwie batalii Sofia Kenin także nie zmusiła naszej niesamowitej dziewczyny do wielkiego wysiłku. A w zasadzie to do żadnego; rosyjska Amerykanka była jedynie tłem. Bezbarwnym.

Iga Świątek

Mimo symulki urazu i przerwy medycznej, które miała pannę Igę wybić z rytmu, zwyciężczyni tegorocznego Autralian Open pozwoliła Świątek na dopisanie szczęśliwego zakończenia w bajce, którą ekscytowała się cała Polska. A trudno, żeby się nie ekscytowała, bo jako nacja w dobie pandemii koronawirusa wręcz przyzwyczailiśmy się do spektakularnych osiągnięć naszych sportowców. W myśl niespisanej zasady – im gorzej, i bardziej nieprzewidywalnie wokół, tym lepiej dla herosów znad Wisły. Robert Lewandowski zdominował przecież Ligę Mistrzów i plebiscyt UEFA, Bartosz Zmarzlik żużlową Grand Prix, Jan Błachowicz oktagon KSW, a Iga – korty Rolanda Garrosa. Jeśli do tego dodamy triumf Dawida Kubackiego w Turnieju Czterech Skoczni w styczniu i fakt, że do zakończenia roku pozostało jeszcze blisko 80 dni, to… polskim kibicom wypada życzyć, żeby pandemia nie pokrzyżowała planów organizacji zapowiadającego się kosmicznie Balu Mistrzów Sportu. Zresztą doroczny plebiscyt „Przeglądu Sportowego” będzie – tak czy inaczej – starciem gigantów.

Zwłaszcza że i uważanego za najlepszego w dziejach szachistę, Magnusa Carslena, w sobotę także pokonał – jakżeby inaczej – nasz rodak. A warto dodać, że Jan-Krzysztof Duda, który zastopował genialnego Norwega po 125 meczach bez porażki, jest tylko trzy lata starszy od wciąż nastoletniej królowej (kortów ziemnych) Igi. Choć zapewne jeszcze nie tak bogaty, bo szachy nie są – i zapewne za naszego życia nie staną się – dyscypliną równie popularną jak tenis; nagrody finansowe pozostaną zatem proporcjonalnie niższe. Z pewnością jednak – bieda i jego nie dogoni. Zaś satysfakcji – i dumy – z pokonania wielokrotnego mistrza świata nikt 15. aktualnie w rankingu FIDE młodzianowi już nigdy nie odbierze. Biorąc wszystko powyższe pod uwagę trudno nie wyciągnąć jedynie słusznego wniosku, że Polska sportową potęgą jest, i basta! Do pełni szczęścia brakuje już w zasadzie tylko tego, żeby nasi piłkarze potrafili zdominować na boisku rywali z półki Włochów lub Holendrów, jak Świątek na korcie Halep i Kenin.

Po prawdzie jednak, na dominację polskich futbolistów nad rywalami z najwyższej półki w perspektywie najbliższej dekady raczej się nie zanosi. A w każdym razie po niedzielnym meczu z Włochami – przyzwoitym w wykonaniu biało-czerwonych – nie ma w ogóle sensu zakładać, że sposobem Jerzego Brzęczka na zawojowanie przesuniętego o rok Euro 2020 będzie styl wywołujący oklaski. Bo nie ma ku temu żadnych podstaw. To nie jest sport indywidualny, a żeby w ogóle pomyśleć o efektownym sposobie gry musielibyśmy mieć w składzie pięciu, sześciu zawodników klasy Roberta Lewandowskiego. Tymczasem Lewego mamy jednego, więc trzeba nie tylko zrozumieć, ale i w pełni rozgrzeszyć obecnego selekcjonera – i każdego następnego – że szuka innego pomysłu na zespół. Rozgrzeszyć, nie oznacza jednak: zagłaskać. Przed czym przestrzegam po bezbramkowym remisie z Włochami. Chodzi przecież o to, żeby ten zespół – po okresie ewidentnego zastoju – zaczął się rozwijać. Plusy nie powinny więc szkoleniowcowi przesłaniać minusów, których do wyeliminowania pozostało wciąż niemało.

W niedzielę ponownie motywem przewodnim reprezentacji Polski było: nie przegrać. Tyle że owo „nie przegrać” było już – na szczęście – wyraźnie inne niż miesiąc temu w Amsterdamie. W Holandii nasz zespół był mocno pogubiony i nie miał – literalnie – nic do zaproponowania. Natomiast w Gdańsku – choć w piłkę grali głównie Włosi, a polscy piłkarze nadal szlifowali przede wszystkim niezłą już wcześniej obronę – potrafił przynajmniej sensownie się odgryźć. W oczy raził tracący zbyt często piłkę Grzegorz Krychowiak, a Bartosz Bereszyński męczył się niemiłosiernie ustawiony ponownie na lewej stronie defensywy. W decydujących momentach drugiej części cwaniactwo obu tych zawodników okazało się jednak bardzo przydatne. Co wcale nie zmienia konieczności zastanowienia się, czy nie obserwujemy właśnie zmierzchu Krychy w kadrze? Trener Brzęczek – wraz z nielicznymi i nie najlepiej wciąż wyposażonymi w licencje – współpracownikami powinien w pierwszej kolejności postawić pytanie, czy pomocnik Lokomotiwu Moskwa w kontekście reprezentacji nie powinien być wymieniany w czasie przeszłym…

Owszem, Grzegorz jest mega doświadczonym zawodnikiem, a przy okazji mentalnym cyborgiem, ale aby utrzymać tempo i dostosować się do wizji młodszych (i zdolniejszych) kolegów, musi grać na swoich najwyższych obrotach. Na które w rywalizacji z Włochami wspiął się dopiero w końcówce. Podczas gdy w zasadzie od początku meczu Jakub Moder przekonywał o zasadności twierdzenia, że najlepiej być młodym, pięknym i bogatym. Bo to wyklucza jakiekolwiek kompleksy, nawet wobec zespołu tak dobrze zbalansowanego jak Italia Roberto Manciniego. Prawda jest po prostu taka, że pomocnik Lecha Poznań do dorosłej kadry wszedł z drzwiami i na tyle obiecująco, że dziś właściwie nie widać nad nim sufitu. Można się oczywiście zastanawiać, czy Kolejorz nie za wcześnie (w sensie: nie za tanio) sprzedał to srebro rodowe do Anglii, i czy Brighton nie jest za małym dla niego klubem, tylko – po co?

Jeśli prawdą jest, że suma odstępnego wyniesie 11 milionów euro, to oferta była (w polskich realiach) nie do odrzucenia. A gdyby okazało się, że talent Kuby (o co go już powszechnie posądzamy) jest ponad przeciętny (nie tylko w naszych realiach), to przecież Brighton nie będzie trzymało takiej perełki na siłę. Tylko intratnie sprzeda. I to w pierwszym nadarzającym się momencie. Znacznie ważniejsze jest, aby głównym partnerem Modera w kadrze nie był – obok Lewandowskiego -… fart. A szczęścia kadra Brzęczka w niedzielę potrzebowała sporo, przede wszystkim po strzale Federico Chiesy z 4 metrów do pustej bramki już w początkowym kwadransie. Gdyby bowiem nowy nabytek Juve nie pomylił się, pewnie dziś wcale nie dyskutowalibyśmy o nowej fali w kadrze (na plus trzeba zaliczyć także występ Sebastiana Walukiewicza, dobre zmiany Michała Karbownika oraz Karola Linettego i ugruntowane w reprezentacyjnej hierarchii pozycje Kamila Jóźwiaka oraz Sebastiana Szymańskiego). Tylko gremialnie zajmowali się grillowaniem selekcjonera Brzęczka.

Generalnie jednak z uśmiechu fortuny, zwłaszcza jeśli jest stałym elementem warsztatu szkoleniowca, nie wolno nikomu czynić zarzutu. Przecież nawet – nomen omen – Kazimierz Górski prowadząc kadrę, bardzo długo fart miał po swojej stronie. I nawet przekuł to w jeden ze słynnych cytatów, że jak szczęście zaczyna się powtarzać, to już wcale nie jest szczęście. Oby zatem – chociaż w tym aspekcie (na początek) – Brzęczek był niczym Górski na nowe czasy. I z wyczuciem przebudowywał kadrę, która już jakiś czas temu osiągnęła punkt krytyczny, i wymagała personalnego odświeżenia. Bo jak istotne jest wyczucie, przekonał się ostatnio – niestety boleśnie – Czesław Michniewicz. Przed rozpoczęciem tak radosnego dla Igi Świątek Rolanda Garrosa powszechnie uważany za naturalnego następcę Brzęczka w pierwszej reprezentacji, w piątek przegrał z młodzieżówką w Serbii, i z Legią (zastępowany na ławce przez Marka Saganowskiego) Superpuchar.

Stracił jednak znacznie więcej. Z jednej strony opinię niekwestionowanego maga, który nawet z… niczego jest w stanie w kadrze U-21 ukręcić bicz. A z drugiej – zaufanie fanów Legii, tych z Żylety. Zapewne więc i Michniewicz – skądinąd bardzo dobry warsztatowiec i wyrachowany taktyk (nie zatracił przecież tych walorów po dwóch przegranych meczach), ale nie czarodziej – i Dariusz Mioduski oraz Zbigniew Boniek jeszcze raz przeanalizują, czy warto było, aby szkoleniowiec siadał okrakiem na dwóch posadach. Zwłaszcza jednak trener Czesław, który na dystansie zaledwie ośmiu dni sprzed wrót piłkarskiego nieba trafił w rejony niebezpiecznie bliskie piekła. I jak chyba nigdy wcześniej, potrzebuje wsparcia pracodawców, a także otoczenia. Czy je otrzyma, szczególnie przy Łazienkowskiej, przekonamy się zapewne wcześniej niż później…

Adam Godlewski - felieton

ADAM GODLEWSKI

Adam Godlewski – dziennikarz sportowy, felietonista, specjalista od piłki nożnej. Związany jest ze sportem od ponad ćwierć wieku. Na naszych łamach pisze felietony sportowe z serii “Krótka piłka”.

Przeglądając tę stronę akceptujesz politykę cookies oraz regulamin strony więcej informacji

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close